Выбрать главу

Zawróciła, chcąc pobiec do powozu.

Znajdowała się w ciemnym, wilgotnym, spowitym welonami mgły lesie. Tamten słoneczny las przy drodze zostawiła za sobą, tutaj dookoła były skały i mroczne rosochate świerki, cierpiące na niedostatek światła i powietrza.

Danielle stanęła nieruchomo.

Poczuła coś niesamowitego, jakąś duszną atmosferę bijącą od ziemi. Nie, nie od ziemi, jej źródło było gdzieś indziej. Gdzie?

Dziewczyna zaczęła odczuwać coś dziwnego w swoim wnętrzu. Pomimo ukończonych siedemnastu lat Danielle była niewinna i naiwna jak dziecko. Kochała Dolga miłością platoniczną, pozostawał jej bohaterem, o którym pragnęła śnić. Marzyła, by szeptał jej miłosne słówka, ale dalej się nie posuwała nawet w myślach.

Poza tym o Dolgu trudno było myśleć w kategoriach erotycznych.

To, co teraz się z nią stało, przeraziło ją i jednocześnie zachwyciło.

Miała wrażenie, jakby jej skóra nagle ożyła, napięła się, zaczęła pulsować. Ciało zapłonęło, Danielle przestraszyła się, niemal zawstydziła.

Nagle jakby cały las wstrzymał oddech, Danielle poczuła, jak robi się jej zimno, mróz przenikał ją od stóp do głowy, wreszcie skupił się na czubku czaszki i zniknął. Wiedziała, że oto dzieje się coś strasznego, wyczuwała to każdym nerwem, ale zła nie potrafiła nazwać.

Wówczas go zobaczyła.

Ze strachu krew w całym ciele zaczęła tętnić ze zdwojoną siłą, a jednocześnie wstrząs i zdumienie całkowicie sparaliżowały dziewczynę. Zdrętwiała, nie mogąc nawet unieść dłoni do oczu, by zasłonić okropny widok. Nie mogła nic zrobić, tylko patrzeć, z szeroko otwartymi oczami i po dziecinnemu uchylonymi ustami.

On błyskawicznym ruchem wysunął się zza drzewa i stanął spokojny, wyczekujący, pewny swej ofiary, swej zdobyczy.

Danielle ledwie zdołała myśleć. W głowie jej się kręciło, przestała widzieć wyraźnie.

A jednak mimo wszystko widziała dobrze.

Był człowiekiem, a jednocześnie wyglądał nieludzko. Miał fascynującą twarz, ledwie zdołała oderwać od niej wzrok. Właściwie to oczy miały taką zniewalającą moc. Gdyby nie te oczy, kobiety, które napotykał, uznawałyby go za przerażającego ponad wszelkie granice. Tak jednak się nie działo.

Skóra połyskiwała ciemnymi odcieniami błękitu i zieleni, rysy twarzy mogły przypominać ludzkie, sama twarz była jednak bardziej płaska. Nos, stapiający się w jedno z kośćmi policzkowymi, nie wystawał tak jak u człowieka. Oczy ów stwór miał wąskie, ciemne, skośne, o źrenicach pionowych, przypominających wąską kreskę. Kiedy mrugnął, spostrzegła, że na oko nasunęła się zarówno górna, jak i dolna powieka, a także wewnętrzna, pionowa. Natychmiast w głowie powstała jej myśclass="underline" Jaszczur. Usta tego stworzenia były szerokie, wargi wąskie i bardzo czerwone, podobnie jak igrający między nimi język. Uszu nie było widać, a zamiast włosów miał łuski układające się na głowie niczym hełm.

Szczupłe ciało o smukłych kończynach poruszało się z elegancją i wdziękiem. Danielle zauważyła, że jego ramiona łączy z tułowiem coś w rodzaju błony. Ku swemu przerażeniu zobaczyła, że istota ma palec wskazujący zakończony długim, zagiętym, bardzo twardym i ostrym pazurem. Gdyby wiedziała nieco więcej o pterodaktylach i pteranodonach, latających jaszczurkach, wiedziałaby zapewne, że ich ogromne skórzaste skrzydła zakończone były szponem, dzięki któremu mogły się czepiać gałęzi i spać zawieszone głową w dół, podobnie jak współczesne nietoperze. Silinowie wywodzili się wszak z tych samych korzeni co pteranodon, olbrzmi gad latający, z dawno minionego świata przed wieloma milionami lat. W stosunku do gadów Silinowie rozwinęli się jednak mniej więcej tak jak ludzie w stosunku do małp. Nauczyli się chodzić na dwóch nogach, odnosząc tym samym podobne zwycięstwo jak człowiek. Zmuszeni zostali do znacznie większego rozwoju inteligencji niż zwierzęta poruszające się na czterech kończynach.

