Выбрать главу

– To on? Wygląda jak Burgemeister. I to nieźle podchmielony. Mamy polegać na kimś takim?

Webber podszedł do ławki i usiadł, oddychając ciężko.

– Ależ gorąco. Nie wiedziałem, że rano może być taki upał. Rzadko wstaję o tej godzinie. Ale gnojowe koszule też, więc możemy spokojnie porozmawiać. Pan jest wspólnikiem Johna Dillingera?

– Dillingera? – zdumiał się Morgan.

– Jestem Otto Webber. – Energicznie uścisnął mu rękę. – Pan…?

– Wolałbym nie zdradzać nazwiska, jeśli pan pozwoli.

– Ach, tak, oczywiście. – Webber przyjrzał się uważnie Morganowi. – Wie pan, mam kilka par ładnych spodni. Mogę je tanio odstąpić. Tak, tak, bardzo tanio. Najwyższej jakości. Prosto z Anglii. Jedna z moich dziewcząt mogłaby je przerobić i będą pasować jak ulał. Ingrid jest do dyspozycji. Ma talent. I jest bardzo ładna. Prawdziwa perła.

Morgan zerknął na swoje szare flanelowe spodnie.

– Nie, nie potrzebuję żadnych ubrań.

– Szampan? Pończochy?

– Otto – upomniał go Paul. – Interesuje nas tylko jedna transakcja, związana z tym, o czym wczoraj rozmawialiśmy.

– Ach, tak, Johnie Dillinger. Ale mam wiadomość, która może ci się nie spodobać. Wszyscy moi łącznicy meldują, że całą Wilhelmstrasse spowiła zasłona milczenia. Z jakiegoś powodu stali się bardzo ostrożni. Wzmocnili ochronę jak nigdy dotąd. Z dnia na dzień. Nikomu nie udało się zdobyć informacji na temat osoby, o której wspominałeś.

Paul skrzywił się rozczarowany.- A ja przez pół nocy zdobywałem pieniądze – mruknął cicho Morgan.

– To dobrze – odparł pogodnie Webber. – Dolary, zgadza się?

– Mój przyjacielu, jeśli nie ma wyników, nie będzie pieniędzy – zauważył zjadliwym tonem szczupły Amerykanin.

– Ale sytuacja nie jest beznadziejna. Nadal mogę wam pomóc.

– Niech pan mówi – ponaglił go zniecierpliwiony Morgan. Znów spojrzał na swoje spodnie, strzepując z nich pyłek.

– Nie potrafię powiedzieć, gdzie można znaleźć kurczaka, ale co powiecie, jeśli zaprowadzę was do kurnika, żebyście go sami znaleźli?

– Do…

– Mogę ci umożliwić wejście do kancelarii – rzekł przyciszonym głosem. – Ernstowi zazdroszczą wszyscy ministrowie. Każdy próbuje znaleźć przytulne gniazdko jak najbliżej Człowieczka, ale większości udaje się znaleźć kąt najwyżej w pobliżu. Obecność Ernsta w tym budynku jest powodem cierpienia wielu osób.

Paul parsknął pogardliwie.

– Wczoraj wieczorem obejrzałem to miejsce. Wszędzie wartownicy. Nie sposób się tam dostać.

– Ach, mam w tej sprawie inne zdanie, przyjacielu.

– Jak, do diabła, chcesz to zrobić? – Paul ze zdenerwowania przeszedł na angielski. Powtórzył pytanie po niemiecku.

– Musimy za to podziękować Człowieczkowi. Ma obsesję na punkcie architektury. Remontuje kancelarię od dnia, w którym przejął władzę. Robotnicy kręcą się tam przez siedem dni w tygodniu. Dostarczę ci ubranie robocze, podrobioną kartę identyfikacyjną i dwie przepustki, dzięki którym będziesz mógł wejść do budynku. Jeden z moich łączników kładzie tam tynki i ma dostęp do całej dokumentacji.

Morgan w zamyśleniu kiwał głową. Nie był już tak sceptycznie nastawiony do pomysłu.

– Według słów mojego przyjaciela Hitler chce mieć dywany we wszystkich gabinetach na ważnych piętrach. Czyli także u Ernsta. Dostawcy dywanów mierzą właśnie pomieszczenia. Niektóre już zmierzono, innych nie. Miejmy nadzieję, że w gabinecie Ernsta jeszcze ich nie było. Gdyby okazało się inaczej, wytłumaczysz, że trzeba zmierzyć jeszcze raz. Przepustki są z firmy znanej z wyrobu między innymi doskonałych dywanów. Dostarczę też miarę i notatnik.

– Skąd wiesz, że można ufać temu człowiekowi? – spytał Paul.

– Bo używa taniego tynku i zabiera sobie resztę z kwoty, jaką płaci mu państwo. Kiedy się buduje siedzibę Hitlera, to zbrodnia zagrożona karą śmierci. Dlatego trzymam go w szachu; mnie by na pewno nie okłamał. Poza tym sądzi, że chcemy po prostu okantować rząd na cenach dywanów. Oczywiście obiecałem mu też trochę jajek.

