Выбрать главу

“Jak poszło?” spytał Uriel.

Sol westchnęła.

“Nie mogłam. Nie zdołałam się do tego zmusić”.

“Rozumiem”, odparł Uriel, a Taran pokiwała głową.

“Miałam ochotę, mówiąc oględnie, na odrobinę cielesnej miłości, lecz pomimo niesamowitej zmysłowości, nieziemskiej urody i oszałamiającego spojrzenia on okazał się zbyt wstrętny. Zwierzęcy. Zły. Myślący tylko i wyłącznie o sobie. Nie masz jakiegoś anioła, którego mógłbyś mi wypożyczyć, Urielu? Czy Taran zdaje sobie sprawę, ile miała szczęścia?”

“Tak”, powiedziała Taran.

“Zorientuję się”, roześmiał się Uriel. “Ale powiedz, co było dalej, co się stało z Sigilionem?”

“Zaprowadziłam go najdalej jak mogłam, na pustkowie gdzieś na południowym wschodzie. Dość długo udawało mi się podtrzymywać jego zainteresowanie, kiedy jednak się zorientował, że tylko się z nim bawię i że nic z tego nie będzie, wpadł we wściekłość. Wtedy zrozumiał, że jestem tylko duchem. Zostawiłam go, zniknęłam mu z oczu, ale on zamierza tutaj wrócić, więc uważajcie! Tyle że potrzeba mu na to o wiele więcej czasu niż mnie”.

Taran poczuła, że Uriel ściska ją za rękę. Przydało jej się to. Przerażała ją myśl o rozgniewanym Sigilionie.

“Muszę teraz wracać do swej rodziny”, oznajmiła Soi. “Młody Daniel mnie potrzebuje.”

Gorąco podziękowali jej za pomoc. Bez niej nie poradziliby sobie tak dobrze.

“Jeszcze tylko jedna prośba, zanim odejdziesz”, powiedział Uriel. “Ten Robert musi nosić znak Słońca. Czy możesz mu go skraść? Mnie nie wolno”.

“Bardzo chętnie! Co mam z nim zrobić?”

“Chcesz go, Taran?”

Dziewczyna pokręciła głową.

“Doszłam do wniosku, że te znaki są złe, bo należały do złych ludzi. Wrzuć go do morza!”

“Zgoda”, powiedziała Soi.

Robert przeżył kolejny szok, kiedy nagle coś wyrwało mu ochronny znak Słońca zza koszuli i ściągnęło przez głowę. Łańcuch z amuletem przeleciał łukiem w powietrzu i z pluskiem wpadł w fale.

– Nie, to niemożliwe! – krzyknął. – Teraz nic mnie nie chroni!

“Oto właśnie nam chodziło”, mruknął Uriel. “Ludzie Erlinga mogą cię złapać”.

– Wszystko jest jakieś zaczarowane – szepnął Robert. – Ten statek jest niebezpieczny, wolę zejść na ląd.

A miało być jeszcze gorzej. Od wieczornych chmur oderwała się sylwetka wielkiego czarnego ptaka i żeglując w powietrzu opadała ku statkowi Roberta.

Z podkulonymi zwyczajem drapieżnych ptaków nogami na pokładzie wylądowała najstraszniejsza istota, jaką można sobie wyobrazić.

Sigilion, król wymarłych Silinów.

Rozdział 30

Znaleźli się już blisko lądu, ale Rafael rozkazał ludziom się cofnąć. Z Robertem z pewnością by sobie poradzili, lecz nie z Sigilionem. Uriel prosił, by trzymali się od niego z daleka. Ujrzawszy, jak ślizgającym się lotem nadciąga przez przestworza, nie dali się długo prosić. Cofnęli się jak mogli najdalej, starając się jednocześnie pozostać dostatecznie blisko, by przyjść Taran z pomocą, gdyby okazało się to konieczne.

Taran jednak nigdzie nie było widać.

Uriel na pokładzie zdawał sobie sprawę, że w walce o życie dziewczyny jest osamotniony.

Robert tyłem schodził po schodach. Oczy zaszkliły mu się z przerażenia. Jeden rzut oka wystarczył mu, by stwierdzić, że od nabrzeża dzieli go zbyt duża odległość, tamtędy nie mógł uciekać. Łódź wprawdzie cały czas kierowała się ku brzegowi, lecz zbyt wolno.

Finkelborg przestrzegał go przed najbliższymi Taran. Od niej dowiedział się, że Sigilion nie zaliczał się do jej przyjaciół, lecz jest konkurentem rycerza. Robert nie wierzył w fantastyczny opis jaszczura.

Przekonał się teraz, że wcale nie przesadzała, przeciwnie.

