Выбрать главу

– Co robiłam? Tęskniłam za tobą. No i zastawiłam pułapkę na Sigiliona.

– Co takiego?

– Chodź, sarn zobaczysz!

Pobiegła do saloniku, gdzie był kominek. Wiedziała, że wszyscy pozostali w ogródku łuskają groszek; uważali tę czynność za niezwykle przyjemną.

– Jesteś ze mną, Urielu?

– Jestem tutaj, ale mam pewne wątpliwości co do twoich poczynań.

– O tej porze roku nie pali się w kominku.

– Nastawiłaś sidła na lisy, w które on ma wpaść? To nie bardzo ładnie…

– Nie, nie, żadne sidła. Sigilion podobno spuszcza się głową w dół, jeszcze by się zahaczył nosem. Zajrzyj do środka, sam się przekonasz.

– O, na miłość boską… – zaczął Uriel.

Taran roześmiała się zadowolona.

– Prawda? Po pierwsze, wysmarowałam przewód kominowy mydłem tak wysoko, jak tylko mogłam sięgnąć. Dzięki temu nie będzie miał o co zaczepić tych swoich paskudnych łapek, rąk czy też szponów, czy jak się to, do stu piorunów, nazywa.

– Taran!

– Czy znów powiedziałam coś zakazanego? Udawaj, że nie słyszałeś, i skup się na tym, co mówię. A kiedy już zacznie lecieć w dół, runie głową prosto do wiadra z odpadkami, pełnego skwaśniałej poniedziałkowej owsianki i innych trudnych do opisania przysmaków.

– Taran! – Uriel starał się okazać surowość, ale głos go zdradził. Załamał się, w końcu usłyszała, że wybucha śmiechem, tak serdecznym, że nie zdołał dłużej zachować niewidzialności. Taran patrzyła, jak się poddaje, jak siada na podłodze plecami przy ścianie i śmieje się do utraty tchu. Usiadła przy nim, dumna z tego, czego dokonała.

– Wszystko jest takie wspaniałe – westchnęła. – Ty wróciłeś, a paskudny Finkelborg odjechał…

– Finkelborg nie żyje – przerwał jej Uriel z powagą. – Lekarz, który zabrał go do domu, zdjął mu z szyi znak Świętego Słońca, a wtedy hrabia stracił resztki odporności. Odniósł wszak straszliwą ranę.

Taran przycichła.

– Nie chciałam tego – szepnęła. – Walka z Finkelborgiem była dość zabawna, to wymyślanie złośliwości, próby utarcia mu nosa. Ale nie chodziło mi…

– Wiem. Mnie także nie spodobała się ta wiadomość.

Przez chwilę siedzieli w milczeniu.

– Co zrobili ze znakiem Słońca?

– Tego nie wiem.

– Czy możesz go dla mnie odszukać?

– Może. Spróbuję. Ale ja nie kradnę.

– Dla mnie nie musisz, weź go tylko, jeśli nie ma właściciela. Ach, Urielu, tak się cieszę, że znów tutaj jesteś!

Nic na to nie powiedział, ale po jego leciutkim, nieco zażenowanym uśmiechu poznała, że i jemu nie jest tutaj źle.

Nagle zdrętwiała.

– Wracają z ogrodu!

Uriel zniknął szybciej, niż myśl przelatuje przez głowę. Taran wstała i otrzepała sukienkę. Siadła na krześle z książką, zorientowała się, że trzyma ją do góry nogami, więc prędziutko ją odwróciła i odkryła, że czyta “Einfürung in coś – bardzo – długiego Pädagogik”.

Nazywał się Robert. August na jego widok wzruszył się i uradował.

– Pomyśleć tylko, że to chłopak Agdy! Tak, tak, wiem, że jesteś jej wnukiem. Zawsze się zastanawiałem, co się stało z Agdą. Była cioteczną siostrą mego ojca, poślubiła Szweda i zniknęła nam z oczu. Ostatnie wiadomości, jakie do nas o niej dotarły, to że urodziła czworo dzieci. Więcej listów nie było.

– Babcia Agda zmarła przed wieloma laty – wyjaśnił Robert, silny i sprawny młody człowiek o jasnobrązowych włosach i wesołych piwnych oczach. Taran, która nigdy nie lubiła przystojnych amatorów długich biegów po lesie aż pot zalewał oczy, zachęcających innych do kłopotliwych zabaw w piłkę, patrzyła na niego koso. Musiała jednak przyznać, że sprawiał wrażenie sympatycznego młodzieńca.

Robert miał jechać dalej do Christianii, uprzednio jednak chciał poznać krewniaka Augusta, mieszkającego w okolicy. Mógł zostać przez parę dni.

