Выбрать главу

Kohl jeszcze raz przeczytał telegram i uznał, że choć tekst nie jest doskonały, da się go zrozumieć. Na oddzielnej kartce zapisał instrukcje, by przesłać wiadomość do Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego, Departamentu Policji Nowego Jorku i Federalnego Biura Śledczego. Zszedł do telegrafistów, lecz przekonał się, że nikt nie przyszedł jeszcze na służbę. Zdenerwowany wrócił do siebie.Janssen po kilku godzinach snu był już w drodze do wioski olimpijskiej, gdzie miał nadzieję znaleźć jakiś nowy trop. Cóż więc Kohl miał do roboty? Nie przychodziło mu do głowy nic innego poza ponaglaniem lekarza sądowego w sprawie sekcji zwłok i analityka z laboratorium w sprawie badania odcisków palców. Ale ich naturalnie też nie było jeszcze w pracy, jeśli w ogóle zamierzali tam w niedzielę przychodzić.

Ogromnie irytowała go własna bezsilność.

Spojrzał na napisany w pocie czoła telegram.

– Ach, to niedorzeczne. – Nie zamierzał dłużej czekać. Przecież obsługa dalekopisu nie mogła być trudna? Kohl wstał zza biurka i szybko wrócił do wydziału łączności, dochodząc do wniosku, że najlepiej zrobi, jeśli sam wyśle telegram do Stanów Zjednoczonych. A jeśli nawet przez jego niezręczność wiadomość trafi do setki różnych miejsc w Ameryce, tym lepiej.

Wróciła do swojego pokoju chwilę temu, około szóstej, a teraz znów zjawiła się u niego ubrana w niebieską domową sukienkę, z upiętymi włosami i lekko zarumienionymi policzkami. Paul stanął w drzwiach, ścierając z twarzy resztki piany po goleniu. Nałożył osłonę na maszynkę do golenia, którą wrzucił do poplamionej płóciennej torby.

Kathe przyniosła kawę i grzanki oraz odrobinę bladej margaryny, suszone kiełbaski i wodnistą marmoladę. Przeszła przez salon, do którego przez frontowe okno wpadały ukośne promienie słońca, i postawiła tacę na stoliku przy kuchni.

– Proszę – powiedziała. – Nie musisz się fatygować do pokoju śniadaniowego. – Spojrzała na niego przelotnie i zaraz odwróciła wzrok. – Mam obowiązki.

– Nadal skora do ucieczki? – spytał po angielsku.

– Co to jest „skora”? Pocałował ją.

– Mam na myśli to, o co cię wczoraj pytałem. Nadal chcesz ze mną wyjechać?

Poprawiła porcelanę na tacy, choć Paulowi zdawało się, że wszystko jest ustawione idealnie.

– Jestem skora. A ty? Wzruszył ramionami.

– Nie pozwoliłbym ci zmienić zdania. To by było Kakfif. Absolutnie wykluczone.

Zaśmiała się, lecz zaraz spoważniała.

– Chcę ci coś powiedzieć.

– Tak?

– Bardzo często wygłaszam własne zdanie. – Spuściła oczy. – I bardzo zdecydowanie. Michael nazywał mnie „cyklonem”. Jeżeli chodzi o sport, chcę ci powiedzieć, że być może też go polubię.

Paul pokręcił głową.

– Wolałbym nie.

– Nie?

– Wtedy musiałbym polubić poezję.

Położyła mu głowę na piersi. Paul odgadł, że się uśmiechnęła.

– Spodoba ci się w Ameryce – rzekł. – A jeżeli nie, to kiedy to wszystko ucichnie, będziesz mogła wrócić. Nikt nie twierdzi, że wyjeżdżasz z kraju na zawsze.

– Ach, mój mądry panie dziennikarzu. Sądzisz, że to – jak mówisz? – ucichnie?

– Tak sądzę. Wydaje mi się, że już niedługo stracą władzę. – Spojrzał na zegar, który pokazywał prawie wpół do ósmej. – Muszę iść na spotkanie z moim współpracownikiem.

– W niedzielę rano? Ach, nareszcie zrozumiałam twój sekret. Popatrzył na nią, uśmiechając się niepewnie.

– Piszesz o księżach, którzy uprawiają sport! – Roześmiała się. – I to jest ten twój wielki artykuł! – Uśmiech zaraz zniknął z jej twarzy. – Ale dlaczego musisz tak szybko wyjeżdżać, jeśli piszesz o sporcie czy o metrach sześciennych betonu wykorzystanego do budowy stadionu?

– Wcale nie muszę wyjeżdżać szybko. Mam po prostu kilka ważnych spotkań w Stanach. – Paul pospiesznie wypił kawę, zjadł kawałek grzanki i kiełbaski. – Możesz dokończyć śniadanie. Nie jestem głodny.

