Rafael pokiwał głową.
– Że została tu przysłana. Duch?
– Nie, wyglądała na bardzo rzeczywistą – upierała się Danielle. – Chociaż… kiedy tak mówicie… Nosiła bardzo staromodny strój, piękny, ale z innej epoki.
– Z jakiej?
– Tego nie wiem. Może z końca szesnastego wieku?
– I Sigilion zapomniał dla niej o tobie?
– O, to świetnie rozumiem. Była baśniowo piękna.
– Urielu, czy to ty ją przysłałeś? – rzuciła Taran w powietrze.
– Nie, zapewniam! Nic mi o tym nie wiadomo.
– No tak, tobie brakuje przebiegłości.
– Ależ, Taran! Proszę o więcej szacunku! – rzekł urażony anioł.
– Z kim ty rozmawiasz? – zdziwiła się Danielle, rozglądając się dokoła. – Słyszałam jakiś głos. Kto to jest Uriel?
– Nie zwracaj na to uwagi.
– Wszystko jedno, kim była ta Soi, niech ją Bóg błogosławi – oświadczył Rafael.
– Amen – dokończyła Taran.
W lesie powietrze gęste było od zmysłowości. Sigilion nigdy jeszcze nie spotkał podobnej kobiety, zdawała się niemal bardziej rozpalona niż on.
Nie mógł jej jednak dogonić. Śmiała się i drwiła z niego, wprawiając go w podniecenie. Danielle, gdyby go teraz ujrzała, wpadłaby w panikę. Jego organ ukazał się w całej okazałości.
Nigdy jeszcze nie czuł tak gwałtownego, skondensowanego pożądania.
Czasami już – już ją miał, miękkimi dłońmi pieściła go po lśniącym ciele, ale kiedy chwytał ją w ramiona, nagle okazywało się, że jest od niej oddalony o spory kawałek. Nie rozumiał, jak mogła poruszać się tak zwinnie i szybko. Chwilami zupełnie znikała mu z oczu wśród drzew, znajdował tylko jej buty i pończochy, które zdjęła w biegu. Potem znów się pojawiała, Sigilion, istota niezwykle szybka, zaraz ją doganiał. Kiedy odchyliła głowę w tył, odsłaniając piękną linię szyi i dekolt, czuł, że jest bliski szaleństwa z żądzy, dotknął jej ramienia, ale znów mu się wymknęła.
Ledwie zdołał nad sobą zapanować, ale nie chciał, by cenne soki życia spłynęły na ziemię. Ujrzawszy bluzkę leżącą pod drzewem, podniósł ją i obwąchał, przycisnął do ciała. Kobieta znów mu mignęła między drzewami.
Tym razem na niego nie czekała. Naga od pasa w górę biegła dalej.
Potem znalazł jej spódnicę, a później resztę ubrania. Rozumiał, że teraz jest już całkiem naga.
Oddychał ciężko. Cale ciało mu drżało, nastawione na spotkanie z tą kobietą.
Wówczas znów ją dostrzegł.
– Sigilionie – zaćwierkała. – Jeszcze się zobaczymy. Bo chciałabym cię kiedyś bliżej poznać, do zobaczenia.
Schowała się za świerkiem. Pomknął za nią, ale zniknęła bez śladu.
Rozłożył swe błony lotne i wzbił się w powietrze. Długo krążył nad lasem, ale nigdzie jej już nie widział.
O młodej pannie, którą spotkał najpierw, dawno już zapomniał.
Dużo czasu upłynęło, zanim przypomniał sobie, jaki jest jego właściwy ceclass="underline" znaleźć Taran.
Jeszcze dłużej trwało ugaszenie trawiącej ciało żądzy. Postanowił, że zdobędzie tę dziką piękność, która nazwała się Soi z Ludzi Lodu.
Potem będzie mógł na nowo stanąć do walki o niebieski szafir.
Rozdział 19
W jakiś czas potem woźnica musiał wstrzymać konie, spotkali bowiem dyliżans pocztowy, a droga dla dwóch powozów okazała się za wąska. Finkelborg ocknął się, otarł brodę i rozejrzał się dokoła nieprzytomnym wzrokiem.
– Co? Gdzie ja jestem, co się stało, mój kord, moje pistolety?
– Spokojnie, spokojnie, to tylko poczta – pocieszała go Taran. – Wkrótce się miniemy.
Welony mgły otaczające myśli Rasmusa Finkelborga zaczęły się z wolna rozwiewać, przypomniał sobie swą ze wszech miar zawstydzającą i kłopotliwą sytuację. Na jego obronę należy przyznać, że kiedy już doszedł do siebie, myślał szybko.
– Pocztylion? Czy mogę wysłać list? Rodzina się o mnie martwi, chciałbym ją uspokoić.
