Выбрать главу

— Któregoś dnia wrócę do domu, jeśli tylko będę mógł. Będę hodował owce, jak... jak mój ojciec i tak prędko już stamtąd nie odjadę. Czy nie mam racji, Mat? Jak tylko będziemy mogli, wrócimy do domu i zapomnimy o wszystkim innym.

Mat z wyraźnym wysiłkiem oderwał wzrok od znikającej wieży.

— Co? Ach tak, oczywiście. Pojedziemy do domu, to jasne.

Odwrócił się, by odejść, a Rand usłyszał jeszcze, jak mruczy pod nosem:

— Założę się, że on nie chce, by ktokolwiek inny szukał tego skarbu.

Wyraźnie nie zdawał sobie sprawy, że powiedział to trochę za głośno.

Czwartego dnia podróży Rand wdrapał się na maszt i usiadł na jego szczycie, zaczepiając nogi o sztagi. „Spray” sunęła spokojnie po rzece, lecz szczyt masztu znajdujący się na wysokości pięćdziesięciu stóp kołysał się gwałtownie, zataczając szerokie łuki. Rand odrzucił głowę w tył i śmiał się głośno do wiatru, który wiał mu prosto w twarz.

Wiosła były wyciągnięte, z tej perspektywy łódź przypominała pająka o dwunastu odnóżach, pełznącego w dół Arinelle. Bywał już na takich wysokościach, gdy wspinał się na drzewa w Dwóch Rzekach, ale tym razem gałęzie nie przesłaniały mu widoku. Wszystko na pokładzie — wiosłujący marynarze, ludzie szorujący pokład na klęczkach, uwijający się przy linach i lukach — wyglądało tak dziwnie z tego punktu, spłaszczone i skrócone, że przypatrywał im się całą godzinę, nie przestając się przy tym zaśmiewać.

Śmiał się jeszcze za każdym razem, gdy na nich spojrzał, ale teraz obserwował uciekające brzegi rzeki. Mimo że kołysał się, miał wrażenie, że sam znieruchomiał i to brzegi powoli przesuwają się obok niego, drzewa i wzgórza maszerują obok siebie. On był nieruchomy, a cały świat pełzł dookoła.

Pod wpływem nagłego impulsu wyplątał nogi ze sztag i wystawiwszy ręce oraz nogi na boki, zaczął balansować. Wykonał tak trzy łuki, po czym nagle stracił równowagę. Zamachał rękoma i nogami, runął do przodu i uchwycił się forsztagu. Dyndał nogami po obu stronach masztu, przytrzymując się tej bezcennej żerdzi tylko rękoma zaczepionymi o sztagi i śmiał się. Połykał duże hausty rześkiego, zimnego wiatru i śmiał się z radości.

— Chłopcze! — dobiegł go ochrypły głos Thoma. — Chłopcze, jeśli powziąłeś zamiar złamania tego swojego głupiego karku, to nie rób tego spadając na mnie.

Rand spojrzał w dół. Thom przywarł do drabinki tuż pod nim i patrzył gniewnym wzrokiem w górę. Podobnie jak Rand, bard zostawił swój płaszcz na dole.

— Thom — powiedział z zachwytem. — Thom, kiedy tu wszedłeś?

— Kiedy przestałeś zwracać uwagę na krzyczących do ciebie ludzi. Niech sczeznę, chłopcze, wszyscy pomyśleli, żeś zwariował.

Spojrzał w dół i ze zdziwieniem zauważył, że wszystkie twarze zwrócone są ku niemu. Jedynie Mat, który siedział ze skrzyżowanymi nogami na dziobie, tyłem do masztu, nie patrzył. Nawet ludzie przy wiosłach pozwolili, by rytm ich pracy uległ zakłóceniu. Nikt im za to nie wymyślał. Rand obrócił głowę, aby spojrzeć w stronę rufy. Kapitan Domon stał przy sterze, wsparłszy swe wielkie jak bochny chleba dłonie o pośladki i też patrzył. Rand obrócił się i uśmiechnął szeroko do Thoma.

— Chcesz, żebym zszedł?

Thom pokiwał energicznie głową.

— Bardzo by mnie to ucieszyło.

— W porządku.

Przesunął dłonie po forsztagu, a potem skoczył przed siebie z masztu. Usłyszał, jak Thom mnie w ustach przekleństwo, gdy jego skok się nie powiódł i zawisł ponownie w powietrzu, uczepiony rękoma forsztagu. Bard spojrzał na niego chmurnie i wyciągnął dłoń, aby go schwycić. Uśmiechnął się znowu do Thoma.

— Już schodzę na dół.

