– Owszem, był bardzo wychudzony. I wyglądał na chorego. Ale przebywał poza klatką już kilka tygodni. Poznałam go przez przyjaciela. Zapytałam, dlaczego postanowił w ten sposób zarabiać na życie. Odpowiedział, że przez kilka lat pracował w rządzie, w jakimś urzędzie do spraw komunikacji. Ale kiedy do władzy doszedł Hitler, zrezygnował z posady.
– Wyrzucili go, bo nie był narodowym socjalistą?
– Nie, odszedł sam, bo nie potrafił zaakceptować ich wartości i nie chciał pracować dla rządu. Miał jednak dziecko i potrzebował pieniędzy.
– Dziecko?
– I potrzebował pieniędzy. Ale kiedy szukał nowego zajęcia, nie znalazł ani jednego, które nie byłoby splamione jakimiś związkami z partią. Odkrył, że jedyną rzeczą, jaką może robić w zgodzie z własną… Jak brzmi to słowo?
– Etyką?
– Tak, tak, etyką. A więc postanowił, że zostanie głodującym artystą. Tylko to było czyste i wolne od demoralizacji. I wiesz, ilu ludzi przychodziło go zobaczyć? Tysiące! Tysiące przychodziły go oglądać, bo był uczciwy. W naszym życiu jest dzisiaj tak mało uczciwości. – Paul z drżenia jej ciała odgadł, że płacze. Słowa kochanków…
– Kathe?
– Co oni zrobili? – wykrztusiła przez łzy. – Co oni zrobili?… Nie rozumiem, co się stało. Przecież jesteśmy ludźmi kochającymi muzykę i rozmowy, lubimy cerować koszule naszym mężczyznom, szorować alejki, wygrzewać się na słońcu na plażach w Wannsee, kupować dzieciom ubranka i słodycze, wzrusza nas do łez „Sonata księżycowa”, wiersze Goethego i Schillera – a jednak coś nas opętało. Dlaczego? – Zamilkła, a potem szeptem dodała: – Ach, obawiam się, że znajdziemy odpowiedź na to pytanie, kiedy będzie już za późno.
– Wyjedź z kraju – wyszeptał Paul.
Odwróciła się do niego. Oplotły go silne ramiona nawykłe do szorowania wanien i zamiatania podłóg. Przesunęła dłonią po jego plecach, przyciągając go bliżej.
– Wyjedź – powtórzył.
Przestała drżeć. Jej oddech stał się równiejszy.
– Nie mogę wyjechać.
– Dlaczego?
– To mój kraj – odrzekła z prostotą. – Nie mogę go porzucić.
– Przecież ten kraj już nie jest twój. Jest ich. Pamiętasz, co mówiłaś? Tier. Bestie, bandyci. Krajem rządzą bestie… Wyjedź. Uciekaj, zanim stanie się coś gorszego.
– Sądzisz, że może być gorzej? Powiedz, Paul. Jesteś dziennikarzem. Ten świat jest mi zupełnie obcy. To nie uczenie dzieci ani Goethe, ani poezja. Jesteś inteligentny. Jak sądzisz?
– Sądzę, że będzie gorzej. Musisz uciekać. Jak najszybciej. Zwolniła rozpaczliwy uścisk.
– Nawet gdybym chciała, nie mogę wyjechać. Kiedy wyrzucono mnie ze szkoły, trafiłam na listę. Zabrali mi paszport. Nigdy nie dostanę dokumentów wyjazdowych. Boją się, że będziemy działać przeciwko nim w Anglii albo Paryżu. Dlatego wolą nas trzymać blisko siebie.
– Wracaj razem ze mną. Mogę cię stąd wydostać. Słowa kochanków…
– Jedź ze mną do Ameryki. – Nie usłyszała? A może już podjęła decyzję, że nie pojedzie. – Mamy wspaniałe szkoły. Mogłabyś uczyć. Nieźle mówisz po angielsku.
Głęboko nabrała powietrza.
– O co mnie prosisz?
– Wyjedź ze mną. Zaśmiała się krótko.
– Kiedy kobieta płacze, mężczyzna powie wszystko, żeby tylko przestała. Ach, przecież nawet cię nie znam.
– Ja ciebie też nie – odparł Paul. – To nie są oświadczyny. Nie mówię, że będziemy razem mieszkać. Po prostu mówię, że musisz stąd wiać. A ja mogę ci w tym pomóc.
