Выбрать главу

Soi zapatrzyła się w widok za oknem.

– Nie. Ziemscy mężczyźni okazali się dla mnie zbyt słabi. Dla ciebie także się nie nadają.

– O, z pewnością wkrótce znajdę kogoś, kogo pokocham i będę mogła go drażnić.

– Właśnie o to chodzi. Masz dla nich zbyt silną osobowość. Ziemianin nigdy cię nie zadowoli. Dość jednak już o tym. Po śmierci przyjęto mnie do gromadki tych zmarłych Ludzi Lodu, którzy zostali odrzuceni przez własną rodzinę i przez innych ludzi, pomimo że sercem i duszą byli dobrzy. Widzisz, bo i ja byłam dobra, tylko nie potrafiłam tego okazać.

Taran kiwnęła głową. W oczach młodej czarownicy potrafiła wyczytać jej tragedię. Wolę czynienia dobra, której przeszkadzały targające Soi mroczne siły.

Gość podjął już weselszym tonem:

– Służymy teraz pomocą naszym potomkom, zmagającym się z okropnym przodkiem, Tengelem Złym.

– To brzmi bardzo interesująco.

– Bo takie też i jest. Nigdy nie było mi lepiej niż teraz. Przewodzi nam mój wuj, Tengel Dobry, a nasza gromadka staje się coraz liczniejsza w miarę, jak dotknięci przekleństwem z naszego rodu umierają. Widzisz, ciąży nad nami przekleństwo, zesłane przez Tengela Złego; w każdym pokoleniu jeden członek rodziny musiał zostać poświęcony złu. Coraz więcej burzy się przeciwko takiemu obrotowi sprawy. Obecnie żyje czworo dotkniętych przekleństwem i wszyscy opowiedzieli się po naszej stronie w walce ze złem, chociaż są zaiste diaboliczni.

Taran spojrzeniem zachęciła ją do dalszego opowiadania.

Soi nie dała się prosić. Zwinęła się w kłębek w kąciku łóżka jak śliczny, a zarazem niebezpieczny kociak.

– W Norwegii mieszkają Ingrid i Ulvhedin, jest też dwoje daleko na wschodzie, Mar i Shira. Shira nie ma w sobie ani odrobiny zła, urodziła się, została stworzona, aby nas ocalić. Mar natomiast zalicza się do naprawdę niebezpiecznych.

– Ale o dobrym sercu.

– Właśnie. Jest ich aż czworo, bo właściwie należą do różnych pokoleń. Shira stoi trochę z boku, jest pod wieloma względami wyjątkowa. Ale teraz pomówimy trochę o tobie.

Taran zdrętwiała.

– Pst! Co to było?

Soi także znieruchomiała. Obie czujnie nasłuchiwały.

Z daleka dobiegło pełne skargi wycie. Przeciągły skowyt.

– Wilki? – z niedowierzaniem powiedziała Taran.

Soi odetchnęła.

– Nie ma się czym przejmować, one towarzyszą mnie. Nie pytaj, dlaczego, po prostu zawsze tak było, a kiedy przeniosłam się do świata duchów, zrozumiałam, że one należą do przyszłości.

– Nie bardzo to pojmuję – powiedziała Taran.

– Ja też nie – przyznała Soi. – Wiem jedynie, że wielkie wilki będą mieć dla Ludzi Lodu, nie dla mnie osobiście, ogromne znaczenie w przyszłości. W walce przeciwko Tengelowi Złemu staną u naszego boku. Czekają tylko, aż ich czas nadejdzie.

Taran kiwnęła głową, choć niewiele z tego rozumiała. Od przejmującego zawodzenia wilków ciarki przechodziły jej po plecach.

Cieszyła się, że nie mają one związku z nią samą ani z jej rodziną. Niepokojący skowyt dotyczył przede wszystkim Tengela Złego.

Postrzępione chmury przypominające kawałki szmat gnały po niebie, chwilami zasłaniając księżyc.

Taran przeszył dreszcz.

Rozdział 21

Upłynęła długa chwila, zanim na powrót odnalazły spokojny, ufny ton. Obie przeraziły się, że słyszą zupełnie co innego.

– Wilkami się nie przejmuj – oświadczyła Soi. – Wystrzegaj się raczej szurania, szumu w powietrzu, cichych szybkich kroków albo syku.

– Wiem, bałam się, że właśnie takie odgłosy usłyszę. Sigilion…

– Miałyśmy rozmawiać o tobie. Widzisz, zostałam wam wypożyczona, ponieważ po naszej stronie jest tak wielu żyjących członków rodu, że poradzą sobie sami. Ale ty chyba nie sama radziłaś sobie do tej pory w walce z Sigilionem?

– Mam przyjaciela, potężnego opiekuna. Niestety, za bardzo go rozdrażniłam i odszedł!