– Jajek? – zdziwił się Morgan.

Tym razem Paul musiał mu przetłumaczyć.

– Pieniędzy.

Śpiewam tak, jak każe mi ten, czyj chleb jem…

– Potrać sobie z tego tysiąca dolarów.

– Pragnę zauważyć, że nie mam jeszcze owego tysiąca. Morgan kręcąc głową, sięgnął do kieszeni i odliczył sto.

– Na razie wystarczy. Widzi pan, nie jestem chciwy. Morgan przewrócił oczami, spoglądając na Paula.

– Nie jest chciwy? Przecież jest taki jak Góring.

– Ach, poczytuję to sobie za komplement, proszę pana. Nasz minister lotnictwa to niezwykle zaradny przedsiębiorca. – Zwracając się do Paula, Webber rzekł: – W budynku będą urzędnicy, nawet w niedzielę. Ale mój człowiek twierdzi, że tylko ci najważniejsi i to w skrzydle Fiihrera, tym po lewej, gdzie i tak cię nie wpuszczą. Z prawej są gabinety niższych funkcjonariuszy – tam urzęduje Ernst. Prawdopodobnie nie będą tam zaglądać ani oni, ani ich sekretarki czy adiutanci. Powinieneś mieć trochę czasu, żeby poszperać w gabinecie i jeśli pójdzie dobrze, znajdziesz jego kalendarz albo notatki o spotkaniach zaplanowanych na najbliższe dni.

– Plan nie wydaje się zły – orzekł Morgan.

– Za jakąś godzinę wszystko przygotuję – powiedział Webber. – Postaram się o kombinezon, dokumenty i ciężarówkę. Spotkamy się pod tamtą statuą kobiety z dużym biustem o dziesiątej. A panu przyniosę jakieś spodnie – dodał, spoglądając na Morgana, – Za dwadzieścia marek. Okazja. – Uśmiechnął się i rzekł do Paula: – Twój przyjaciel patrzy na mnie ze szczególną miną, Johnie Dillinger. Odnoszę wrażenie, że mi nie ufa.

Reggie Morgan wzruszył ramionami.

– Niech pan posłucha, Ottonie Wilhelmie Friedrichu Webberze. – Zerknął na Paula. – Kolega poinformował pana o środkach ostrożności, jakie przedsięwzięliśmy, żeby nas pan nie zdradził. Nie, przyjacielu. Nie chodzi o brak zaufania. Patrzę tak na pana, bo nie mogę zrozumieć, co jest nie tak z moimi spodniami? W rysach stojącego przed nim chłopca ujrzał twarz Marka. Naturalnie nie było w tym nic dziwnego, że w synu zobaczył ojca. Mimo to zdjął go niepokój.

– Podejdź tu, Rudi – powiedział do wnuka Reinhard Ernst.

– Tak, Opa.

Był wczesny niedzielny ranek i gosposia sprzątała po śniadaniu, zbierając nakrycia ze stołu, na który padał słoneczny blask żółty jak pyłek kwiatowy. Gertruda była w kuchni i oglądała oskubaną gęś, którą mieli zjeść na obiad. Synowa poszła do kościoła zapalić świeczki za duszę Marka Albrechta Ernsta, młodego człowieka, którego odbicie pułkownik właśnie zobaczył w swoim wnuku.

Zawiązał sznurowadła butów Rudiego. Jeszcze raz zerknął na twarzyczkę chłopca i znów ujrzał Marka, choć teraz jego bystre oczy spoglądały na dziadka inaczej – z ciekawością.

Wrażenie było niewiarygodnie realne.

Och, jakże mu brakowało syna…

Minęło już osiemnaście miesięcy, odkąd Mark pożegnał się z rodzicami, żoną i Rudim stojącymi na peronie dworca Lehrter. Kiedy dwudziestosiedmioletni oficer wsiadał do pociągu do Hamburga, by objąć komendę na statku, Ernst zasalutował, oddając mu prawdziwe wojskowe honory – nie faszystowskie.

Mark doskonale zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństw, jakie czyhają na zdezelowanej łajbie, mimo to bez słowa zgodził się stawić im czoło.

Ponieważ tak czynią żołnierze i marynarze.

Ernst codziennie myślał o Marku. Nigdy jednak nie czuł obecności jego ducha tak wyraźnie jak teraz, gdy spostrzegł u wnuka tę znajomą minę wyrażającą szczerość, pewność siebie i ciekawość. Czy to dowód, że chłopiec będzie miał naturę ojca? Za dziesięć lat Rudi pójdzie do wojska. Co się wówczas będzie działo z Niemcami? Będą toczyć wojnę? Cieszyć się pokojem? Odzyskają ziemie skradzione przez traktat wersalski? Czy Hitler jak silnik o zbyt dużej mocy zatrze się i spali? Czy może Fiihrer nadal będzie u steru, doskonaląc swą wizję nowych Niemiec? Serce mówiło Ernstowi, że to niezwykle ważne pytania. Wiedział jednak, że nie może się nimi przejmować. Musi tylko wypełniać obowiązki.