Kurt westchnął bezsilnie. Jego brat miał dziewiętnaście lat, a wielu mężczyzn w tym wieku zajmowało odpowiedzialne stanowiska w wojsku lub biznesie. Ale Hans zawsze był niepoprawnym marzycielem, impulsywnym, ale i nieco leniwym.
Co robić? Kurt bił się z myślami. Żuł kawałek suchego chleba. Masła nie mieli od tygodnia. Prawdę mówiąc, zostało im niewiele jedzenia. Ale Kurt nie lubił wychodzić z domu. Dziwne, ale na ulicy czuł się bardziej bezbronny, choć w istocie większe niebezpieczeństwo groziło im w mieszkaniu, które z pewnością od czasu do czasu obserwowali ludzie gestapo albo SD.
Wszystko sprowadza się do zaufania, pomyślał. Powinni czy nie powinni?
– Co mówisz? – spytał Hans, unosząc brew.
Kurt pokręcił głową. Nie zorientował się, że pomyślał na głos. Pytanie było adresowane do dwojga jedynych ludzi na świecie, którzy potrafiliby na nie odpowiedzieć szczerze i mądrze. Do ich rodziców. Ale Albrechta i Lotte Fischerów nie było w kraju. Jako socjaldemokraci i pacyfiści dwa miesiące temu wyjechali do Londynu na światową konferencję pokojową. Tuż przed powrotem dowiedzieli się jednak od znajomego, że ich nazwiska są na liście gestapo. Tajna policja zamierzała ich aresztować już na lotnisku Tempelhof. Albrecht dwukrotnie próbował przedostać się do kraju po synów – raz przez Francję i raz przez czeskie Sudety. Odmówiono mu wjazdu do Niemiec, a za drugim razem cudem umknął aresztowania.
Zaszyci w Londynie i korzystający z gościny podobnie myślących profesorów, rodzice pracowali jako tłumacze i nauczyciele. Udało im się wysłać do synów kilka wiadomości, w których wzywali ich do jak najszybszego wyjazdu. Chłopcom odebrano jednak paszporty i ostemplowano dokumenty. Byli dziećmi pacyfistów i żarliwych socjaldemokratów, dlatego gestapo ich także wciągnęło do kartoteki. Podzielali poglądy rodziców, a policja odnotowała ich częstą obecność w zakazanych klubach jazzowych i swingowych, gdzie grano muzykę amerykańskich Murzynów, pito poncz wzmocniony rosyjską wódką i pozwalano dziewczętom palić tytoń. Wśród ich przyjaciół było wielu działaczy politycznych.
Daleko im było do wywrotowców. Ale lada chwila mogli zostać aresztowani. Albo mogli umrzeć z głodu. Kurta zwolniono z pracy. Hans wrócił do domu, spędziwszy obowiązkowe pół roku w Służbie Pracy. Z uniwersytetu wyrzucono go z hukiem – o to także postarało się gestapo – i teraz podobnie jak brat był bezrobotny. W niedalekiej przyszłości mogli zostać żebrakami wysiadującymi na Alexanderplatz lub Oranienburger Platz.
I tak stanęli wobec pytania o zaufanie. Albrecht Fischer zdołał się skontaktować z byłym kolegą z Uniwersytetu Berlińskiego, Gerhardem Ungerem, także pacyfistą i socjaldemokratą. Unger rzucił posadę nauczycielską krótko po dojściu do władzy narodowych socjalistów i wrócił do rodzinnej firmy cukierniczej. Często jeździł za granicę i jako zdeklarowany antyhitlerowiec chętnie zgodził się przemycić chłopców w jednej ze swoich ciężarówek. W każdą niedzielę rano Unger kursował do Holandii ze słodyczami, a do kraju przywoził składniki. Bracia uznali, że w związku z dużą liczbą gości zjeżdżających do Niemiec na olimpiadę straż graniczna będzie zajęta i nie zwróci uwagi na samochód dostawczy odbywający regularny kurs.
Ale czy mogli mu powierzyć własne życie?
Właściwie nie mieli powodów mu nie ufać. Unger i Albrecht byli przyjaciółmi – Myśleli podobnie. Obaj nienawidzili narodowych socjalistów.
W dzisiejszych czasach zdradzić można było pod byle pretekstem.
Mógłby nas wydać, bo jest niedziela…
Kurt Fischer wahał się z jeszcze jednej przyczyny. Młodzieniec został pacyfistą i socjaldemokratą głównie pod wpływem rodziców i przyjaciół; nigdy nie przejawiał szczególnej aktywności politycznej. Jego życie obracało się wokół pieszych wędrówek, dziewcząt, podróżowania i narciarstwa. Lecz teraz, gdy władzę przejęli narodowi socjaliści, z zaskoczeniem odnalazł w sobie przemożne pragnienie, by ich zwalczać i uświadamiać ludziom ich nietolerancję i zło. Zastanawiał się, czy nie lepiej będzie zostać i pomóc w ich obaleniu.