– Ależ ty nie możesz sobie na to pozwolić! Kto to taki? Demon?

– Demon? – powtórzyła zdziwiona Taran. – Nie, to anioł, a w każdym razie prawie anioł. Przeszkodziłam mu w awansie, bo musiał się mną zająć.

Soi odchyliła głowę śmiejąc się serdecznie. – Anioł! Mój ty świecie, jakże więc różnimy się od siebie! Ja śniłam o Szatanie. To jednak był błąd, bo Szatan nie istnieje. Chociaż zawsze znajdzie się grupa fanatyków, którzy weń wierzą, może więc gdzieś jest. Ale to żałosna, nadjedzona przez mole kupka szmat. Nie ma się czym przejmować. Natomiast istnieje Zło. My z Ludzi Lodu dobrze o tym wiemy. Tengel Zły napił się wody ze Źródła Zła. Shira jednak ostatnio dotarła do jasnej wody dobra, a ta woda potrafi zniweczyć działanie ciemnej wody, jeśli tylko znajdziemy ukryte przez Tengela naczynie. Ciesz się, że masz przy sobie anioła! Jakie nosi imię?

– Uriel. I twierdzi, że na razie jest dopiero duchem opiekuńczym.

– Widzisz go?

– Oczywiście. Kiedy tego chcę. Nie, skłamałam, wtedy, gdy on zechce. Ale teraz go wystraszyłam, pewnie już nigdy go nie ujrzę.

Soi pochyliła się w stronę Taran, żółtozielone oczy zapłonęły.

– Jeśli wróci, proś go o wybaczenie. Zrozumiałaś? A potem staraj się go zatrzymać!

– Tak, ale…

– Nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo niebezpieczny jest Sigilion. Wspominałam ci już, że sama miałam na niego ochotę.

– On… on wywołuje taki niepokój w ciele, prawda? Chociaż nigdy nie miałam okazji mu się przyjrzeć, widziałam go tylko przez ułamek chwili.

– O, jest wspaniały! Takiego kogoś mogłabym pokochać. Demoniczny, pociągający, straszny. Kto go ujrzy, już mu się nie oprze.

– Jak wygląda? I kim jest?

Księżyc zniknął za chmurą, w pokoju pomroczniało. Soi usadowiła się wygodniej.

– Cień mi o nim opowiadał. Wygląda jak istota pośrednia między jaszczurką a człowiekiem.

– Podobne wrażenie odniosłam i ja. Nie brzmi to przyjemnie.

– Rzeczywiście, przyjemnym nie da się go nazwać. Ale jest fascynujący! Ach, jaki fascynujący! I piękny!

– Trudno mi to sobie wyobrazić.

– Naprawdę tak jest. Przekonasz się, jak go zobaczysz… Och, oczywiście do tego nie dojdzie. Moim zadaniem jest trzymać go od ciebie z daleka, bardzo chętnie się tego podjęłam. Kiedy widziałam go ostatnio, zresztą był to jednocześnie pierwszy raz, tylko się z nim bawiłam. On nie rozumie, że jestem duchem.

– To rzeczywiście nie mieści się w głowie. Jesteś taka wyraźna, pełna życia.

– Staję się wyraźna, kiedy sama tego chcę.

– Uriel także. Ale on nie chce nigdy.

– O tym zdecydujesz ty. Na pewno zdołasz go namówić.

– Nie wierzę. Jest na mnie wściekły. I uparty jak… anioł!

Soi tylko się uśmiechnęła. Potem powiedziała:

– Myślę, że zamąciłam Sigilionowi w głowie. Po prostu zniknęłam. Widziałam, że długo jeszcze szukał mnie w lesie, coraz bardziej zirytowany. Wiesz chyba, że on potrafi latać? Krążył nad lasem.

Taran zadrżała.

– To dlatego prosiłaś, żebym zamknęła okno? Zatroszczę się, żeby w całym domu nie znalazł najmniejszej nawet szparki!

– Potrafi równie dobrze przedostać się kominem. Wpełza do przewodu głową w dół.

– Wobec tego zastawię na niego pułapkę.

Soł wybuchnęła śmiechem.

– Doskonale! Tylko tak, żeby nie stracił całej swej godności. Nie mogę się kochać z żałosną figurą.

Taran szeroko otworzyła oczy.

– Naprawdę masz zamiar…?

– Czas pokaże – oświadczyła Soi, wzruszając ramionami. – Pod tym względem za życia niewiele miałam uciechy. Biednego, upośledzonego parobka, śmierdzącego kata i, niestety, największego łajdaka z rodu Ludzi Lodu. O tym jednak dowiedziałam się dopiero po czasie. Boże, jakże ja go za to nienawidziłam! – Na twarzy pojawił jej się wyraz złośliwego triumfu. – Ale się zemściłam. Przygwoździłam go do ściany stodoły widłami do siana!