Westchnął zniecierpliwiony:
– Ten Sigilion… To brzmi jak opowieść obłąkanego. Rozbuchany żądzą jaszczur… Przecież jaszczurki są zimne, wszyscy o tym wiedzą.
– On nie jest jaszczurką. Wywodzi się z gatunku, który pochodzi od płazów, lecz rozwijał się odrębnie. Podgatunek, który przeobrażał się podobnie jak ludzie.
Taran sama słyszała, że wyraża się dość niejasno, mówi niewyraźnie, a język jej się plącze i odmawia posłuszeństwa. Wino uderzyło jej do głowy.
Robert tylko pokręcił głową.
– Chcesz powiedzieć, że Sigilion to ktoś taki jak Pan i potrafi oddziaływać na ludzką zmysłowość?
– A czy Pan tak robił?
– Tak, potrafił sprowadzić na ludzi wiele kłopotów w intymnych sferach życia. On i jego orszak satyrów i sylenów budzili podniecenie u biednych ludzkich duszyczek, a może raczej ciał.
Taran zdrętwiała.
– Sylenowie? To brzmi prawie jak Silinowie! Myślisz, że mogą się wywodzić ze wspólnych korzeni?
– Tego nie wiem.
– Chyba nie – doszła do wniosku Taran. – Sigilion nie ma nic wspólnego z greckimi bogami, to się nie zgadza, ale być może jest podobnym… bogiem płodności, chociaż nie ma między nimi żadnego związku.
– Oczywiście, opowiadaj dalej. Zamierzałaś wspomnieć o swoim ojcu.
– Tak, on i moi bracia są w drodze na Islandię. Pewnie już nawet dotarli na miejsce. Tam czeka Dolga następne zadanie, nikt nie wie, na czym ono ma polegać. Wiadomo jedynie, że Dolg już jako dziecko mówił o błędnych ognikach i wołaniu karłów. Błędne ogniki doprowadziły go do niebieskiego szafiru. Wołanie karłów oznacza echo. A ostatnio wołanie z oddali prześladowało Dolga. Wezwali go na Islandię.
– Mówiłaś, że masz jeszcze jednego brata. Czy on jest równie dziwny?
– Villemann? – uśmiechnęła się Taran. – To mój brat bliźniak. Nie, jest podobny do mnie, może trochę bardziej szalony, jak to chłopcy.
– Bardziej szalony niż ty? Trudno mi to sobie wyobrazić – przyznał Robert, przelotnie ściskając jej rękę pod stołem.
Tego nie powinien był robić. Taran od razu stopniała i musiała mocno wziąć się w garść, by się nie przechylić w jego stronę. Gdyby tak zrobiła, zleciałaby na podłogę. Niebezpieczne siły drzemią w winie.
Uśmiechnęła się, coś jej się przypomniało.
– Villemann naprawdę robi co może, by pokazać, że nosi właściwe imię, które znaczy dziki, szalony człowiek. Pamiętam kiedyś nasz najgorszy okres (do pioruna, jak trudno wymawiać słowa!), mieliśmy wtedy chyba po piętnaście lat, wiesz, sporo podróżowaliśmy i liznęliśmy kilku języków. Od czasu do czasu używamy wyrażeń, jakie nam wpadły w ucho. Mama i Villemann prowadzili ostrą dyskusję na temat czegoś, co właśnie wymyśliliśmy. To była prawdziwa walka, żadna ze stron nie chciała się poddać. Mama nazwała go niewychowanym łotrem, a Villemann stwierdził, że woli spontaniczność od krępujących dobrych manier. Kłótnia stawała się coraz gorętsza. Wreszcie mama wrzasnęła: “you son of a bitch”. Wtedy awantura się skończyła. Oboje popatrzyli na siebie, a potem padli sobie w objęcia, pękając ze śmiechu.
Na chwilę zapadła cisza.
– Dlaczego?
Taran zmarszczyła czoło.
– Nie rozumiesz, co mama powiedziała? Przepraszam, może nie znasz angielskiego.
– Nie, mówię po angielsku.
Taran okropnie nie lubiła wyjaśniać dowcipów.
– Nazwała go synem suki. Gdyby twój ojciec nazwał cię pomiotem padalca, to byś się nie śmiał?
– A dlaczego miałbym się śmiać? Uznałbym, że mi to strasznie ubliża.
– Tobie? Nie rozumiesz, że obelga tak naprawdę do tyka tego, kto ją rzuca? “Syn…” Zresztą zapomnijmy już o tym.
Ten człowiek był kompletnie pozbawiony poczucia humoru. Cóż za fatalna wada! Uriel śmiałby się do rozpuku.