Nowi władcy byli jednak potężni i podstępni. I śmiertelnie niebezpieczni.
Kurt spojrzał na zegar nad kominkiem. Przestał chodzić. Zawsze zapominali go nakręcić. Ten obowiązek należał do ojca i na widok nieruchomych wskazówek Kurtowi ścisnęło się serce. Wyciągnął zegarek kieszonkowy i zerknął na cyferblat.
– Musimy albo zaraz wyjść, albo do niego zadzwonić i powiedzieć, że nie jedziemy.
Dzyń, dzyń, dzyń… Nóż znów zaczął dzwonić o talerz. Potem nastąpiła długa cisza.
– Zostajemy – rzekł Hans, ale popatrzył wyczekująco na brata; mimo panującej między nimi rywalizacji młodszy brat zwykle podporządkowywał się decyzjom starszego.
Ale czy potrafię podjąć słuszną decyzję? Przetrwanie…
Wreszcie Kurt Fischer oświadczył:
– Jedziemy. Bierz plecak.
Kurt zarzucił na plecy swój bagaż i posłał bratu wyzywające spojrzenie. Lecz nastrój Hansa zmieniał się jak wiosenna pogoda. Chłopak nagle wybuchnął śmiechem, wskazując na ich ubranie. Mieli na sobie szorty, koszule z długim rękawem i buty turystyczne.
– Tylko popatrz. Gdyby nas pomalować na brązowo, wyglądalibyśmy jak Hitlerjugend!
Kurt uśmiechnął się wbrew woli.
– Chodźmy, towarzyszu – powiedział sarkastycznie, używając formy, jaką zwracali się do swoich kolegów członkowie SA i Hitlerjugend.
Kurt Fischer, nie spojrzawszy ostatni raz na mieszkanie w obawie, że mógłby się rozpłakać, otworzył drzwi i obaj z bratem wyszli na korytarz.
Naprzeciw pulchna i rumiana pani Lutz, wdowa wojenna, szorowała wycieraczkę pod swoimi drzwiami. Zwykle trzymała się z dala od innych, lecz czasem odwiedzała niektórych lokatorów – tylko tych, którzy spełniali jej surowe normy życzliwości sąsiedzkiej – i zostawiała im wspaniałe, przyrządzone własnoręcznie dania. Fischerów uważała za przyjaciół i w ciągu wielu lat pozwoliła im skosztować gotowanych płucek, knedli ze śliwkami, salcesonu, korniszonów, kiełbasy czosnkowej i flaczków. Na sam widok sąsiadki Kurtowi zaczęła lecieć ślinka.
– Ach, bracia Fischerowie!
– Dzień dobry, pani Lutz. Tak wcześnie pani zabiera się do pracy?
– Później podobno będzie za gorąco. Ach, gdyby trochę popadało.- Lepiej, żeby deszcz popsuł olimpiadę – rzekł Hans z nutką ironii w głosie. – Nie możemy się doczekać igrzysk.
Zaśmiała się.
– Mówicie o tych niemądrych ludziach, którzy biegają i skaczą ubrani w samą bieliznę! Co komu po nich, kiedy moje kwiatki więdną z pragnienia? Spójrzcie na moje salsefie pod drzwiami. I begonie! Powiedzcie no mi, gdzie wasi rodzice? Jeszcze nie wrócili z tej swojej podróży?
– Nie, ciągle są w Londynie. – Nie wszystkim było wiadomo o politycznych kłopotach ich rodziców, a bracia oczywiście niechętnie o nich wspominali.
– To już kilka miesięcy. Niech lepiej wrócą, bo inaczej was nie poznają. Dokąd to się wybieracie?
– Na wycieczkę. Do Griinewaldu.
– Och, tam jest pięknie. I o wiele chłodniej niż w mieście. – Pani Lutz wróciła do sprzątania.
Schodząc po schodach, Kurt zerknął na brata i zauważył, że Hans znów spochmurniał.
– O co chodzi?
– Wydaje ci się, że to miasto opętał diabeł. Ale wcale tak nie jest. Mieszka tu mnóstwo ludzi takich jak ona. – Wskazał za siebie. – Dobrych, miłych ludzi. A my od wszystkich uciekamy. I co nas czeka? Nie mamy tam żadnych znajomych, ledwie znamy język, nie mamy pracy, poza tym zaledwie dwadzieścia lat temu byliśmy z tym krajem w stanie wojny. Jak nas tam przyjmą?
Kurt nie potrafił zaprzeczyć słuszności jego wywodów. Brat miał rację w stu procentach. Przeciwko wyjazdowi można było znaleźć jeszcze kilkanaście innych argumentów.