W ostatniej chwili Rand przypomniał sobie, że powinien się rozejrzeć, czy ktoś ich nie podsłuchuje. Obserwowało ich kilku członków załogi łącznie z Gelbem, ale nikt nie słyszał, co mówi.
— Do Tar Valon — dokończył. Mat wzruszył ramionami; jakby mu było wszystko jedno, dokąd jadą.
— Na razie — powiedział Thom, siadając obok nich ale jutro, kto wie? Różnie to bywa, gdy się jest bardem.
Wyjął z jednego ze swych szerokich rękawów kilka kolorowych piłeczek.
— A ponieważ już cię ściągnąłem na dół, to popracujemy nad żonglowaniem trzema piłeczkami.
Wzrok Randa ponownie powędrował do szczytu masztu. Przeszył go dreszcz.
„Co się ze mną dzieje? Światłości, odpowiedz.”
Musi znaleźć odpowiedź. Musi się dostać do Tar Valon, zanim oszaleje.
25
Lud Wędrowców
Bela spokojnym krokiem pokonywała oświetloną promieniami bladego słońca drogę, zupełnie jakby trzy wilki, drepczące za nią w niewielkiej odległości, były zwykłymi wioskowymi psami. Jednakże sposób, w jaki od czasu do czasu spoglądała w ich stronę błyskając białkami, wskazywał, że czuje coś wręcz przeciwnego. Egwene, jadąca na grzbiecie klaczy, przeżywała równie przykre chwile. Nie przestawała obserwować wilków kątem oka i co jakiś czas obracała się w siodle, by obejrzeć się za siebie. Perrin był pewien, że wypatruje reszty stada. Kiedy jednak to zasugerował, zaprzeczyła ze złością, twierdząc, że wcale się nie boi ani podążających za nimi trzech wilków, ani reszty stada oraz jego zamiarów. Zaprzeczyła, a jednak stale wodziła dokoła czujnym wzrokiem i nerwowo oblizywała wargi.
Całe stado było bardzo daleko, mógł jej to powiedzieć.
„No i co z tego, gdyby mi nawet uwierzyła? Zwłaszcza gdyby mi uwierzyła?”
Nie miał zamiaru wyciągać wszystkich asów z rękawa dopóty, dopóki nie będzie musiał. Nie chciał się zastanawiać nad tym, skąd wie. Ubrany w futro mężczyzna szedł przed nimi, stawiając długie kroki. Sam czasami przypominał wilka, a gdy pojawiały się Łatka, Skoczek i Wiatr, nawet bez oglądania się wiedział, że są blisko.
Tamtego pierwszego poranka wstali o świcie. Elyas znowu piekł królika i przypatrywał im się obojętnie znad swej gęstej brody. Wszystkie wilki, z wyjątkiem Łatki, Skoczka i Wiatru, gdzieś się pochowały. Pomimo bladego światła brzasku pod wielkim dębem wciąż utrzymywał się głęboki cień, a otaczające ich nagie drzewa sterczały dookoła jak palce odarte do gołych kości.
— Są niedaleko — odparł Elyas, kiedy Egwene spytała, gdzie się podziała reszta stada. — Wystarczająco blisko, by przyjść z pomocą w razie potrzeby i dostatecznie daleko, by uniknąć ludzkich kłopotów, w jakie możemy się wpakować. Wystarczy, że przynajmniej dwoje ludzi przebywa razem, a prędzej czy później rodzą się kłopoty. Wilki pojawią się obok nas, w razie gdybyśmy ich potrzebowali.
Perrin, który właśnie wbił zęby w kawałek pieczonego królika, poczuł łaskotanie gdzieś w głębi umysłu. Jakiś kierunek, ledwie wyczuwalny.
„Oczywiście! One są właśnie...”
Gorący sok wypełniający usta stracił nagle wszelki smak. Nadgryzł jedną z bulw, które Elyas upiekł w żarze ogniska smakowały trochę jak rzepa — ale jego apetyt zniknął.
Kiedy wyruszyli w drogę, Egwene uparła się, że obydwoje będą jechali na zmianę. Perrin już nawet nie próbował się spierać.
— Pierwsza kolejka jest twoja — powiedział.
Skinęła głową.
— Potem ty, Elyas.
— Wystarczą mi własne nogi — powiedział Elyas.
Spojrzał na Belę, która przewróciła oczami, jakby była jednym z wilków.
— A poza tym, ona chyba nie chce, bym jej dosiadał.
— Bzdura — stanowczym głosem odparła Egwene. Nie ma po co tak się przy tym upierać. To sensowne, jeśli każdy będzie od czasu do czasu jechał. Sam powiedziałeś, że czeka nas długa droga.
— Powiedziałem nie, dziewczyno.
