Wycie ustało raptownie. Egwene rozprostowała dłonie i przytaknęła.
— Wszystko zaczęło się na parę dni przed Zimową Nocą — zaczął Perrin — kiedy nasz przyjaciel, Mat, zobaczył człowieka w czarnym płaszczu...
Leżący cały czas na boku Elyas ani razu nie zmienił wyrazu twarzy, lecz coś w nachyleniu jego głowy mówiło, że nadstawia uszu. Cztery wilki usiadły, gdy Perrin ciągnął dalej. Miał wrażenie, że one także słuchają. Historia była długa i opowiedział ją prawie w całości. Nie wspomniał tylko o śnie, który on i pozostali dwaj mieli w Baerlon. Czekał, czy wilki zrobią jakiś znak, świadczący, że przyłapały go na tym, ale one tylko obserwowały. Łatka wydawała się być usposobiona przyjaźnie, Żar był chyba zły. Perrin ochrypł, zanim skończył opowiadać.
— ...więc jeśli ona nie znajdzie nas w Caemlyn, pojedziemy do Tar Valon. Nie mamy innego wyboru, jak tylko szukać pomocy u innych Aes Sedai.
— Trolloki i Półludzie tak daleko na południu — zadumał się Elyas. — Teraz trzeba się nad czymś zastanowić. Pogrzebał gdzieś za sobą i nawet nie patrząc, cisnął w stronę Perrina skórzany bukłak. Wydawał się być bardzo zamyślony. Czekał, aż Perrin się napije i zakorkuje bukłak, potem znowu się odezwał.
— Nie trzymam z Aes Sedai. Czerwone Ajah, czyli te, co polują na ludzi, którzy się babrzą w Jedynej Mocy, chciały mnie kiedyś oswoić. Powiedziałem im prosto w twarz, że są Czarnymi Ajah, że służą Czarnemu i to im się wcale nie podobało. Nie mogły mnie jednak złapać, kiedy już wpadłem do lasu, ale próbowały to zrobić. Tak, naprawdę tak było. Z tego powodu wątpię, czy jakaś Aes Sedai byłaby dla mnie przyjazna po tym wszystkim. Czerwone Ajah straciły kilku Strażników. To zła rzecz zabijać Strażników. Nie lubię tego.
— Te rozmowy z wilkami — zapytał niespokojnie Perrin. — Czy... czy to ma coś wspólnego z Mocą?
— Jasne, że nie — warknął Elyas. — To by na mnie nie podziałało, kochaneczku, ale wkurzyłem się, że próbowały. To stara sprawa, chłopcze. Starsza niż Aes Sedai. Starsza niż ktokolwiek, kto używa Jedynej Mocy. Stara jak ludzkość. Stara jak wilki. Aes Sedai też się to nie podoba. Powrót starych spraw. Ja nie jestem jedyny. Są jeszcze inne rzeczy, inni ludzie. Aes Sedai denerwują się tym, marudzą coś o osłabianiu starożytnych barier. Twierdzą, że wszystko się rozpada. Boją się, że Czarny się uwolni dzięki temu. Niektóre tak na mnie patrzyły, że można było pomyśleć, że mnie się za to wini. Nie tylko Czerwone Ajah, ale także inne. Tron Amyrlin... Aaaah! Ja trzymam się od nich z daleka, tak samo jak od przyjaciół Aes Sedai. Wy też tak powinniście zrobić, jeżeli jesteście mądrzy.
— Niczego bardziej nie pragnę, jak uwolnić się od Aes Sedai — powiedział Perrin.
Egwene obdarzyła go oskarżycielskim spojrzeniem. Miał nadzieję, że zaraz nie wybuchnie i nie oświadczy, że też chce być Aes Sedai. Jednakże tylko zacisnęła usta, więc Perrin mówił dalej.
— My jednak nie mamy wyboru. Ścigają nas trolloki, Pomory i draghkary. Sami Sprzymierzeńcy Ciemności. Nie możemy się ukryć i nie możemy samotnie z nimi walczyć. No bo kto nam pomoże? Kto jest równie silny jak Aes Sedai?
Elyas milczał jakiś czas, popatrując na wilki, a najczęściej na Łatkę albo Żara. Perrin poruszał się niespokojnie i starał się tego nie widzieć, miał wrażenie, że nieomal dyszy, o czym Elyas i wilki rozmawiają. Nawet jeśli to nie miało nic wspólnego z Mocą, nie chciał brać w tym udziału.
„To na pewno jakiś wariacki dowcip. Ja nie potrafię rozmawiać z wilkami.”
Jeden z wilków — chyba Skoczek — spojrzał na niego i uśmiechnął się. Perrin zdziwił się, skąd zna jego imię.
— Możecie zostać ze mną — powiedział wreszcie Elyas. — Z nami.
Egwene gwałtownie uniosła brwi, a Perrinowi opadła szczęka.