– Wracaj prędko. Spakuję się. Ale wezmę chyba tylko jedną torbę. Jeżeli zabiorę więcej, pewnie w którejś z nich schowa się duch. – Znowu się zaśmiała. – Ach, mówię jak ktoś z opowiadania naszego makabrycznego znajomego Ernsta T. A. Hoffmanna.

Pocałował ją i wyszedł z pensjonatu. Mimo wczesnej godziny panował już upał, który błyskawicznie okrywał skórę wilgocią. Spojrzawszy w obie strony pustej ulicy, Paul ruszył na północ przez kanał, w stronę Tiergarten, Ogrodu Bestii.

Reggie Morgan siedział na ławce przy tym samym stawku, gdzie przed trzema laty zakatowano na śmierć kochanka Kathe Richter.Choć był dopiero ranek, w parku spacerowało i jeździło na rowerach sporo ludzi. Morgan zdążył już zdjąć marynarkę i nieco podwinąć rękawy koszuli.

Paul usiadł obok niego. Morgan pstryknął palcem w kopertę, która tkwiła w wewnętrznej kieszeni marynarki.

– Mam zielone – szepnął po angielsku. Zaraz jednak przeszli na niemiecki.

– Zrealizowali czek w sobotę wieczorem? – spytał ze śmiechem Paul. – Świat się zmienił nie do poznania.

– Sądzisz, że Webber przyjdzie? – zapytał z powątpiewaniem w głosie Morgan.

– Och, tak. Jeżeli w grę wchodzą pieniądze, na pewno się zjawi. Tylko nie jestem pewien, czy nam pomoże. Wczoraj wieczorem obejrzałem Wilhelmstrasse. Roi się tam od wartowników. Ryzykownie byłoby planować robotę właśnie tam. Zaczekajmy, co powie Otto. Może znalazł inne miejsce.

Przez chwilę siedzieli w milczeniu.

Paul zauważył, że jego towarzysz rozgląda się po parku z wyrazem melancholii na twarzy.

– Będę tęsknił za tym krajem – powiedział Morgan. W jego ciemnych, przenikliwych oczach błysnął smutek. – Mieszkają tu dobrzy ludzie. Milsi od paryżan, moim zdaniem, bardziej otwarci od londyńczyków. No i bardziej niż nowojorczycy potrafią cieszyć się życiem. Gdybyśmy mieli czas, zaprowadziłbym cię do Lustgarten i Luna Parku. Uwielbiam też spacerować tutaj, w Tiergarten. Lubię oglądać ptaki. – Wydawał się zakłopotany ostatnim wyznaniem. – Głupia rozrywka.

Paul zaśmiał się w duchu, myśląc o modelach samolotów, które trzymał u siebie w Brooklynie. „Głupie” to pojęcie względne.

– A więc wyjeżdżasz?

– Nie mogę zostać. Jestem tu już o wiele za długo. Co dzień narażam się na ryzyko, że popełnię błąd, coś zaniedbam i wpadną na mój trop. A po tym, co zamierzamy zrobić, będą się bardzo uważnie przyglądać każdemu cudzoziemcowi, który prowadził tu ostatnio jakieś interesy. Ale kiedy życie wróci do normy i narodowi socjaliści odejdą, będę mógł wrócić.

– Co będziesz robił po powrocie? Oczy Morgana pojaśniały.

– Chciałbym zostać dyplomatą. Dlatego właśnie pracuję w tej branży. Po tym, co widziałem w okopach… – Wskazał bliznę po kuli na ramieniu. – Postanowiłem, że będę robił wszystko, żeby zapobiec wojnie. Sensownym wyborem był korpus dyplomatyczny. Pisałem o tym do senatora. Zasugerował mi Berlin. Określił Niemcy „państwem ciągłych zmian”. No i tak tu trafiłem. Mam nadzieję, że za kilka lat zostanę attache. Potem ambasadorem albo konsulem. Jak nasz ambasador Dodd. To geniusz, prawdziwy mąż stanu. Oczywiście nie wyślą mnie na tutejszą placówkę, w każdym razie nie od razu. To zbyt ważny kraj. Mógłbym zacząć w Holandii. Albo w Hiszpanii, oczywiście kiedy skończy się wojna domowa. I jeżeli coś z Hiszpanii zostanie. Franco nie jest lepszy od Hitlera. To będzie straszne. Ale tak, chcę tu wrócić, kiedy kraj odzyska rozum.

Po chwili Paul dostrzegł Ottona Webbera, który wolno i trochę niepewnie kroczył ścieżką, mrużąc oczy w ostrym słońcu.

– Idzie.