Z zainteresowaniem przyglądał się dziewczętom, Taran i Danielle, postanowił zabawić jeszcze przez kilka dni, gdyby okazało się to konieczne.

Zdawało się, że Robert równo rozkłada swój podziw dla dziewcząt, przynajmniej z początku. Po kilku godzinach jasne się stało, że woli Danielle.

Taran nie wiedziała, co począć. Oczywiście szczerze życzyła swej “przybranej ciotce” prawdziwego kawalera i trochę zabawy, prawdą jednak było, że i ona uważała towarzystwo Roberta za coraz przyjemniejsze i czuła się… odrzucona?

Humor poprawił jej się następnego dnia, kiedy to Danielle zwierzyła się, że nie chce nawiązywać z Robertem bliższej znajomości.

– No tak, ty wolisz mego brata – rozjaśniła się Taran. – Zrobię dla ciebie to, co dla mnie uczyniła Soi z Ludzi Lodu, gdy chodziło o Sigiliona. Odciągnę od ciebie uwagę Roberta.

– O, tak, spróbuj – uradowała się Danielle. – Wiem, że on lubi także ciebie.

– To dla mnie drobnostka – oświadczyła Taran z niewzruszoną pewnością siebie.

Uriel nie przyznał jej racji.

– Jakie masz zamiary wobec Roberta? – spytał zadziornie. – Chcesz go zatrzymać… czy też odrzucić, kiedy już cię znudzi?

– Nie zadawaj takich nieprzyjemnych pytań! Pomagam Danielle. To nie wystarczy?

– Może dla ciebie i Danielle. Ale co zrobisz, jak on się w tobie zakocha?

– To brzmi bardzo sympatycznie.

– Taran, bądź poważna!

– A jeśli ja się w nim zakocham? – drażniła go.

Uriel odwrócił się plecami, grożąc, że odejdzie.

– Och, przestań. Tylko żartowałam!

Wcale jednak nie była tego taka pewna. Robert coraz bardziej się jej podobał. Całą duszą starała się, by odkrył jej przewagę nad Danielle, i nie robiła tego tylko i wyłącznie ze względu na przybraną siostrę. Zapragnęła Roberta dla siebie, a uświadomiła to sobie po upływie dwóch dni.

Wcześniej bawili się we dwoje w rzucanie patyków dworskim psom, byli na wycieczce w lesie. Robert wciąż dopytywał się o Danielle, aż Taran miała ochotę go uderzyć. Udowadniała mu, że przewyższa go inteligencją i umiejętnościami – niemądra Taran, w taki sposób nie zdobywa się miłości ambitnego młodzieńca. Spierali się o wiśnie i zrobili zawody, kto prędzej dobiegnie do drzwi. Taran wygrała, popełniając tym samym kolejne głupstwo, ale Uriel nic nie powiedział, podobało mu się bowiem, że robi błędy w kontaktach z Robertem. Bez względu jednak na wszystko: Drugiego wieczoru

Robert zapomniał spytać o Danielle. A przy kolacji widać już było wyraźnie, że woli Taran.

Dziewczyna rozjaśniła się jak słońce i nagle zdała sobie sprawę, że śmiertelnie się zakochała w młodym Szwedzie.

“Wcale tak nie jest”, cierpko zauważył Uriel w jej głowie. “Po prostu podoba ci się, że nadskakuje ci taki przystojny chłopak”.

– Więc uważasz teraz, że on jest przystojny?

– Ty tak uważasz.

Taran zrozumiała, że rozmowa przerodzi się zaraz w bezsensowną dyskusję, i powiedziała: “Teraz cię wyłączam. Dobranoc”.

Z żalem stwierdziła, że Uriel posłuchał. Tego dnia już się nie pojawił.

Wieczór Taran spędziła z Robertem, Rafaelem i Danielle na towarzyskiej grze w karty. Bardzo głośno okazywała przy tym swoje zaangażowanie. Zgrzytała zębami i demonstracyjnie ogryzała paznokcie, kiedy się jej nie wiodło, a gdy wygrywała, wznosiła okrzyki radości. Wreszcie Rafael poprosił chłodno, by przestała się głupio popisywać. Odpowiedziała mu ze złością kopniakiem wymierzonym prosto w łydkę.

– Czasami jesteś okropnie dziecinna, Taran – zauważył Rafael.

Taran nie poprawiła swego wizerunku osoby dorosłej, ciskając mu wszystkie karty w twarz.

Skończyło się na tym, że babcia Theresa odbyła z Taran rozmowę na osobności.

– Podoba ci się ten młody człowiek, prawda?