Выбрать главу

– Nie ruszajcie tego – jęknął Finkelborg głosem zduszonym przez poduszkę. – Nie zdejmujcie go, inaczej umrę.

– Głupstwa – roześmiała się Aurora.

W tej samej chwili spostrzegły, co wisi na łańcuchu.

Theresa znieruchomiała.

– Znak Świętego Słońca? – szepnęła zdumiona. – Wobec tego rozumiem, że boi się pan go stracić. To on uratował pana od tego bezwzględnie śmiertelnego ciosu.

Aurora popatrzyła na przyjaciółkę pytająco.

– Hodujemy węża na własnym łonie – zacytowała Theresa. – To przeklęci rycerze Słońca, proszę mi wybaczyć to słowo, ale tym razem było jak najbardziej na miejscu.

– Ależ, moja kochana – szepnęła Aurora. – W moim domu?

– Bardzo cię przepraszam – powiedziała Theresa. – A więc dlatego hrabia Finkelborg zawitał tutaj tak nieoczekiwanie, chociaż spodziewano się, że przebywa w Bergen. Nieładnie, panie hrabio. Czego chce od nas Zakon Słońca tym razem?

Do pokoju wszedł Rafael.

– On ściga Taran, chciał ją wziąć jako zakładniczkę i wymienić na niebieski kamień. Ale nie tylko on.

– Jeszcze jacyś rycerze?

– Nie, prawdę powiedziawszy, konkurent. W dodatku znacznie bardziej niebezpieczny niż nasz żałosny hrabia.

Gdyby nie przeszkodził mu ból, Duńczyk, słysząc obelgę, zgrzytnąłby zębami.

– Właśnie ta istota zaatakowała Finkelborga.

– Naprawdę? Sądziłam, że to jakiś olbrzymi niedźwiedź.

– Nie wiemy, co to za istota. Danielle go widziała i opisuje jako jaszczura. Na szczęście potwór nie zrozumiał, że równie dobrze mógłby pojmać jako zakładniczkę Danielle.

Finkelborg, zły, zapamiętał to sobie. Oczywiście znacznie łatwiej byłoby zastawić sidła na tę młodą panienkę niż na nieznośną Taran! Okazał się kompletnym durniem. Teraz jednak miał już wszystkiego dość, wolał, żeby całą sprawą zajęli się inni.

Rafael ciągnął:

– Danielle nieoczekiwanie pospieszono z pomocą. Pojawiła się młoda kobieta, która powiedziała, że nazywa się Soi z Ludzi Lodu. Czy kiedykolwiek o niej słyszałyście?

Pokręciły głowami.

– Mamy wobec niej ogromny dług wdzięczności – stwierdził Rafael. – Gdyby się nie zjawiła i nie skusiła jaszczura, który nosi imię Sigilion, pewnie nigdy więcej nie zobaczylibyśmy naszej Danielle, jestem o tym szczerze przekonany.

Theresa pobladła.

– Niepokoi mnie bardzo, jak się dalej potoczyły losy tej młodej kobiety, Soi – powiedział Rafael.

Jakież to podobne do tego chłopca, pomyślała Theresa wzruszona. Zawsze troszczy się o innych! Nauczył się tego od moich wnuków!

– Czy sądzisz, że Móri może wiedzieć coś na temat tego… jak go nazwałeś? Sigiliona?

– Móri może nie – odparł Rafael. – Ale jego duchy pewnie coś wiedzą.

– Szkoda, że ich tu nie ma – westchnęła księżna.

Finkelborg przysłuchiwał się im z rosnącym zdumieniem. Jak dużo właściwie wiedzieli ci ludzie? Niemal się przestraszył. Posiadali znacznie większą wiedzę niż bracia zakonni. Słyszał też, że czarnoksiężnika i jego rodzinę łączą pewne związki z duchami, nigdy jednak nie chciał uwierzyć w takie babskie gadanie. Po zadanym mu ciosie powoli zmieniał opinię.

Nie chciał mieć więcej nic wspólnego z tą sprawą. Zamierzał złożyć raport – przyprawiony szczegółowymi opowieściami o jego strasznych przeżyciach i dzielnej walce i cierpieniu. Później, żywił nadzieję, będzie otrzymywał bardziej godne zadania niż pogoń za młodymi damami i dziewczynkami.

Czy jednak nie tym właśnie od zawsze zajmował się Zakon? Prześladowaniem irytujących go, bezwartościowych panien? Najpierw Theresa, ona przynajmniej nosiła tytuł książęcy, potem jednak rycerze staczali się coraz niżej. Tiril – wszak nie była warta, by dumny rycerz tracił na nią czas i siły. A teraz Taran i nic nie znacząca Danielle, myślał z goryczą. I na pociechę dla samego siebie: oczywiście Taran się nie liczyła.