Zrobiła głęboki wdech, a Perrin zaczął się zastanawiać, czy uda jej się sterroryzować Elyasa tak samo jak jego, gdy nagle spostrzegł, że Egwene stoi z otwartymi ustami, nie mówiąc ani słowa. Elyas patrzył na nią, po prostu patrzył, żółtymi oczyma wilka. Dziewczyna cofnęła się przed wychudłym mężczyzną, oblizała wargi i znowu się cofnęła. Zanim Elyas zdążył się odwrócić, podeszła do Beli i wdrapała się na jej grzbiet. Gdy ruszyli na południe, Perrin uznał, że jego uśmiech również ma w sobie coś że szczerzącej się wilczej paszczy.
Podróżowali w taki sposób przez trzy dni, kierując się na południowy wschód, na zmianę idąc i jadąc, a zatrzymywali się dopiero wtedy, gdy zmierzch zaczynał już gęstnieć. Elyas zdawał się pogardzać pośpiechem ludzi z miasta, ale nie zwykł marnować czasu, kiedy już trzeba było ruszać w drogę.
Rzadko kiedy widywali trzy towarzyszące im wilki. Każdej nocy podchodziły na jakiś czas do ogniska, a czasami pokazywały się na krótko za dnia, pojawiając się blisko w najmniej spodziewanym momencie i znikając w taki sam sposób. Jednakże Perrin wyczuwał ich obecność i wiedział, gdzie są. Wiedział, kiedy przeprowadzają zwiady na drodze przed nimi i kiedy obserwują pokonaną już przez nich drogę. Wiedział, że opuściły tereny, na których zazwyczaj polują, i że Łatka odesłała stado, by na nią zaczekało. Czasami myśl o trzech wilkach blakła w jego umyśle, ale na długo przedtem, zanim pojawiały się ponownie, wiedział, że niebawem wrócą. W dowolnym momencie mógł po prostu wskazać palcem, gdzie są, nawet wtedy, gdy wychodzili z lasu i wkraczali w rzadkie zagajniki porozdzielane wielkimi pokosami martwej trawy, w których wilcze cienie przemykały jak duchy. Nie wiedział, skąd to wie i próbował sobie wmówić, że to wyobraźnia płata mu figle, ale daremnie. Wiedział tak samo, jak wiedział Elyas.
Starał się zapomnieć o wilkach, ale one i tak wślizgiwały się w jego myśli. Odkąd spotkał Elyasa i wilki, przestał śnić o Ba’alzamonie. Jego sny, z tego co pamiętał po przebudzeniu, opowiadały o wydarzeniach z poprzedniego dnia i były takie same, jakie mógłby śnić w domu... przed Zimową Nocą... przed Baerlon. Normalne sny — z jednym wyjątkiem. W każdym śnie przypominał sobie chwile ze swojego życia, jak prostował się nad miechem kowalskim pana Luhhana, by otrzeć pot z twarzy, albo odwracał się od dziewcząt z wioski tańczących na Łące, albo podnosił głowę znad książki czytanej przed kominkiem. Niezależnie od tego czy był pod dachem, czy na dworze, zawsze towarzyszył mu wilk. Wilk był zawsze zwrócony do niego tyłem, a on zawsze wiedział — co w snach wydawało się rzeczą normalną, nawet przy stole jadalnym Alsbet Luhhan — że żółte oczy wilka wypatrują tego, co może się zdarzyć, strzegą przed tym, co może się zdarzyć. Dopiero po przebudzeniu te sny wydawały się dziwne.
Wędrowali już trzy dni. Łatka, Skoczek i Wiatr przynosiły im króliki i wiewiórki, a Elyas pokazywał rośliny, w większości Perrinowi nie znane, które nadawały się do jedzenia. Jednego razu nieomal spod samych kopyt Beli wyprysnął królik i zanim Perrin zdążył nałożyć kamyk na procę, Elyas zabił go nożem z odległości dwudziestu kroków. Innym razem Elyas upolował z łuku tłustego bażanta, trafiając go w skrzydło. Jadali o wiele lepiej niż wtedy, gdy byli zdani wyłącznie na siebie, jednak Perrin z przyjemnością wróciłby do tamtych skąpych racji, gdyby to się wiązało ze zmianą towarzystwa. Nie był pewien, co czuje Egwene, lecz sam z chęcią chodziłby głodny, gdyby mógł to robić pod nieobecność wilków. I tak trwało to trzeciego dnia, aż do popołudnia.
Przed nimi rozciągała się kępa drzew, większa od innych, które napotkali na drodze, mierząca dobre cztery mile szerokości. Słońce wisiało nisko na zachodzie, rzucając skośne cienie po prawej stronie; zrywał się wiatr. Perrin poczuł, że wilki przestały węszyć za nimi i niespiesznie wysforowały się naprzód. Nie wywęszyły i nie wypatrzyły niebezpieczeństwa. Egwene korzystała ze swojej zmiany jazdy na Beli. Nadszedł czas szukania miejsca na nocne obozowisko, a ten zagajnik wydawał się odpowiednim schronieniem.