Mój znak Słońca, użalił się w duchu. Gdybym go miał, ta istota z otchłani nie mogłaby mi wyrządzić żadnej krzywdy. Ale znak przepadł. Wróć, poprosił, w przypływie próżności usiłując zaklinać.

Niestety, żaden znak Słońca nie wyłonił się z fal. Oryginalne, potężne znaki być może usłuchałyby wołania, gdyby magicznymi formułami wzywał je Móri, Dolg albo kardynał. Niestety, zwykli rycerze, wśród nich Robert, nosili jedynie wykonane domowym sposobem kopie.

Przytrzymując się mocno poręczy zszedł na sam dół. Na ostatnim stopniu się potknął, ale dzięki podporze nie upadł.

Sigilion szedł za nim. Smukły, zielonooki i niebezpieczny niczym jadowity wąż.

Robert się cofnął.

– Weź ją! – pisnął. – Spójrz, to ona, daję ci ją. Zabierz ją sobie!

Niewidzialny Uriel stał przed Taran, oczekując na następne posunięcie Sigiliona. Robert zagradzał mu drogę.

Z gardła Sigiliona wydobył się potworny dźwięk, warczenie, w którym bez wątpienia kryła się groźba. Spostrzegł leżącą w kącie Taran, Uriela nie zauważył.

Sigilion niczym błyskawica przemknął koło Roberta, który wyjąc ze strachu oszalałym pędem rzucił się na górę na pokład. Sigilion zawrócił i pognał za nim.

– Ratunku! Ratunku! – wrzeszczał Robert do ludzi zgromadzonych w porcie.

“Nie”, rozległo się w ich głowach ostrzeżenie Uriela. “Sigilion jest śmiertelnie niebezpieczny, nie zbliżajcie się!”

Mężczyźni zdrętwieli na widok scen rozgrywających się na statku.

Najwidoczniej Sigilion uznał, że Roben mu przeszkadza. To, co nastąpiło potem, sprawiło, że wszyscy odwrócili się z obrzydzeniem, a Uriel jęknął wstrząśnięty.

Wszystko odbyło się nadspodziewanie szybko. Sigilion po prostu wyciągnął rękę zakończoną potwornym szponem i ujrzeli, jak głowa rycerza przelatuje przez reling, a zaraz za nią ciało zostało wyrzucone za burtę.

Taran, Taran, myślał Uriel. Jak mam cię przed tym chronić? Jak mam rozprawić się z nieśmiertelnym?

Zdrada Soi już wcześniej rozgniewała Sigiliona. Nie przebierał w środkach.

Uriel cieszył się tylko, że Taran nie widziała, jaki smutny koniec spotkał Roberta.

Ponieważ nie chciał, aby ostateczne starcie rozegrało się w kajucie, gdyż to naraziłoby dziewczynę na jeszcze większe niebezpieczeństwo, ruszył ku schodom. Bardzo się niepokoił. Wysilał umysł, chcąc znaleźć sposób na unieszkodliwienie Sigiliona, lecz nic nie przychodziło mu do głowy. Nie wiedział, czy król Silinów ma jakieś słabości poza niepohamowaną skłonnością do kobiet, lecz to już wykorzystali. Drugi raz nie zdołają go oszukać.

Jak zwalczyć nieśmiertelnego? Kogoś, kto potrafi unosić się w powietrzu niszcząc wszystko, co znajdzie się na jego drodze?

Uriel musiał działać instynktownie, a akurat w tej chwili miał wrażenie, że jest całkiem pusty w środku.

Już miał zamiar poprosić o zesłanie mu miecza, do czego miał mu służyć – nie wiedział, kiedy ktoś szepnął mu prosto do ucha:

– Urielu, wybacz, że przez pewien czas nie przychodziłam ci z pomocą. Prowadziłam rozpoznanie na własną rękę.

– Pani powietrza! – szepnął Uriel. – Dziękuję, że zechciałaś przybyć! Bardzo potrzebuję twego wsparcia, bo kompletnie nie wiem, co robić.

– Rozwiązaniem są Madragowie.

– Madragowie? Ta czwórka, która pozostaje w niewoli u Sigiliona?

– Tak. Wiem już o nim więcej, prześledziłam drogę, którą przebył na zachód, i jak najszybciej nią wróciłam.

– Już miałem na końcu języka, że jesteś aniołem. Mów prędko, on już idzie po schodach.

– Staw mu czoło na pokładzie. Poproś o miecz z góry. Przyda ci się. I posłuchaj, czego się dowiedziałam. Przez cały czas zastanawialiśmy się, w jaki sposób Sigilionowi udaje się utrzymać Madragów przy życiu. Przecież w odróżnieniu od niego nie byli w świątyni, w której Lernurowie przechowywali trzy kamienie. Zebrałam wiadomości po drodze, a przede wszystkim w okolicach zamku… Musisz go oszukać, okłamać.