— No bo gdzie molecie być bezpieczniejsi? – zapytał Elyas. — Trolloki korzystają z każdej okazji, aby zabić wilka, ale nadkładają całe mile, aby uniknąć spotkania ze stadem. Nie musicie też się obawiać Aes Sedai. One niezbyt często zaglądają do lasu.
— Nie wiem.
Perrin unikał patrzenia na otaczające go wilki. Czuł na sobie wzrok Łatki.
— Przede wszystkim tu nie chodzi tylko o trolloki. Elyas zaniósł się lodowatym śmiechem.
— Widziałem, jak stado dopadło Bezokiego. Wyginęła ich wtedy połowa, ale one nigdy się nie poddają, gdy wyczują jego zapach. Trollok czy Myrddraal, dla wilków to jedno i to samo. A one chcą mieć ciebie, chłopcze. One słyszały o istnieniu innych ludzi, którzy potrafią rozmawiać z wilkami, ale ty jesteś pierwszym, którego spotkały, oprócz mnie. Zaakceptują także twoją przyjaciółkę, wśród nich będziecie bezpieczniejsi niż w jakimkolwiek mieście. W miastach są Sprzymierzeńcy Ciemności.
— Słuchaj — powiedział niespokojnie Perrin — wołałbym, żebyś tak nie mówił. Ja nie potrafię tego robić... tego, o czym ty mówisz.
— Jak sobie życzysz, chłopcze. Udawaj głupiego, jeśli ci się tak podoba. Nie chcesz być bezpieczny?
— Ja nie oszukuję siebie. Nie mam żadnych powodów ku temu. My tylko chcemy...
— Jedziemy do Caemlyn — powiedziała stanowczym tonem Egwene. — A potem do Tar Valon.
Perrin napotkał jej gniewny wzrok. Wiedział, że ona go słucha wtedy tylko, gdy tego chce, ale przynajmniej mogłaby mu pozwolić odpowiadać za siebie.
— A co ty o tym myślisz, Perrin? — zapytał i sam sobie odpowiedział: — Ja? Poczekaj, niech pomyślę. Tak. Tak, chyba pojedziemy dalej.
Uśmiechnął się teraz do niej łagodnie i rzekł:
— Cóż, Egwene, to oznacza, że chyba się nie rozstaniemy. Dobrze jest wszystko wspólnie obgadać, zanim się podejmie decyzję, nieprawdaż?
Zaczerwieniła się, ale nie złagodniała.
Elyas mruknął coś.
— Łatka twierdzi, że to twoja decyzja. Mówi, że dziewczyna tkwi mocno w ludzkim świecie, ale ty — skinął na Perrina — stoisz pośrodku drogi. W takich okolicznościach, uważam, że najlepiej będzie, jak razem z wami powędrujemy na południe. W innym przypadku pewnie zagłodzicie się na śmierć, zagubicie, albo...
Żar wstał nagle i Elyas odwrócił głowę, aby spojrzeć na wielkiego wilka. Po chwili Łatka również wstała. Zbliżyła się do Elyasa tak, że widziała również wzrok Żara. Wszyscy zastygli na chwilę, po czym Żar odwrócił się gwałtownie i zniknął w mroku. Łatka otrząsnęła się, po czym zajęła z powrotem swe miejsce, jakby nic się nie stało.
Elyas napotkał pytający wzrok Perrina.
— Łatka przewodzi stadu — wyjaśnił. — Niektóre samce mogłyby ją pokonać, gdyby jej rzuciły wyzwanie, ale ona jest od nich sprytniejsza i one to wiedzą. Niejednokrotnie ratowała wszystkich. Żar jednak uważa, że stado marnuje czas z wami. Tak bardzo nienawidzi trolloków, że już chce ruszać i zabijać je, jeśli rzeczywiście są na południu.
— To całkiem zrozumiałe — powiedziała Egwene z wyraźną ulgą. — Naprawdę możemy sami znaleźć drogę... jeśli naturalnie podasz nam jakieś wskazówki.
Elyas machnął ręką.
— Powiedziałem chyba, że to Łatka przewodzi stadu? Rankiem wyruszę razem z wami na południe i one też z nami pójdą. Egwene miała taką minę, jakby to była jedna z najgorszych wieści, jakie kiedykolwiek usłyszała.
Perrin siedział pogrążony w milczeniu. Czuł, jak Żar odchodzi. Poparzony samiec nie był zresztą jedynym, który to zrobił, w ślad za nim pobiegło susami jeszcze kilkanaście innych młodych samców. Perrin usilnie starał się wierzyć, że to Elyas manipuluje jego wyobraźnią, ale bezskutecznie. W chwili gdy odchodzące wilki znikały z jego umysłu, poczuł myśl, o której wiedział, że pochodzi od Żara, poczuł równie ostro i wyraźnie, jakby to była jego własna myśl. Nienawiść. Nienawiść i smak krwi.