Выбрать главу

– To jeden z moich ulubionych. Nosi tytuł „Bliskość ukochanego”. – Zaczęła czytać:

Gdy słońca blask nad morza lśni głębiną, Myślę o tobie, miły.

Wzywałam cię, gdy księżyc niebem płynął I zdroje się srebrzyły.

Widzę cię tam, gdzie skraj dalekiej drogi Szarym zasnuty pyłem, A nocą gdzieś wędrowiec drży ubogi Na ścieżynie zawiłej.

Słyszę twój głos w szumie spienionej fali Bijącej o wybrzeże

Lub w cichy gaj przychodzę słuchać dali W zamierającym szmerze.

Czytała cicho, a Paul wyobraził ją sobie w klasie wypełnionej uczniami, którzy słuchali oczarowani uczuciem, z jakim wymawiała każde słowo.

Kathe roześmiała się i spojrzała na niego błyszczącymi oczyma.

– To bardzo miły prezent. – Potem chwyciła oprawioną w skórę okładkę, oderwała i wrzuciła do kosza na śmieci.

Paul patrzył spod zmarszczonych brwi, nie rozumiejąc. Posłała mu smutny uśmiech.

– Zachowam tę książkę, ale lepiej pozbyć się części, na której można przeczytać tytuł i nazwisko poety. W ten sposób żaden gość nie zobaczy przez przypadek, kto napisał wiersze, i nic go nie podkusi, żeby na mnie donieść. Co za czasy! Na razie zostawię tomik w twoim pokoju. Lepiej nie nosić żadnych rzeczy po ulicy, nawet książki bez okładki. Więc chodźmy! – zawołała z dziewczęcym zapałem i dodała, przechodząc na angielski: – Mam ochotę zaszaleć. Tak się mówi, prawda?

– Tak. Zaszaleć. Gdzie chcesz iść?… Ale mam dwa warunki.

– Słucham.

– Po pierwsze, jestem głodny, a jem dużo. A po drugie, chciałbym zobaczyć waszą słynną Wilhelmstrasse.

Jej twarz znów na moment stężała.

– Ach, siedzibę naszego rządu.

Przypuszczał, że jako osoba prześladowana przez narodowych socjalistów niechętnie zgodzi się tam go zaprowadzić. Musiał jednak znaleźć najlepszy punkt do zdjęcia Ernsta i wiedział, że samotny mężczyzna wygląda o wiele bardziej podejrzanie niż w towarzystwie kobiety idącej z nim pod rękę. To było drugie zadanie Reggiego Morgana – poza prześwietleniem Ottona Webbera sprawdził także przeszłość Kathe Richter. Rzeczywiście straciła pracę nauczycielki, gdy uznano ją za intelektualistkę i pacyfistkę. Nie było żadnych dowodów na jej współpracę z narodowymi socjalistami.

Przyglądając się, jak ogląda tomik poezji, poczuł wyrzuty sumienia, że wykorzystuje ją w ten sposób, ale pocieszał się myślą, że nie jest wielbicielką nazistów i nieświadomie mu pomagając, będzie miała udział w udaremnieniu planowanej przez Hitlera wojny.

– Tak, oczywiście, że ci pokażę – powiedziała. Jeśli chodzi o pierwszy warunek, znam taką restaurację. Spodoba ci się. To wspaniałe miejsce dla ludzi takich jak ty i ja – dodała z tajemniczym uśmiechem.

Jak ty i ja…

Ciekawe, co miała na myśli.

Wyszli w ciepły wieczór. Paul zauważył z rozbawieniem, że gdy postawili pierwszy krok na chodniku, oboje rozejrzeli się na boki, sprawdzając, czy nikt ich nie obserwuje.

Po drodze rozmawiali o dzielnicy, pogodzie, o brakach na rynku, inflacji. A także o rodzinie Kathe: jej rodzice nie żyli, ale miała siostrę, która z mężem i czworgiem dzieci mieszkała w pobliskim Spandau. Pytała o jego życie, lecz ostrożny żołnierz mafii dawał jej wymijające odpowiedzi, cały czas tak sterując rozmową, by mówili tylko o Kathe.

Wyjaśniła mu, że Wilhelmstrasse jest za daleko, by dojść tam pieszo. Paul dobrze o tym wiedział, gdyż miał w głowie plan miasta. Wciąż wolał zachować ostrożność w korzystaniu z taksówek, ale okazało się, że nie da się znaleźć wolnej; zaczął się ostatni weekend przed olimpiadą i do Berlina zjeżdżały tłumy. Kathe zaproponowała, żeby pojechać piętrowym autobusem. Wsiedli, wspięli się na górę i zajęli obite skórą podwójne siedzenie. Paul rozglądał się czujnie, lecz nie dostrzegł nikogo, kto zwracałby na nich szczególną uwagę (choć prawie spodziewał się ujrzeć dwóch policjantów, którzy tropili go cały dzień: tęgiego w brudnobiałym garniturze i szczupłego w zielonym).