W milczeniu, jakie potem zapadło, Paul pomyślał, że istotnie nie są to oświadczyny, nic z tych rzeczy. A jednak prawdę mówiąc, Paul Schumann nie mógł się oprzeć wrażeniu, że za jego propozycją kryje się coś więcej niż chęć pomocy jej w ucieczce z tego niebezpiecznego kraju. Och, miał do czynienia z niejedną kobietą – z dobrymi i złymi dziewczynami, a także z dobrymi, które bawiły się w złe. Wydawało mu się, że część z nich kochał, część kochał na pewno. Wiedział jednak, że do żadnej nie czuł tego, co do tej kobiety, którą znał tak krótko. Tak, na swój sposób kochał Marion. Od czasu do czasu spędzał noc u niej na Manhattanie albo ona u niego w Brooklynie. Leżeli w ciemnościach i rozmawiali – o filmach, o długości spódnic w przyszłym roku, o restauracji Luigiego, o jej matce, siostrze. O Dodgersach. Ale Paul Schumann zrozumiał, że to nigdy nie były słowa kochanków. Nie takie jak wypowiadane dziś w rozmowie, z tą skomplikowaną i namiętną kobietą.
Wreszcie powiedziała tonem lekceważenia i irytacji w głosie:
– Ach, przecież nie mogę. Jak? Mówiłam ci o paszporcie i dokumentach.
– Właśnie to mam na myśli. Nie musisz się tym martwić. Mam pewne kontakty.
– Naprawdę?
– Ludzie w Ameryce mają u mnie dług wdzięczności. – To akurat było prawda. Pomyślał o Averym i Maniellim w Amsterdamie, którzy w każdej chwili byli gotowi przysłać po niego samolot. – Coś lub ktoś cię trzyma w kraju? Siostra?
– Ach, moja siostra… Wyszła za lojalnego zwolennika partii. Nie widuje się ze mną. Wstydzi się mnie. – Po chwili Kathe dodała: – Nie, mam tu tylko duchy. A dla duchów nie warto zostawać. Przed duchami się ucieka.
Za oknem rozległ się śmiech i krzyki pijanych. Bełkoczący męski głos zaczął śpiewać:
– „Gdy olimpiada skończy się już, Żyd poczuje na gardle nóż…” – Brzęknęła tłuczona butelka. Potem usłyszeli drugą piosenkę śpiewaną przez kilka głosów: – „Wznieście sztandar, zewrzyjcie szeregi. To dudni krok SA… Ustąpcie z drogi brunatnym batalionom, gdy maszerują Oddziały Szturmowe…”
Paul rozpoznał piosenkę, którą wczoraj śpiewali chłopcy z Hitlerjugend podczas opuszczania flagi w wiosce olimpijskiej – czerwono-białej z czarnym łamanym krzyżem.
Ach, na pewno pan wie…
– Och, Paul, naprawdę możesz mi pomóc opuścić kraj bez dokumentów?
– Tak. Ale wyjeżdżam niedługo. Mam nadzieję, że już jutro w nocy. Albo następnego dnia.
– Jak?
– Szczegóły zostaw mnie. Jesteś gotowa wyjechać natychmiast? Po krótkim milczeniu odrzekła:
– Tak, jestem gotowa.
Ujęła jego dłoń, pogładziła i splotła palce z jego palcami. Była to naj intymniej sza chwila tej nocy.
Objął ją mocno. Wyciągając rękę, trafił na coś twardego pod poduszką. Z kształtu i rozmiarów odgadł, że to tomik Goethego, który jej podarował.
– Nie chcesz…
– Cii – szepnął. Pogładził jej włosy.
Paul Schumann wiedział, że czasem kochankowie nie potrzebują słów.
Część IV Szansa jak pięć do sześciu
20
Siedział w swoim biurze w Alex już od godziny, od piątej rano – mozolnie pisząc po angielsku telegram, który ułożył sobie w głowie, gdy bezsennie leżał u boku spokojnie śpiącej i pachnącej talkiem Heidi.
Willi Kohl odczytał swe dzieło:
JESTEM STARSZY INSPEKTOR WILLI KOHL Z KRIMINAL-POLIZEI (POLICJA KRYMINALNA) W BERLINIE STOP SZUKAMY INFORMACJE O AMERYKANINIE BYĆ MOŻE Z NOWEGO JORKU OBECNIE W BERLINIE PAULU SCHUMANNIE W ZWIĄZKU ZABÓJSTWA STOP PRZYJECHAŁ Z AMERYKAŃSKĄ EKIPĄ OLIMPIJSKĄ STOP PROSZĘ PRZESŁAĆ INFORMACJE U KOMENDY KRMNALPOLIZEI ALEXANDER-PLATZ BERLIN W KIERUNKU INSPEKTOR WILLI KOHL STOP BARDZO PILNE STOP DZIĘKUJĘ WYRAZY SZACUNKU
Składał te słowa z niemałym trudem. Wydział miał swoich tłumaczy, ale żaden nie pracował w niedzielę, a inspektor chciał nadać telegram natychmiast. Nie znał się za dobrze na strefach czasowych, lecz przypuszczał, że za Atlantykiem musi być teraz około północy, miał jednak nadzieję, że podobnie jak policja w większości krajów stróże prawa w Ameryce też pracują do późna.