Nie, prawie – anioły tak nie postępują. Przepraszam, Urielu. O, niech cię…
– Jaka jest twoja ulubiona anegdotka, Robercie? – spytała trochę zniechęcona. – Najzabawniejsza ze wszystkich?
Robert długo się zastanawiał, ale w końcu jego twarz się rozjaśniła.
– Nigdy nic bardziej mnie nie rozśmieszyło jak to, że na moich oczach pies poślizgnął się na lodzie i wpadł do wody.
Roześmiał się na samo wspomnienie.
Ale Taran się nie śmiała.
– Czy wyciągnięto psa z wody?
– Co takiego? Tak, chyba jakiś idiota rzucił się za nim. Ale szkoda, że nie widziałaś…
– Dziękuję. Wiesz, chyba muszę się już położyć, trochę kręci mi się w głowie.
Robert natychmiast się poderwał i odprowadził ją do schodów.
– Nie, nie musisz iść ze mną na górę – oświadczyła z resztką godności, jaka jej jeszcze została. – Wypij swoje wino, zobaczymy się rano przy śniadaniu.
– Dobrze. Teraz, kiedy opowiedziałaś mi całą tę niezwykłą historię, mam wielką ochotę usłyszeć, co ten badacz ma do powiedzenia o Morzu Bałtyckim.
– Opowiedziałam ci zaledwie ułamek, Robercie, zaledwie ułamek.
Wrócił do stołu, a Taran, mocno trzymając się poręczy po obu stronach, z trudem wdrapała się na górę po schodach. Nigdy więcej tyle wina!
Wprawdzie wypiła zaledwie dwa kieliszki, ale dla osoby nie przyzwyczajonej do alkoholu aż za dużo.
Gdzie są drzwi do pokoju? zastanawiała się, idąc korytarzem, co i raz zakręcającym w mało przyjazny gościom sposób.
Można mówić o Robercie co się chce, ale w każdym razie jest prawdziwym dżentelmenem. Trudno, nie szkodzi, że mają różne poczucie humoru, mężczyznę można chyba sobie wychować, pomyślała Taran, wpadając w tę samą pułapkę, co tysiące panien na wydaniu przed nią. Nie nauczy się starego psa szczekać.
Urielu, Urielu, dlaczego nie chciałeś mi towarzyszyć? Sam przecież widzisz, nic nieprzyzwoitego się nie dzieje.
Dobry chłopak ten Robert. Prawdziwy mężczyzna, sympatyczny i przyzwoity.
Cholernie przyzwoity.
Przepraszam, Urielu, Robercie, babciu i wszyscy dobrzy ludzie. Nie wolno mi przecież przeklinać.
Jak by to miało gwarantować, że jest się dobrym człowiekiem. Kiedy ktoś uczyni wszystko dla ludzkości, poświęci się do ostatniego tchu, ale przypadkiem wyrwie mu się “do diabła”, jego dusza skazana jest na zatracenie. A ktoś, kto kłamie, oszukuje i postępuje jak ostatni łajdak, ale składa ręce w bogobojnej modlitwie, idzie do nieba.
To zakłada istnienie jakiegoś wyniosłego bóstwa, którego imienia nie wolno nadużywać, a które patrzy przez palce na paskudne drobne, nie odkryte przestępstwa. Taki sposób myślenia obraża Boga.
A więc, do stu diabłów, mam zamiar poświęcić się, jak tylko mogę, ale od czasu do czasu zawołać: “do pioruna “. Nie, to chyba niewłaściwe drzwi. Schody na strych?
Cóż za duszne powietrze? Poznaję… poznaję…
Taran na najniższym stopniu schodów usiłowała zawrócić, ale drzwi na korytarz się zatrzasnęły.
W ciemnościach wyczuła, że coś ją od nich odgradza.
Rozdział 25
– Urielu – szepnęła Taran, ogarnięta nagłą paniką. – Urielu, ty uparciuchu, gdzie jesteś? Pomóż mi! Pomóż!
I gdzie Soi z Ludzi Lodu? Powinna tu teraz być.
– Soi! Soi, musisz mi pomóc, to się może źle skończyć!
Taran zmusiła się, żeby iść tyłem po schodach na strych. Sigilion był tak blisko, że mogłaby zobaczyć, jak pulsuje mu krew pod połyskującą odcieniami granatu i zieleni skórą.
Oczywiście było na to zbyt ciemno, lecz wyczuwała jego bliskość, bijącą od niego niemal ożywioną zmysłowość. Atmosfera stała się tak nieznośnie intymna, Taran miała wrażenie, że zaraz ją zadusi. Zgadza się, działasz na mnie, ale nie ciebie chcę, krokodyli potworze, pomyślała, czując, jak ciało jej drży od nieznanych emocji wywołanych jego bliskością.