Выбрать главу

— Światłości, pomóż mi — wyszeptał. — Światłości, pomóż mi.

Nie mógł sobie przypomnieć, co to oznacza.

— Światłość ci nie pomoże, chłopcze, a Oko Świata nie będzie ci służyć. Jesteś moim psem i jeśli nie podporządkujesz się mym rozkazom, uduszę cię w splotach Wielkiego Węża!

Ba’alzamon wyciągnął dłoń i Rand nagle domyślił się, jaki jest sposób ucieczki. Mgliste, ledwie sformułowane wspomnienie krzykliwie ostrzegało przed niebezpieczeństwem, ale nic nie równało się z niebezpieczeństwem dotyku samego Czarnego.

— Sen! — krzyknął Rand. — To sen!

Oczy Ba’alzamona rozszerzyły się ze zdziwienia i gniewu, potem powietrze zalśniło i jego twarz zaczęła się zamazywać, aż wreszcie zniknęła. Rand obejrzał się i zobaczył tysiące odbić własnej twarzy. Dziesięć tysięcy. Na górze i na dole panowała czerń, ale on sam otoczony był lustrami, ustawionymi pod najróżniejszym kątem. Gdzie nie sięgnął wzrokiem, wszędzie były te lustra i wszystkie pokazywały jego skuloną, chwiejącą się postać z wytrzeszczonymi, przerażonymi oczyma.

W lustrach zamigotała czerwona plama. Obrócił się, próbując pochwycić ją wzrokiem, ale w każdym lustrze znikała za jego odbiciem. Po chwili pojawiła się znowu, ale już nie jako zamazana plama. Przez lustra kroczył teraz Ba’alzamon, dziesięć tysięcy Ba’alzamonów, szukających, wchodzących i wychodzących z lustrzanych tafli.

Rand nagle spostrzegł odbicie własnej twarzy, bladej i drżącej z przenikliwego zimna. Tuż za nią pojawiło się oblicze wpatrzonego weń Ba’ alzamona — nie widział go, lecz twardo się w niego wpatrywał. Płomienie w tych oczach ścigały go w każdym lustrze, ogarniały, pochłaniały i pożerały. Rand chciał krzyknąć, ale miał ściśnięte gardło. W tych niezliczonych lustrach była już tylko jedna twarz. Jego własna. Twarz Ba’alzamona. Jedna twarz.

Rand zerwał się i otworzył oczy. Otaczała go ciemność; odrobinę zmącona bardzo bladym światłem. Ledwie oddychał, był w stanie poruszać jedynie powiekami. Leżał pod szorstkim wełnianym kocem z głową wtuloną w ramiona. Pod sobą czuł gładkie drewniane deski. Deski pokładu. Nocną ciszę zakłócało jedynie trzeszczenie takielunku. Zrobił głęboki wdech. Jest na pokładzie „Spray” i płynie. Już po wszystkim... przynajmniej do następnej nocy.

Machinalnie włożył palec do ust. Nagle przestał oddychać, gdy poczuł smak krwi. Powoli podniósł dłoń do twarzy, chcąc ją lepiej obejrzeć w bladym świetle księżyca i wtedy zobaczył paciorek krwi ściekającej z czubka palca. Krew od ukłucia cierniem.

„Spray” sunęła opieszale w dół Arinelle. Zerwał się silny wiatr, ale kierunek, z którego wiał, powodował, że żagle były bezużyteczne. Mimo że kapitan Domon nakazywał przyśpieszyć, statek wlókł się powoli. Wraz z nadejściem zmroku mężczyzna ustawiony na dziobie zapalił łojową latarnię i ostrzegł sternika, że znów wpłynęli na głębokie wody. Wciągnięto wiosła, nurt pchał teraz łódź pod wiatr. W Arinelle nie było żadnych podwodnych skał, których należało się obawiać, ale za to wiele mielizn i płycizn, w których łódź mogła się zaryć — potem długo trzeba byłoby czekać na pomoc. Za dnia wiosła pracowały od świtu do zmierzchu, lecz wiatr walczył z nimi, jakby chciał zepchnąć łódź z powrotem w górę rzeki.

Nie przybijali do brzegu ani za dnia, ani nocą. Bayle Domon kierował łodzią i jej załogą bez żadnej litości, urągając przeciwnym wiatrom i przeklinając powolne tempo. Traktował wioślarzy jak próżniaków i nie pozostawiał na nich suchej nitki za każdą źle przeciągniętą linę. Bezustannie też straszył wszystkich, że na pokład wpadną trolloki i rozprują im gardła. Jednakże po jakimś czasie szok wywołany atakiem trolloków zaczął blednąć, ludzie zaczęli przebąkiwać o chęci spędzenia choć godziny na brzegu dla rozprostowania nóg, skarżyli się na ryzyko, jakie towarzyszy nocnej żegludze.

