Выбрать главу

Gdyby tylko mógł zrozumieć, skąd się tu wzięła! Widocznie musiała być na strychu. Może tu mieszka?

Powiódł wzrokiem po sprężystej sylwetce i jego ciało zareagowało tak jak zwykle. Zapłonął namiętnością. Powietrze zgęstniało od niepohamowanego pożądania.

Soi patrzyła na niego.

– Proszę, proszę – zagruchała. – Pokazujemy, co mamy? Sporo o tym myślałam od czasu naszego ostatniego spotkania. Jeszcze okazalszy niż pamiętałam! Mmm!

Nie spuszczała z Sigiliona oczu, patrzyła, jak ją okrąża.

– Stajesz za mną? Czyżby więcej było w tobie zwierzęcia, niż chcesz się do tego przyznać? Mnie to nie przeszkadza, prawie wszystko mi odpowiada, do tego stopnia jestem spragniona męskości.

Wzięła głęboki oddech, kiedy położył straszne ręce na jej piersiach i wolno przycisnął ciało do jej ciała. Soi zadrżała, bo Sigilion był niczym ucieleśnienie erotycznej żądzy.

Przymknął oczy i zapomniał o wszystkim, co ich otacza.

Nagle oboje drgnęli. Sigilion rozejrzał się wściekły, przeszkodzono mu akurat, kiedy miał wtargnąć w tę cudowną kobietę.

Niczego nie spostrzegł. Nieprzytomna Taran leżała na podłodze, poza tym izba na strychu była pusta, nie pojmował, cóż to za odgłos mógł go rozproszyć.

Ale Soi się zorientowała. Uwolniła się z objęć Sigiliona, lecz nic nie powiedziała.

W tej samej chwili ocknęła się Taran. Sigilion, który nie zauważył, że Taran przytomnieje ani też że zjawił się Uriel, przysunął się znów bliżej Soi i zaczął gładzić ją po udach i biodrach, podniósł koszulę.

Taran i Uriel otworzyli usta na widok rozedrganego Sigiliona, którego postać ze wzniesionym do aktu organem stała się widoczna na tle okna. Poczuli żądzę wibrującą w powietrzu. Patrzyli na kształtne ciało Soi i nie mogli oderwać oczu od rozgrywającej się przed nimi sceny.

– Nie – zwróciła się krótko Soi do swego zalotnika. – Jeśli mam się dobrze bawić, to nie chcę żadnych obserwatorów. Opuszczamy to miejsce, natychmiast. Zaczekaj, upewnię się tylko, czy ona mocno śpi.

Pobiegła w kierunku oniemiałych świadków. Taran, słysząc, co zostało powiedziane, natychmiast zamknęła oczy, udając głęboko nieprzytomną, ale mocno przy tym ściskała niewidzialną dłoń Uriela. Jedynie Soi go widziała, Taran miała świadomość jego obecności, natomiast Sigilion o niczym nie wiedział.

– Rozkoszne igraszki mogę przeciągnąć do jutra wieczór – szepnęła Soi do Taran. – Ale wtedy ty musisz bezwzględnie znaleźć się już w bezpiecznym miejscu, we dworze. Zrozumiałaś?

Taran prawie nieznacznie kiwnęła głową.

Soi wstała i wróciła do Sigiliona.

– Jest unieszkodliwiona. Będzie spała do czasu następnego wzejścia księżyca. Ale nie chcę tu zostać. Zabawimy się z dala od ludzi. Chodź, a. może chcesz, żebym cię pociągnęła?

Sigilion posłał ostatnie, pełne rozterki spojrzenie na Taran, ale zdawał się uspokojony. Podeszli do okna. Soi otworzyła je, a Sigilion, pragnąc jej zaimponować, wysunął się i wziął ją na plecy. Taran widziała, jak znikają, kierując się ku posrebrzonym chmurom.

Drżąco odetchnęła z ulgą. Uriel przytulił jej głowę do piersi. Taran uśmiechnęła się do siebie ze szczerym poczuciem szczęścia.

Znów był przy niej. Tęsknota i wszelkie próby zapomnienia o nim już się skończyły.

Rozdział 26

– Nie powinienem był cię zostawiać samej – powtarzał Uriel raz po raz, delikatnie gładząc ją po twarzy. – To niewybaczalne z mojej strony. Niewybaczalne!

Słodkawa atmosfera kopulacji wciąż unosiła się w izbie, sprawiając, że wymawiał słowa z jeszcze większym przejęciem niż tego pragnął.

– Złożyliśmy wszystko na Soi – odparła Taran drżącym po przeżytym wstrząsie głosem. – Źle postąpiliśmy, zapomnieliśmy, że ona ma także inne obowiązki. Urielu, ogromnie się cieszę, że jesteś przy mnie, ale czy mogę ujrzeć chociaż kawałek twojej osoby?

