Pojawił się posłaniec w śnieżnobiałej szacie i szepnął coś do ucha wysoko postawionemu. Obaj spojrzeli zaraz na Uriela.
Mistrz pokiwał głową, posłaniec odszedł.
– Urielu, musisz jak najprędzej wracać na ziemię. Do najwyższych sfer dotarła błagalna prośba od pobożnej kobiety, księżnej Theresy. Znasz ją?
– Oczywiście, to babcia Taran.
– Zgadza się. Poprosiła, aby natychmiast ci to przekazać. Z Taran jest źle.
– Nie! – zakrztusił się Uriel. – Przecież Soi z Ludzi Lodu miała trzymać Sigiliona w szachu!
– To nie ma związku z Sigilionem. Babcia Taran wspominała rycerza Zakonu Słońca o imieniu Robert…
Uriela ogarnęła panika.
– Robert? Rycerz Słońca? Och, nie! Natychmiast muszę wracać.
Mistrz podniósł dłoń w górę.
– Chwileczkę!
Uriel ledwie mógł ustać w miejscu.
– Otrzymasz jeszcze jedno ludzkie życie, Urielu. Pod pewnym warunkiem.
– Jakim? Zrobię wszystko.
– Będziesz zwalczać rycerzy Zakonu Świętego Słońca. To zły związek.
– “Wiem o tym. To już wszystko?
– Zwalczenie Zakonu potrwa długo, być może nawet przez całe życie Taran, nie w porządku więc wobec ciebie byłoby kazać ci czekać tak długo. Obiecaj, że poświęcisz swe ziemskie życie na walkę z nimi…
– Obiecuję.
– A teraz twe właściwe zadanie: Nie staniesz się na powrót człowiekiem, dopóki nie unieszkodliwisz Sigiliona.
Uriel pobladł.
– Ależ on prawdopodobnie jest nieśmiertelny.
– Możliwe, ale też i ja nie mówię o zabiciu go, a tylko o unieszkodliwieniu. Kiedy nie będzie już dłużej zagrażał, odzyskasz na powrót ludzką postać. Sam chyba rozumiesz, że możesz z nim walczyć tylko jako duch opiekuńczy, będąc istotą ludzką z niczym sobie nie poradzisz.
– Twarde warunki – stwierdził Uriel słabym głosem. – Ale postanowiłem, że raz kiedyś wezmę Taran w ramiona.
– Dlaczego tylko raz? – roześmiał się zwierzchnik. – Dlaczego nie przez całe życie?
Twarz Uriela rozjaśniła się w uśmiechu.
– A teraz ruszaj, zanim rycerz Słońca położy kres twoim marzeniom!
– On jej nie zabije, przynajmniej dopóki nie zdobędzie szafiru. Sigilion ma taki sam zamiar. Obu im pokażę!
– Dobrze, pamiętaj tylko, że nie wolno ci zabijać. Stracisz wtedy… jak to powiedzieć?
– Ludzie nazywają to nagrodą. A teraz żegnaj! Dzięki za twoją wielkoduszność!
– Cóż, nic nie poradzę na to, że jesteś taki głupi.
Taran ocknęła się w ciasnym pomieszczeniu. Upłynęła dość długa chwila, zanim przyzwyczaiła się do tego miejsca. Wokół wszystko się kołysało, fale wściekle tłukły się o burtę, głowa pękała jej z bólu.
Ze przyzwyczaiła się do miejsca, to za dużo powiedziane. Leżała związana, rzucona w kąt na wilgotne deski podłogi. Byle tylko statek nie zatonął…
Najwyraźniej wypływali na pełne morze, bo huśtało już porządnie.
Okropna sytuacja, naprawdę okropna!
Najgorsza jednak ze wszystkiego była zdrada Roberta.
Z początku niczego nie rozumiała. Dlaczego on to zrobił? Przecież ani słowem nie dała mu do zrozumienia, że odrzuca jego zaloty.
Właśnie wszedł do tego schowka, nie bardzo wiedziała, jak ma nazwać pomieszczenie. Przysiadł na umocowanej do ściany ławie. W ciemności ledwie widziała jego postać.
– Wyprowadziłem was w pole – oświadczył z triumfem. – Niczego nie podejrzewaliście, prawda?
– A co mielibyśmy podejrzewać?
Jak niewyraźnie zabrzmiał jej głos! A przecież wcale się nie bała, obawiała się jedynie choroby morskiej, to takie upokarzające.
– Nie przyszło ci do głowy, że zastąpiłem Rasmusa, prawda?
Rycerz Słońca. Przez moment poczuła w sercu ukłucie strachu, lecz zaraz odzyskała rezon.