Taran i Rafael porozumieli się wzrokiem.
– To chyba rozsądna prośba – stwierdziła Taran. – Ale musi się pan pospieszyć, bo chcemy dotrzeć do domu przed zapadnięciem ciemności, a pan jest ciężko ranny.
– Nie mamy żadnych przyborów do pisania – powiedział Rafael.
– Ja je mam, w jukach.
– Nie będzie żadnych prób ucieczki.
– Ale… – na twarzy Finkelborga znów wykwit! panieński rumieniec.
– Żadnych ale – przerwała mu Taran. – Gdzie są?
Wyskoczyła już z powozu, Finkelborgowi nie pozostawało więc nic innego, jak wyjaśnić, gdzie znajdują się przybory. Pałał gniewem, że będą grzebać w jego rzeczach, ale i z przyczyn jeszcze bardziej osobistych.
Teraz, kiedy ta niewychowana pannica wysiadła, a druga popłakiwała nad własnym losem, wyprężył się i tak wyraźnie jak mógł, krzyknął władczym, wojskowym tonem do Rafaela:
– Proszę o wypuszczenie mnie za naturalną potrzebą.
Właśnie wtedy wróciła Taran. Finkelborg wyrwał jej z ręki przybory do pisania, błyskawicznie skreślił kilka słów na arkuszu papieru, złożył go i zapieczętował. Na wierzchniej stronie zapisał adres.
– Dobrze – powiedziała Taran. – Przekażę list pocztylionowi.
Rasmus Finkelborg odsunął papier od wyciągniętej dłoni Taran.
– Nie! – krzyknął głośno, aż popatrzyli na niego podejrzliwie. – Sam zaniosę.
– Nigdy w życiu – zaprotestowała Taran. – Żadnej próby uciecz…
Przerwał jej Rafael.
– Hrabia Finkelborg może sam zanieść list. Ja go dopilnuję, wezmę pistolet. Ma pan jeszcze inną sprawę, prawda?
Hrabia Finkelborg doznał głębokiego upokorzenia, kiedy młodziutki chłopak nadzorował go, gdy szedł do powozu pocztowego, a później w krzaki. Natura jednak rządzi się własnymi prawami, wiedział, że dłużej już nie wytrzyma. Przez cały czas przeklinał, że rankiem wlał w siebie cały wielki kufel piwa. Nigdy więcej! Nigdy!
Owszem, mógł zaatakować delikatnego Rafaela, lecz czuł respekt przed pistoletem. Ale i tak lepiej, że towarzyszył mu dyskretny, dobrze wychowany szlachcic, a nie prymitywny parobek, który na szczęście wraz z pocztylionem miał dość roboty przy mijaniu się powozów.
W powrotnej drodze do powozu Finkelborg przeżył nawrót słabości i Rafael musiał go podtrzymywać. Wreszcie wszyscy znaleźli się na miejscu, a powozy mogły ruszyć po błotnistej drodze we właściwych kierunkach.
Hrabia ze wstydu nie otwierał oczu, chociaż mógł to już robić bez trudu. Udawał nieprzytomnego, lecz tym razem został przejrzany, bo dolna warga nie zwisała mu swobodnie, a ślina nie ciekła z ust, siedział sztywno oparty, z wyrazem cierpienia na twarzy.
Młodzi ludzie nie rozmawiali już ze sobą, by przypadkiem nie zdradzić Finkelborgowi nic poza tym, co naprawdę chcieli mu powiedzieć.
Aurora i Theresa, pochylone nad hrabią Rasmusem, użalały się nad rozległą raną. Chory leżał w łóżku. Starał się zachowywać jak przystało na mężczyznę, ale przez ból omal nie rozsadzający mu głowy, ledwie mówił.
– Szkoda, że nie ma tu Móriego albo Dolga – stwierdziła Theresa. – Oni prędko by go wykurowali.
– Szczególnie Dolg ze swoim szafirem – podchwyciła niczego nieświadoma Aurora, gdyż młodzi nie zdążyli wyjaśnić, kim jest Finkelborg. Gdy przyjechali, jego stan tak się pogorszył, że musieli go czym prędzej położyć do łóżka.
Kiedy Theresa próbowała unieść mu głowę, krzyknął z bólu. Obie kobiety obróciły go na brzuch, przypuszczały bowiem, że ranny został także w kark.
– Musimy zdjąć ten naszyjnik – oświadczyła Aurora. – Ale jak przesuniemy go przez głowę, nie znoszącą najdrobniejszego muśnięcia?
Na słowo “naszyjnik” Finkelborg zaprotestował jeszcze głośniejszym krzykiem. Kobiety jednak, sądząc, że bardziej cierpi, dalej starały się zdjąć mu zakrwawiony, wżynający się w skórę łańcuch.