Stłumił wewnętrzny głos podpowiadający mu, że wcale tak nie jest. Niebezpiecznie się do niej zbliżyć, przecież odczuł to na własnej skórze! Jeszcze bardziej martwił go inny szczegół, ale o nim nie śmiał nawet myśleć w obawie, że w gorączce się przed nimi zdradzi. Nie powinien dopuścić, by czegokolwiek się choćby domyślali.

Leżąc ze śmiertelną raną mógł przynajmniej słuchać i uczyć się. Na szczęście zatrzymał łańcuch ze znakiem Słońca. Gdyby mu go odebrano, uszłyby z niego ostatnie siły, był o tym przekonany. Tylko znak Słońca ocalił go przed tym, którego nie zdążył nawet zobaczyć, przed tym, którego nazywali Sigilionem. Jaszczurem?

Brednie!

Sytuacja i tak była już dostatecznie trudna, nie muszą wciągać w to gadów.

Gdyby Finkelborg mógł obejrzeć swą głęboką ranę, myślałby inaczej. Miał jednak rację: nic innego nie mogło ocalić go od śmierci, kiedy Sigilion zadał straszny cios. To znak Słońca uratował mu życie.

Nawet leciusieńkie okrycie drażniło skórę. Musieli zrozumieć, że nikt nie może się do niego zbliżać.

– Kiepski gust jeśli chodzi o ubranie – skomentowała Aurora, ściągając mu pończochę. Już ten ruch zdawał się tysiącem noży wbijać w głowę hrabiego. – Żadnego stylu!

Theresa przyznała jej rację.

– Bardzo nieumiejętne połączenie! Zbyt rzucające się w oczy szczegóły przy skromnym, zdawałoby się, mundurze. Ale on przecież jest Duńczykiem. Czegóż można się spodziewać po narodzie, który miał dwie królowe o cudownych imionach Dragomira i Berengaria, a przechrzcił je na Dagmar i Bengerd?

– Jesteś trochę niesprawiedliwa, Thereso – powiedziała Aurora z uśmiechem. – Pewnie po latach przeżytych z Adolfem masz Duńczyków po dziurki w nosie?

– W każdym razie na pewno Holsteinów – przyznała Theresa nie bez goryczy. – Duńczycy to dobry naród, ale i wśród nich zdarzają się czarne owce.

Finkelborg poczuł się okropnie, pociemniało mu w oczach, zaszumiało w uszach. Każdy dźwięk groteskowo się wyolbrzymił.

Czy te baby nie mogą przestać gadać o nieistotnych głupstwach, aby on wreszcie mógł wypocząć?

Ale nie. Wezwały lekarza, który miał zszyć ranę!

Finkelborg, dłużej nie panując nad sobą, wydał z siebie niekontrolowany krzyk strachu.

Rozdział 20

Nie ośmielono się puścić Taran na powtórną wyprawę do Christianii, przynajmniej dopóki nie było pewności, że niebezpieczeństwo minęło. Kiedy to nastąpi? Wciąż czuli, że nad ich głowami zawisł miecz Damoklesa. Dopóki rycerze zakonni będą ścigać rodzinę, nikt nie zazna spokoju.

Istniało przecież jeszcze jedno zagrożenie. Młodzi ludzie dniem i nocą wytężali oczy i uszy, bojąc się, że wróci Sigilion. Dotychczas jednak niczego nie zauważyli.

Gdy tylko stało się to możliwe, pozbyli się hrabiego Rasmusa Finkelborga z domu. Lekarz zabrał go do siebie, kiedy hrabia odzyskał siły na tyle, by można go było przewieźć. Później miano go wsadzić na statek płynący do Bergen. Tak szybko, jak tylko się da.

Taran zaczęła się czuć jak zwierzę w klatce. Gdyby z wizytą nie przybył ze Szwecji młody syn dalekiego krewniaka Augusta, nie bacząc na wszelkie zakazy porwałaby się pewnie na coś ekscytującego, na przykład na samodzielny wypad do Christianii.

Uriel przez pierwsze nudne dni był jej wielką pomocą. Wzywała go zwykle, kiedy była sama. Odmawiał pokazywania się, ale prowadzili ciche rozmowy, już nie w jej myślach, lecz tak, jakby stał obok niej. Co prawda drażniła się z nim i bezustannie się sprzeczali, ale żartobliwie. Taran pokazała mu, że drobne złośliwości także mogą być pieszczotliwe, bo tylko z najlepszymi przyjaciółmi człowiek ośmiela się droczyć w taki sposób.