– Przepraszam – powiedział, wyłaniając się z nicości.

– Od razu lepiej – próbowała żartować, ale głos podejrzanie jej drżał. – Nieco materii nigdy nie zaszkodzi.

Piękne ciepłe oczy patrzyły na nią z wyrazem, który bardzo jej się podobał. Uriel wziął się w garść.

– Musimy stąd odejść!

Taran w pełni się z nim zgadzała. Wspomnienie straszliwego Sigiliona było zaledwie nikłym ułamkiem tego, co rzeczywiście ich stąd wypędzało: oddziaływania atmosfery, pożądania wywołanego dotykiem, gorączką w ciele.

– Zaniosę cię do twojego pokoju – rzekł Uriel łagodnie. – Rozważymy sytuację. Ty i ten Szwed musicie jak najprędzej opuścić zajazd.

Taran, znoszona po schodach przez cudownie silne ramiona, zakryła usta dłonią, tłumiąc okrzyk.

– Mój ty świecie! Robert! Całkiem o nim zapomniałam!

Uriel uśmiechnął się niczym zadowolony tygrys.

– Mów tak częściej!

– Musimy stąd odejść. Nie możemy go w to mieszać.

Znaleźli się w pokoju Taran. Uriel delikatnie położył dziewczynę na łóżku,

– Jak twoja głowa?

Skrzywiła się.

– Nie za dobrze. Ale to pewnie raczej przez wino, które wypiłam przy kolacji.

– Dobrze wiedział, jak mocno wolno mu uderzyć – ponuro zauważył Uriel.

– Urielu, nie chcę leżeć, tylko mi od tego gorzej. Czy mogę usiąść? Przy tobie? To było takie przyjemne.

Z wahaniem siadł przy niej i otoczył ją ramieniem. Taran usadowiła się wygodnie i westchnęła zadowolona.

– Właśnie tak.

– Nie wiem, czy…

Poddał się jednak. On również uważał, że tak jest cudownie. Pochylił głowę do jej ciemnych włosów i wciągnął w nozdrza ich zapach.

– Nie chcę już być aniołem – pomyślał na głos.

– Co przez to rozumiesz?

– Nic, po prostu taki pomysł przyszedł mi do głowy.

– Czy możesz opuścić swoje stanowisko?

– Nie.

Taran umilkła. Obojgu przyjemność sprawiało takie siedzenie we dwoje, bez słów, bez sprzeczek, bez niepokoju. Po prostu byli razem, – wycieńczeni jak po wielkim wysiłku fizycznym.

Taran myśli wirowały w głowie. Soi z Ludzi Lodu, co teraz robi?

Ohydnie nawet o tym myśleć. Ale nie wyglądało na to, by Soi ponosiła jakąś ofiarę, przeciwnie.

Taran wiedziała, że nigdy nie będzie tak dzika i szalona jak Soi. W żyłach czarownicy od urodzenia płynęły krople zła. Przez całe swe krótkie życie starała się zwalczać drzemiące w niej mroczne siły, może nie zawsze równie przekonująco. Przygwoździła kochanka do ściany…?

Taran zadrżała.

Pomimo obrzydzenia i strachu, jaki odczuwała w obecności Sigiliona, Taran potrafiła niemal zrozumieć Soi. Soi nie miała nic do stracenia. Przyniosła ze sobą na świat ogromną ciekawość życia, spragniona była wszelkich przeżyć, jakie ono niesie. Miała nad Sigilionem władzę, polegającą również na tym, iż on nie rozumiał, że Soi jest duchem. Potrafiła zniknąć, kiedy zabawa przestawała jej się podobać. Dlaczego jednak miała nie wykorzystać najpierw – jego umiejętności w tej dziedzinie?

Tak, Tarap potrafiła ją zrozumieć. Sama co prawda czuła mdłości na myśl o zbliżeniu się do Sigiliona, ale inaczej było z Soi, która przeszła przez życie samotna i odtrącona. Soi nie miała Uriela.

Nie można też zapominać, że Sigilion był szalenie pociągający, wprawdzie w jakiś straszny, odpychający sposób. Sam w sobie stanowił sprzeczność, był jednym z najgorszych wybryków natury.

Taran powiedziała na głos:

– Wydawał się bardzo dumny z tego, że może ją dźwigać, że daje radę wzbić się z nią w powietrze. Nie zorientował się, że ma do czynienia z duchem, to dziwne.

Uriel, oszołomiony bliskością Taran, musiał najpierw dojść do siebie, zanim zrozumiał, o czym ona mówi. Potem roztargniony pokiwał głową.