Strach, jaki odczuwała Danielle, prędko ustąpił dzięki bijącej od Sigiliona magnetycznej wprost sile przyciągania. Odniosła wrażenie, że oto ktoś się nią opiekuje, poczuła się szczęśliwa, że może przebywać w jego obecności, tak sugestywne było jego oddziaływanie.

Osłabiło to uwagę dziewczyny. Sigilion był nagi, wszystkie linie jego ciała pozostawały odsłonięte, ponieważ jednak był na poły zwierzęciem, jego organ płciowy krył się w ciele do czasu, kiedy chciał go użyć. O tym szczególe Danielle jednak nie myślała, za wiele miała w sobie z dziecka. Taran z pewnością nie powstrzymałaby się od zjadliwego komentarza.

Jako przedstawiciel gatunku był niewypowiedzianie piękny, lecz zarazem taki nowy, taki obcy, że Danielle nie wiedziała, jak ma go oceniać. Traktować jako człowieka czy jako zwierzę?

Czym był? Skąd się wziął?

Taran wiedziałaby więcej, choć i ona przecież posiadała zaledwie ułamek informacji o Sigilionie. Danielle jednak była nieprzygotowana do spotkania z kimś takim. W jej obecności nikt o Sigilionie nie wspominał.

Danielle nie mogła się ruszyć, a Sigilion zbliżył się do niej, patrzyła teraz wprost w jego rozedrgane oczy. Zmysłowość stanowiąca jego główny atrybut otoczyła dziewczynę niczym oszałamiająca, niemal dławiąca mgła. Danielle przepadła; bez względu na to, co by z nią robił, nie zdołałaby się oprzeć. Nigdy dotąd nie była narażona na erotyczne zaczepki ze strony mężczyzn, było to jej pierwsze pod tym względem doświadczenie. Nie zdawała sobie sprawy, że pragnie jedynie znaleźć się przy nim, blisko, jak najbliżej, poczuć na sobie jego niezwykłe ramiona…

Nagle gwałtownie drgnęła, jakby ocknęła się z hipnotycznego transu, w jakim zresztą poniekąd się znalazła. Obudził ją czyjś głos dobiegający z bliska. Jaszczur, jak nazywała go w myślach, także oderwał od niej wzrok.

Zbliżała się ku nim młoda kobieta o roześmianych, błyszczących oczach. Zbliżając się mówiła:

– Sigilionie, a więc jesteś tutaj? Długo cię szukałam, bo podobnego do ciebie nie ma na ziemi.

Danielle wypuściła powietrze z płuc. Odrętwienie zaczęło ustępować. Dotarło do niej, do czego o mały włos by doszło. Na tę myśl kolana się pod nią ugięły, musiała oprzeć się o drzewo.

Ten, którego nazwano Sigilionem, zapomniał o Danielle. Widział już tylko tamtą drugą dziewczynę. Danielle także na nią spojrzała.

Na pierwszy rzut oka mogła przypominać Taran, choć tak naprawdę bardzo się od siebie różniły. Wprawdzie obie były ciemnowłose i bardzo piękne, ale na tym podobieństwo się kończyło. Ta dziewczyna o śmiałym spojrzeniu nosiła w sobie wielki smutek, wyraz oczu świadczył o przeżytej tragedii, zdradzał rozpacz, całkiem obcą Taran. Oczy nieznajomej jarzyły się żółtozielonym blaskiem, śmiała się, ale w śmiechu pobrzmiewała rozpacz, kołysała biodrami, lecz otaczała ją samotność.

– Czy ty jesteś Taran? – spytała cicho.

– Nie! – odparła przestraszona Danielle. – Jestem Danielle, przybrana siostra Taran, a raczej w pewnym sensie jej ciotka.

Nieznajoma uśmiechnęła się, och, była taka piękna!

– A gdzie jest Taran? Miała być tutaj.

– Taran, mój brat Rafael, woźnica i pewien niedobry człowiek są w domu po drugiej stronie drogi. Nie wiem, jak się tu znalazłam, po prostu uciekałam i teraz bardzo się tego wstydzę.

– Nie szkodzi. Odwiedzę Taran później. A teraz zmykaj, pozwól mnie się zająć tym lubieżnym padalcem, doprawdy przyda mi się ktoś taki.

Danielle wpatrywała się w nią, niczego nie rozumiejąc.

– Mężczyźni ludzkiego rodu nie byli dla mnie, moja mała – powiedziała nieznajoma. – Z nimi nigdy nie przeżyłam takiej formy miłości.

– Nigdy nie przeżyłaś? Nie rozumiem…