Autobus zakołysał się, przejeżdżając przez Bramę Brandenburską, niemal ocierając się o kamienne słupy, a wielu pasażerów wstrzymało oddech z udawanym przestrachem, tak samo jak na kolejce górskiej w Coney Island; Paul doszedł do wniosku, że taka reakcja należy do berlińskiej tradycji.

Kathe pociągnęła za sznurek i wysiedli na Unter den Linden przy Wilhelmstrasse, a potem ruszyli na południe szeroką aleją, która stanowiła centrum nazistowskiego rządu. Po obu stronach wznosiły się zupełnie nijakie szare bryły biurowców. Sterylnie czysta ulica zdawała się emanować niepokojącą siłą. Paul widział kiedyś na fotografiach Biały Dom i Kongres. Wyglądały malowniczo i sprawiały miłe wrażenie. A fasady i maleńkie okna w długich szeregach rządowych budynków z kamienia i betonu wywoływały grozę.

Tym bardziej że były pilnie strzeżone. Paul nigdy nie widział takiej ochrony.

– Gdzie jest kancelaria? – zapytał.

– Tam. – Kathe wskazała stary, bogato zdobiony budynek, którego front w dużej części przysłaniały rusztowania.

Nie wyglądało to najlepiej. Paul szybkim spojrzeniem ogarnął okolicę. Od frontu uzbrojeni wartownicy. Ulicę patrolowało mnóstwo funkcjonariuszy SS oraz, sądząc po mundurach, żołnierzy z regularnych oddziałów, którzy zatrzymywali i legitymowali przechodniów. Dostrzegł także uzbrojonych strażników na dachach budynków. W rejonie ulicy musiała być setka umundurowanych ludzi. Znalezienie dobrego stanowiska strzeleckiego graniczyłoby z cudem. Gdyby nawet udało mu się znaleźć odpowiedni punkt, nie miał wątpliwości, że zostałby złapany albo zastrzelony przy próbie ucieczki. Zwolnił kroku.

– Chyba już się napatrzyłem. – Przyjrzał się kilku rosłym mężczyznom w czarnych mundurach, którzy zażądali dokumentów od dwóch ludzi.

– Czyżby nie było tu tak malowniczo, jak się spodziewałeś? – Zaśmiała się i zaczęła coś mówić – może „Uprzedzałam cię”, ale zaraz urwała. – Jeżeli masz więcej czasu, nie przejmuj się; pokażę ci naprawdę piękne miejsca w naszym mieście. To co, idziemy na kolację? – spytała.

– Tak, chodźmy.

Zaprowadziła go na przystanek tramwajowy przy Unter den Linden. Weszli do tramwaju i niedługo potem Kathe dała mu znak, by wysiadł.

Zapytała go, co sądzi o Berlinie po tak krótkim pobycie. Paul znów udzielał dyplomatycznych odpowiedzi, starając się, by rozmawiali przede wszystkim o niej.

– Chodzisz z kimś? – spytał.

– Chodzę?

Chyba przetłumaczył to zbyt dosłownie.

– Pytam, czy jesteś z kimś związana.

– Ostatnio miałam kochanka – odparła z prostotą. – Nie jesteśmy już ze sobą. Ale moje serce ciągle do niego należy.

– Kim jest?

– Reporterem, tak jak ty.

– Właściwie nie jestem reporterem. Piszę artykuły w nadziei, że ktoś je kupi. Historie z życia wzięte, jak je nazywamy.

– Piszesz o polityce?

– O polityce? Nie, o sporcie.

– Sport. – W jej głosie zabrzmiała nuta lekceważenia.

– Nie lubisz sportu?

– Przykro mi, ale nie.

– Dlaczego?

– Bo człowiek staje wobec tylu ważniejszych spraw, nie tylko tu, ale na całym świecie. A sport jest… niepoważny.

– Tak samo jak spacerowanie berlińską ulicą w miły letni wieczór – odparł Paul. – Właśnie to robimy.

– Ach – żachnęła się Kathe. – Dzisiaj jedynym celem edukacji w Niemczech jest praca nad silnym ciałem, nie umysłem. Nasi chłopcy bawią się w wojnę, wszędzie maszerują. Słyszałeś, że ogłoszono pobór?

Paul przypomniał sobie, że „Byk” Gordon wspominał mu o powiększaniu armii niemieckiej, lecz odrzekł: