Выбрать главу

Taran tylko prychnęła w odpowiedzi, wciąż obrażona na Rafaela.

– Widzisz, Taran… – Babcia wzięła ją za rękę. – Młodych mężczyzn takich jak Robert z pewnością bawi, że spontanicznie okazujesz swoje uczucia. Lubią jednak także podbijać serca. Pragną zdobywać kobietę. A w tym przypadku wygląda to tak, że ty jesteś myśliwym, a on zwierzyną.

– To co mam robić, babciu? – Taran westchnęła demonstracyjnie.

– Nie chodzi mi o to, że masz naśladować Danielle. Delikatność i łagodna nieśmiałość to nie dla ciebie. Ale sztuka flirtu nie polega na wielkich operowych gestach. Nie próbuj go bić na głowę we wszystkich zawodach, zarówno gdy dotyczą sprawności fizycznej, jak i inteligencji.

– Chciałabym po prostu, żeby uznał mnie za dobrą we wszystkim – przygasła Taran.

– W pełni już udowodniłaś, że tak jest. Ale także jemu daj możliwość pokazania co potrafi!

Taran zwiesiła głowę jak upomniany kwiat, jeśli coś podobnego w ogóle może istnieć.

Theresa ciągnęła łagodnie:

– Postaraj się być bardziej tajemnicza, nie przebierając się przy tym w czarne welony i znacząco wzdychając. Udawaj, że on cię nie obchodzi. I za wszelką cenę zachowuj się powściągliwie!

– Dobrze, babciu. Dziękuję za rady!

Taran oczywiście z powściągliwością także musiała przesadzić. Tak jak uboga dziewczynka głodnymi oczami wpatruje się w stół bogaczy, tak i ona siedziała w kącie i tęsknie patrzyła, jak pozostali grają w karty. Wodziła wzrokiem za każdym ruchem Roberta, wpatrywała się w jego młodzieńczą, wesołą twarz, być może nie o tak wyszukanie pięknych rysach, jak u mężczyzn z jej rodziny, i dalekiej, rzecz jasna, od nieziemskiej urody Uriela… Ale jakie to miało znaczenie? Kiedy jest się zakochanym, twarz wybranego zdaje się najpiękniejsza na całej ziemi.

Rozmawiali o wyjeździe Roberta. Musiał wyruszać już następnego dnia i Taran oczywiście natychmiast zaproponowała, że może towarzyszyć mu do Christianii, pragnie bowiem odwiedzić badacza, dobrze znającego Morze Bałtyckie.

W równie oczywisty sposób Theresa absolutnie jej tego zakazała. Nie pomogły zapewnienia Taran, że Soi z Ludzi Lodu zajęła się Sigilionem, a hrabia Rasmus Finkelborg nie żyje.

– Jak wrócisz? – spytał Rafael.

– Mam przecież Uriela, nie zapominaj o tym!

– Nie wolno ci w taki sposób nadużywać swego opiekuna. To zbyt wielkie ryzyko.

– Czy ty nie możesz jechać ze mną?

– Nie mam ochoty na powtórkę z tych dramatycznych wydarzeń!

Taran zdołała porwać Roberta na chwilę rozmowy w cztery oczy.

– I tak mogę się wymknąć, żeby z tobą jechać – szepnęła.

Popatrzył na nią sceptycznie, no i oczywiście zaraz musiał się ktoś pojawić i przerwać knowania.

Było to jednak przed poważną rozmową z babcią. Teraz Taran zupełnie nie wiedziała, co ma robić. Dyskrecja! Skromność i tajemniczość! Życie w jednej chwili stało się takie skomplikowane dla przywykłej beztrosko ulegać swoim impulsom, bezpośredniej Taran.

Rozdział 23

Uriel poprosił o rozmowę u swego zwierzchnika.

– Co się znów stało, drogi Urielu? – spytał cierpliwie uskrzydlony.

Duchowi opiekuńczemu trzęsły się ręce.

– Jest gorzej niż dotychczas, wasza dostojność. Proszę o przekazanie odpowiedzialności za Taran komuś innemu.

– Urielu, czuwanie nad tą dziewczyną jest twoim obowiązkiem. Opiekun z trzeciego wymiaru nie wykręca się od obowiązków. Dlaczego chcesz z nich zrezygnować?

– Zakochała się w mężczyźnie.

– Tak jej się wydaje, czy jest tak naprawdę?

– A co to za różnica?

– Ależ, drogi przyjacielu, to przecież oczywiste! Dziewczyna z ziemskiego rodu ma prawo znaleźć sobie przyjaciela. Takie są prawa życia.

– Wiem, ale ona jest taka młoda!

– Ma dziewiętnaście lat.

– Ale duchem jest bardzo młoda. To jeszcze dziecko.

