– Hop! Hop! – zawołał Robert w stronę statku.
Czekali. Nic się nie działo.
– Wchodzimy na pokład – zdecydował Robert. – Może jeszcze śpią.
Taran z wahaniem poszła za nim. Nie lubiła wdzierać się na czyjś prywatny teren.
– Czy nie możesz zostawić wiadomości? – spytała.
– Owszem, jeśli ich nie zastanę. Zejdź po tych schodach.
Pomógł jej przejść do ciasnej kajuty, rufy, czy jak tam nazywają to miejsce marynarze. Taran dorastała w Europie, w kraju nie posiadającym dostępu do morza, i nie znała języka wilków morskich.
W myślach przez cały czas międliła tę samą kwestię: Jak go nie zranić? Przecież w pewnym sensie sama go zachęcałam, żeby się mną zainteresował, tylko dlatego, że byłam tak głęboko nieszczęśliwa i sądziłam, że potrafię się zakochać w zwykłym mężczyźnie. I zapomnieć o Urielu.
Ale jak można wyrzucić Uriela z pamięci? Jak mogłam być taka niemądra? Popełniłam wszystkie głupstwa, jakie tylko można sobie wyobrazić, zachowałam się jak humorzasta pensjonarka, no i mam za swoje.
Robert oczekuje, że przyjmę jego miłość i ofiaruję mu swoją.
Nie chcę nikogo ranić!
Nikt jednak nie mógł jej teraz pomóc wybrnąć z sytuacji, w którą sama się wplątała.
We wnętrzu łodzi panował mrok, tylko przez nieduże owalne okienko sączyło się trochę światła, migoczącego od kołysania wody, chlupoczącej o burty.
– Wygląda na to, że nikogo tu nie ma – powiedziała Taran niepewnie.
Była szczurem lądowym i zapach morza, wodorostów, nasmołowanych lin i przewożonych w beczkach śledzi nie budził w niej żadnych sentymentalnych uczuć. Czuła się nieswojo i pragnęła jak najprędzej dotknąć stopami ziemi.
Robert przeszedł do pomieszczenia w głębi, zostawiając ją samą. Jego głos, dobiegający stamtąd, zabrzmiał głucho i tajemniczo.
– Zobacz, Taran! Chodź i sama zobacz!
Zaprowadził ją do jeszcze ciemniejszego niedużego pomieszczenia, wypełnionego zapachem, na który każdy człowiek morza zareagowałby okrzykiem zachwytu, lecz w Taran wzbudził jedynie obrzydzenie.
– Na co mam patrzeć? – spytała. – Tutaj jest tak ciemno, że…
Robert stanął za nią. Komórka była bardzo niska i Taran musiała się pochylić.
Poczuła uderzenie w tył głowy. Nie bardzo rozumiała, co to mogło być, czyżby o coś zawadziła?
Więcej pomyśleć już nie zdążyła. W oczach jej pociemniało i osunęła się na ziemię.
Rozdział 28
– Ależ, Urielu – zwierzchnik pobożnie złożył ręce na brzuchu. – Nie mówisz tego chyba poważnie! Nie chcesz jeszcze zostać aniołem? Przecież tak wysoko już awansowałeś!
Uriel, który mówił od dłuższej chwili, czuł się duchowo wycieńczony.
– Czy naprawdę zostać aniołem jest tak godne pożądania? Nie mam ochoty, by stać się cherubinem, to przecież groteskowe, cztery pary skrzydeł i czworo oczu! W dodatku cherubini używają płomiennych mieczy, by karać tych, którzy zeszli na złą drogę. Wiem, że to się nazywa popełnić grzech, ale ja określam to jako popełnianie błędów. Czy cherubini ze swą żądzą karania są w czymś lepsi?
– Urielu, zważaj na słowa!
– Mają twarze i stopy zwrócone w różnych kierunkach, nie muszą się więc odwracać, kiedy chcą spojrzeć w jakąś stronę. Ja nazywam to lenistwem. A serafini? Czy oni są lepsi? Przebywają w najświętszych sferach, krzykiem głosząc chwałę Pana, ale zsyłają gromy, błyskawice i popiół, tak że nikt nic w ogóle nie widzi. Nie chcę zostać kimś takim.
– To ci nie grozi, uspokój się. Ktoś może cię usłyszeć.
– Miałbym więc tkwić w jednym z dalszych zastępów? Tych, które chórem wyśpiewują anielskie trele, ale nikt ich nie słucha?
– Urielu! To wielki zaszczyt…
– Doprawdy? A jak było z trzydziestoma trzema milionami aniołów, które pospieszyły za Lucyferem, strąconym archaniołem, aniołem światła? Poszły za nim, ponieważ tego chciały, a to znaczy, że niebiańskie przestrzenie nie są szczególnie interesujące.