Utyskiwali tak wyłącznie po kryjomu, obserwując kątem oka, czy w pobliżu nie ma kapitana Domona, ale on zdawał się słyszeć każde słowo, jakie pada na jego łodzi. Za każdym razem, gdy podnosiły się głosy niezadowolenia, nic nie mówiąc, przynosił długi, zakrzywiony miecz i budzący trwogę topór, które znaleziono na pokładzie po ataku trolloków. Zawieszał je na godzinę na maszcie, a wtedy ci, którzy odnieśli rany, dotykali swych opatrunków i narzekania cichły... po czym upływał jakiś dzień i znowu któryś z marynarzy dochodził do wniosku, że z pewnością uciekli już trollokom i rytuał się powtarzał Rand zauważył, że odkąd żeglarze zaczęli tak szeptać i marszczyć czoła, Thom Merrilin trzyma się od nich z dala, choć normalnie zwykł ich klepać po plecach, opowiadać dowcipy i żartować z nich w taki sposób, że wywoływał uśmiech na twarzach nawet największych ponuraków. Przysłuchiwał się bacznie tym sekretnym rozmowom, udając jednocześnie, że jest zaabsorbowany wyłącznie swą fajką z długim cybuchem albo strojeniem harfy. Rand nie pojmował, o co mu chodzi. Załoga zdawała się winić nie tych trzech, którzy wpadli na pokład ścigani przez trolloków, lecz Florana Gelba.

Pierwszego czy drugiego dnia niejednokrotnie widywało się kościstą sylwetkę Gelba, który dopadał każdego, kogo tylko mógł, i opowiadał mu własną wersję wydarzeń tej nocy, podczas której Rand i pozostali dwaj dostali się na statek. Gelb to się odgrażał, to skarżył jękliwym głosem, wykrzywiając wargi, gdy wskazywał Thoma, Mata, a szczególnie Randa, starając się zwalić na nich całą winę.

— To są obcy — dowodził szeptem, nie spuszczając wzroku z kapitana. — Co my o nich wiemy? Wiemy tylko, że razem z nimi pojawiły się trolloki. Oni są z nimi w zmowie.

— Na Fortunę, Gelb, dość tych bredni — warknął mężczyzna z włosami związanymi w kitkę i małą niebieską gwiazdą wytatuowaną na policzku.

Mówiąc to nawet nie spojrzał na Gelba, tylko spokojnie zwijał linę, przytrzymując ją bosymi stopami.

— Nazwałbyś nawet swoją matkę Sprzymierzeńcem Ciemności, gdyby to ci dało okazję do próżnowania. Daj mi wreszcie spokój!

Splunął Gelbowi pod nogi i na powrót zabrał się do zwijania liny.

Cała załoga pamiętała dobrze, że Gelb nie pełnił warty należycie i odpowiedź mężczyzny z kitką można było określić jako wyjątkowo uprzejmą. Nikt nawet nie chciał z nim pracować. Gelb został skazany na samotne wykonywanie najbrudniejszych prac, takich jak szorowanie tłustych garnków albo wpełzanie na brzuchu do zęzy, gdzie musiał szukać przecieków wśród nagromadzonego tam przez lata szlamu. Wkrótce przestał z kimkolwiek rozmawiać. Chodził zgarbiony i obnosił się ze swym pełnym urazy milczeniem — im więcej ludzi na niego patrzało, tym ta uraza była głębsza, choć w zamian nie zyskiwał nic prócz pomruków zniecierpliwienia. Jednakże gdy tylko wzrokiem obejmował Randa, Mata czy Thoma, w jego długonosej twarzy pojawiała się żądza mordu.

Gdy Rand napomknął Matowi, że prędzej czy później Gelb przysporzy im kłopotów, ten rozejrzał się po łodzi i powiedział:

— Czy możemy ufać któremukolwiek z nich?

Rzekłszy to powędrował poszukać sobie jakiegoś miejsca, gdzie mógł być sam, o ile można było być samotnym na łodzi, mierzącej zaledwie trzydzieści kroków od zakrzywionego dziobu do rufowego wiosła steru. Rand zauważył, że od tamtej nocy w Shadar Logoth Mat spędza zbyt wiele czasu w odosobnieniu, pogrążony w zadumie.

— Jak już przyjdzie co do czego, to ze strony Gelba kłopotów nie należy się spodziewać, chłopcze — powiedział Thom. -. Przynajmniej jeszcze nie teraz. Nikt z załogi go nie poprze, a on nie ma w sobie tyle odwagi, by zrobić cokolwiek w pojedynkę. Ale co z pozostałymi...? Domon zdaje się uważać, że trolloki ścigają właśnie jego, natomiast reszta jest chyba przekonana, że niebezpieczeństwo już za nami. Niewykluczone, że stwierdzą zwyczajnie, że to wszystko im się znudziło, Widać, że są rozdrażnieni.