– Może masz rację. Niemniej jednak jej prawem jest odczuwać słabość do dobrego młodzieńca. Czy on jest dobry?

– Wydaje się wprost irytująco odpowiedni.

– Na czym więc polega twój problem?

Uriel westchnął zniecierpliwiony.

– W momencie, gdy znalazła się pod moją opieką, obiecałem, że nie będę niedyskretny. Ale jak mam nad nią czuwać, kiedy zostaje z nim sama? Taran niestety puściła mimo uszu ostrzeżenia moje, swojej babki i wszystkich innych i w tajemnicy wyjechała z tym Robertem do Christiana.

Duchowy przywódca udał, że nie słyszy, z jakim gniewem Uriel niemal wypluł imię Roberta. Skupił się na poważniejszym problemie.

– Wobec tego musisz jej pilnować!

– Ona twierdzi, że nic jej nie grozi, i tak pewnie też jest. W każdym razie podczas podróży do Christianii, bo Robert to człowiek honoru, jak określiła to Taran.

– Dlaczego mówisz o tym tak cierpko, rycerskość to wspaniała cnota.

Uriel zerknął na niego z ukosa i podjął:

– Taran twierdzi, że niebezpieczeństwo już minęło. Rycerz zakonny nie żyje, a duch Soi z Ludzi Lodu odciągnął Sigiliona. Ponadto Taran uważa, że ma jeszcze mnie, ale ja się wzbraniam przed odstąpieniem od moich zasad dyskrecji.

Zwierzchnik, usiłując zachować świątobliwą cierpliwość, zaczął wachlować się skrzydłami.

– Czy to naprawdę ta dyskrecja ci przeszkadza? Nic więcej?

– A cóż innego miałoby to być? – spytał Uriel szeroko otwierając oczy. – Zapewniam, że głęboko niepokoję się dziewczyną. Pomyśleć tylko, jakie to będzie dla niej straszne, jeśli zmuszony zostanę być świadkiem tego, jak trzymają się za ręce! Albo jak on wyzna jej miłość! Albo ona jemu! Co będzie, jak on ją pocałuje!

– Wielkie nieba! – mruknął dostojny. – To rzeczywiście byłoby straszne! Dla cię… To znaczy dla niej.

– Prawda? Nie potrafię sobie wyobrazić, że…

– Tak, tak. Miejmy nadzieję, że Soi z Ludzi Lodu okaże się czujna. Zostaniesz zwolniony z przyglądania się intymnym scenom pomiędzy tymi dwojgiem. Poza tym jednak musisz…

– Poza tym obiecuję wypełniać swoje obowiązki co do joty, wasza dostojność. Dziękuję! Bardzo dziękuję!

Wysoko postawiony z niepokojem spoglądał za Urielem, który pomknął z powrotem na ziemię.

– Na tym właśnie polega ryzyko – mruknął pod nosem. – Ziemianie potrzebują naszego wsparcia, bez niego sobie nie radzą. Ale zależność może stać się ciężarem dla jednej ze stron, a w najgorszych przypadkach dla obu.

W domu Aurory zapanowało wielkie wzburzenie.

– Jak oni mogli nam coś takiego zrobić? – użalał się Rafael po raz co najmniej dziesiąty.

Theresa stała z listem w dłoni.

– Taran ma trochę racji – powiedziała bez przekonania. – Posłuchajcie, co pisze: Wybacz mi, babciu, ciociu Auroro i wszyscy! Wiem jednak, że jeśli teraz nie pojadę do Christianii, to nigdy nic już z tego nie wyjdzie. Soi z Ludzi Lodu zajęła się Sigilionem, Finkelborg nie żyje, no i Robert odwiezie mnie z powrotem. W związku z tym ta bezskrzydła wróżka, przepraszam, wysłannik z góry, może się złościć, ile mu się żywnie podoba. Już go nie potrzebuję i uważam, że wspaniale jest nie być zmuszonym do wysłuchiwania od rana do wieczora jego pobożnych, ze “wszech miar przyzwoitych napomnień. Wrócimy do domu pojutrze. Wasze pokorne dziecko słońca, Taran.

– Pokorna? – prychnął Rafael. – Ona nawet nie rozumie, co znaczy to słowo!

– List Roberta budzi większe zaufanie – stwierdziła Theresa. – Proszę o wybaczenie za to, że obiecałem Taran zabrać ją ze sobą. Uznałem jednak, że przy mnie będzie bezpieczniejsza niż gdzie indziej. Zapewniam, że ani jeden włos nie spadnie z jej ślicznej główki, będę bronić jej swoim życiem i przywiozę ja równie czystą, całą i zdrową jak przed wyruszeniem do Christianii. Wasz oddany Robert.