– Posłał więc po ciebie? Dał list pocztylionowi, teraz już wszystko rozumiem.
– Nie wiem, jak do tego doszło, w każdym razie posłał po mnie. Przybyłem natychmiast i udało mi się zwieść was wszystkich.
Taran zamyśliła się.
– Pamiętam, że Finkelborg po wysłaniu listu okropnie się wściekał. Chyba rozumiem, dlaczego. Nie napisał, że Danielle byłaby o wiele łatwiejszą zdobyczą niż ja, prawda?
Usłyszała, jak Robert przeklina. Najwidoczniej Finkelborg nie wspomniał o Danielle i Robert doszedł do wniosku, że niepotrzebnie tak się wysilał. Danielle uprowadziłby bez kłopotu i z większą korzyścią. Za pewnik przyjmowano, że Taran poradzi sobie sama w wielu sytuacjach, natomiast Danielle to delikatna, niemal wrażliwa jak roślina istota, której za wszelką cenę należało pospieszyć z pomocą. Wymienić na drogocenny szafir. Natychmiast. Robert przypuszczał, że teraz, kiedy zakładniczką jest Taran, silniejsza i bardziej zdolna do stawiania oporu, będą się wahać dłużej.
Zazgrzytał zębami ze złości, że sam nie wpadł na takie proste rozwiązanie.
– Ale teraz mam już ciebie – rzekł agresywnie. – Już mi się nie wymkniesz.
Rzeczywiście, musiała przyznać mu rację. Soi zajęła się Sigilionem, ale Uriel… Prawda, udał się do swych zwierzchników z prośbą, aby pozwolili mu znów stać się człowiekiem. A jeśli tak rzeczywiście się stanie? Nie na wiele wtedy jej się przyda. Sytuacja stała się na to zbyt trudna.
Miała ochotę spytać, jak daleko w morze wypłynęli, ale fiord był długi, na pewno jeszcze go nie pokonali. Wiedziała, że nie spała zbyt długo.
Spała? Straciła przytomność uderzona w głowę przez rycerza łajdaka. Jak mogła być tak naiwna?
Nawet ona jednak rozumiała, że sytuacja stała się naprawdę poważna.
– Dokąd mnie zabierasz? – spytała.
– Do Niemiec. Inni rycerze już tam na mnie czekają. Teraz, kiedy cię mamy, prześlemy wiadomość do twego ojca i brata. Niebieski szafir w zamian za twoje życie. To przecież sprawiedliwe, szlachetny kamień należy do nas, to wy wtargnęliście na nie swój obszar i nam go skradliście.
– Wtargnęliśmy? Chcesz chyba powiedzieć, że okazaliśmy się sprytniejsi. Nie ma żadnego prawa własności, jakie by się odnosiło do szlachetnego kamienia ani też do naszej ogromnej wiedzy na temat Świętego Słońca.
– Dziękuję bardzo, że zechciałaś mi objaśnić tak wiele niewiadomych. To znacznie podniesie moją pozycję w Zakonie.
Taran zacisnęła zęby.
– A ten statek? Gdzie jego właściciel? A może go ukradłeś?
– Statek jest moją własnością. Wcale nie mieszkam nad Bałtykiem, tylko w Marstrand, do Christianii więc nie miałem daleko. Po prostu wsiadłem na konia i udawałem, że przybywam aż z głębi Szwecji. Oszukałem was bez trudu. Rzecz jasna udam się do twego uczonego i wyciągnę z niego więcej informacji o niezwykle, jak się okazuje, interesującym Bałtyku. Nie mieliśmy pojęcia, że odpowiedź może znajdować się właśnie tam. A chyba tak jest, masz rację.
O wstydzie! Jak mogła postąpić tak głupio? Nie proszona nawet przekazała informacje bezpośrednio rycerzowi Zakonu Świętego Słońca. Szczęśliwa, że jej słucha, ujawniła tajemnice, których nikt, nawet stojący całkiem z boku szwedzki krewniak Augusta, nie powinien znać.
– Nigdy więcej tego nie zrobię! – obiecała sobie.
Robert oznajmił zimno:
– Nie będziesz miała okazji.
Rozdział 29
Dumny oddział sunął skąpanym w blasku słońca lasem. Kopyta koni w nierównym rytmie dudniły o porośniętą mchem ziemię.
Rafael i August jechali obok siebie, otwierając orszak godnych zaufania wieśniaków i parobków. Erling wraz z Hermodem, synem Augusta i Aurory, stanowili tylną straż. Znaleźli się mniej więcej w połowie drogi do Christianii, kiedy, musieli wstrzymać konie.
Mieli wrażenie, że oślepił ich promień słońca. Świetlista postać zagrodziła drogę.