W głosie zwierzchnika brzmiało zdecydowanie:
– Nie tam trafisz, Urielu, lecz do trzeciej sfery, tej, która ma związki ze światem ludzi. Spotkasz tam posłańców, aniołów stróżów, archaniołów i sporą liczbę zwykłych aniołów. Tam właśnie trafisz z tego wymiaru, w którym obecnie przebywasz.
– Hurra – mruknął Uriel z ponurą miną.
– Jeśli, oczywiście, będziesz się porządnie sprawował. Akurat teraz tak nie jest i ryzykujesz utratę miejsca.
– Ależ ja właśnie tego pragnę! Pokochałem kobietę z ludzkiego rodu i chcę stać się człowiekiem!
W oczach mistrza na moment pojawiło się coś w rodzaju tęsknoty. Zaraz jednak “wziął się w garść.
– Takie niebezpieczeństwo najczęściej grozi duchom opiekuńczym. Można się przywiązać do ziemskiej istoty. Dlatego natychmiast zwolnimy cię z przydzielonego ci zadania, znajdziemy dla ciebie coś innego.
– Nie chcę niczego innego. Co złego jest w ziemskim życiu? Nigdzie indziej nie ma tyle czułości, tyle miłości, tyle… tak, smutku i rozpaczy, ale to przecież także są uczucia! Mistrzu, czyżbyś nie dostrzegał piękna w tym, co niedoskonałe? Czy nie wzruszają cię usiłowania ludzi, by uczynić świat piękniejszym, bogatszym i lepszym? Nie chcesz pomóc nieszczęsnym? Śmiać się wspólnie z radosnymi, czuć, że żyjesz?
– Urielu, uważam, że powinniśmy zakończyć…
– Zauważyłem różnicę, kiedy wróciłem na ziemię. Spostrzegłem, że wszystko, co kiedyś wydawało mi się szare i brzydkie, także ma swój urok, którego się nie widzi, kiedy ma się z tym do czynienia na co dzień. Są ludzie dobrzy i źli, mistrzu, ale nie mamy prawa nimi pogardzać.
Uriel poczuł, że płacz dusi go w gardle. Tyle chciał wyjaśnić, ale nie mógł znaleźć potrzebnych słów. Mówił banały, powtarzane już po tysiąckroć wcześniej.
Trochę się uspokoił.
– Ale nie wszyscy ludzie stają się aniołami?
– Nie, istnieje także odrębny wymiar dla pozostałych. Nie mówię wcale o piekle, to wymysł ludzi. Oni trwają w szczęściu, pławią się w Wielkim Świetle, które jest samą miłością.
– Dlaczego więc mnie wybrano, abym się znalazł tutaj?
– Ma to związek z twoim wcześniejszym życiem, i to niejednym. Wówczas tego pragnąłeś, dlatego się tak stało.
– To musiało być dawno temu – mruknął Uriel.
– Owszem. Byłeś między innymi głęboko wierzącym mnichem, innym razem umartwiającym się pustelnikiem.
– I to także? Ile głupstw właściwie popełniłem?
– Mieścisz się w normie. Byłeś natomiast niezwykle cnotliwy, pewnie dlatego tak zauroczyła cię ta Taran. Powinienem był to przewidzieć.
Uriel westchnął.
– Moja sytuacja jest dramatyczna. Myśli dniem i nocą krążą wokół jedynej kobiety, jaką kiedykolwiek naprawdę kochałem. Tak dłużej być nie może.
– A pamiętasz inne kobiety, jakie obdarzyłeś miłością na przestrzeni dziejów? – pytał mistrz cierpliwie.
– Nie, oczywiście, że nie. Wiem jedynie, że żadna miłość nie może być silniejsza. Muszę otrzymać jeszcze jedno ziemskie istnienie.
– Większość byłaby uszczęśliwiona, mogąc rozstać się z tym padołem łez i zajść tak wysoko jak ty. A ty zakończyłeś już nie tylko swoje życie na ziemi, lecz także służbę jako opiekun. Dawno temu. Twoją ostatnią podopieczną była Blitilda. Taran przydzielono ci dodatkowo, i przypominam sobie młodzieńca, który także wtedy bardzo się awanturował, nie chciał podjąć się tej roli.
– Wiem o tym. Ale teraz nie mogę bez niej żyć. Mistrzu, jeśli zmusisz mnie, bym kontynuował swoją drogę w górę poprzez wymiary, skażesz mnie na prawdziwe piekło w niebie!
– Licz się ze słowami, chłopcze!