Machając nogami w powietrzu, zaczepił kolanem o grubą linę, która biegła z masztu do dzioba, po czym oplótł ją łokciem i rozprostował dłonie. Powoli, z narastającą szybkością, zsuwał się w dół. Gdy znalazł się tuż nad dziobem, zeskoczył na pokład przed siedzącym tam Matem, zrobił krok dla złapania równowagi i odwrócił się w stronę wnętrza łodzi z wyciągniętymi szeroko ramionami, w taki sam sposób, w jaki to robił Thom po wykonaniu sztuczki akrobatycznej.

Członkowie załogi zgotowali mu skąpe oklaski, ale on patrzył ze zdziwieniem na Mata i na, dotychczas ukrywany przed wszystkimi przedmiot, który trzymał w ręku. Zakrzywiony sztylet z pochwą pokrytą dziwnymi symbolami. Rękojeść miał oplecioną cienkim złotym drutem i ozdobioną rubinem tak wielkim jak paznokieć kciuka Randa, poprzeczki tworzyły złote węże, obnażające kły.

Mat przez chwilę wsuwał i wysuwał sztylet z pochwy. Powoli podnosił wzrok, nie przerywając zabawy, w zamglonych oczach czaiła się pustka. Nagle zauważył Randa, wzdrygnął się i schował sztylet w zakamarkach płaszcza.

Rand przykucnął i wsparł dłonie na kolanach.

— Skąd to masz?

Mat nic nie odpowiedział, tylko rozejrzał się szybko dookoła, czy ktoś jeszcze na nich nie patrzy. O dziwo byli zupełnie sami.

— Nie zabrałeś tego chyba z Shadar Logoth, prawda?

Mat patrzył na niego.

— To twoja wina. Twoja i Perrina. Wy obydwaj odciągnęliście mnie od skarbu, a ja wtedy trzymałem już go w ręce. Mordeth mi go nie dał. Sam go wziąłem, więc ostrzeżenia Moiraine, abyśmy nie przyjmowali podarunków, nie liczą się. Nie mów o tym nikomu, Rand. Mogą chcieć mi to ukraść.

— Nikomu nie powiem — obiecał Rand. — Kapitan Domon jest chyba uczciwy, ale nie ręczyłbym za nikogo z pozostałych, a szczególnie za Gelba.

— Absolutnie nikomu — nalegał Mat. — Ani Domonowi, ani Thomowi, ani nikomu. Tylko my dwaj zostaliśmy z Dwóch Rzek, Rand. Nie możemy nikomu ufać.

— Oni żyją, Mat. Egwene i Perrin. Wiem, że żyją.

Mat wyglądał na zawstydzonego.

— Ale zachowam twój sekret. Zostanie między nami. Przynajmniej teraz nie musimy się martwić o pieniądze. Możemy go sprzedać za tyle pieniędzy, że dojedziemy do Tar Valon jak królowie.

— Pewnie — powiedział Mat po chwili namysłu. — O ile będziemy musieli. Tylko nie mów o tym nikomu, dopóki na to nie pozwolę.

— Już powiedziałem, że tego nie zrobię. Słuchaj, czy miałeś tu na łodzi jakieś sny? Takie jak w Baerlon? Po raz pierwszy mam okazję zapytać o to bez świadków.

Mat odwrócił głowę, patrząc na niego z ukosa.

— Może.

— Co niby ma znaczyć to może? Miałeś albo nie miałeś.

— No dobrze, już dobrze, miałem. Ale nie chcę o tym rozmawiać. Nie chcę nawet o tym myśleć. To się na nic nie zda.

Zanim którykolwiek z nich zdążył coś powiedzieć, pojawił się Thom z płaszczem przewieszonym przez ramię. Wiatr rozwiewał jego siwe włosy, a długie wąsy zdawały się jeżyć.

— Udało mi się przekonać kapitana, że nie postradałeś rozumu — obwieścił — i że to wszystko było częścią twych nauk.

Schwycił linę forsztaga i potrząsnął nim.

— Ta twoja durna sztuczka z zsuwaniem się po linie okazała się pomocna, ale i tak masz szczęście, że nie złamałeś sobie karku.

Wzrok Randa powędrował od forsztaga aż po sam wierzchołek masztu i w tym momencie opadła mu szczęka. Ześlizgnął się z czegoś takiego. I siedział na czubku...

Nagle zobaczył tam samego siebie z rozpostartymi rękami i ramionami. Usiadł ciężko na pokładzie i omal nie przewrócił się na plecy. Thom przypatrywał mu się z uwagą.

— Nie myślałem, że masz taką dobrą głowę do wysokości, chłopcze. Moglibyśmy zrobić przedstawienie w Illian, Ebou Dar albo w Tear. Ludzie w wielkich miastach na południu lubią linoskoczków.

— Przecież jedziemy do...