Выбрать главу

Kiedy dojechali bliżej drzew, zza osłony roślinności wypadły trzy mastify, psy o szerokich pyskach, równie ogromne jak wilki, nawet cięższe. Błysnęły zęby obnażone w donośnym, dudniącym warkocie. Gdy tylko wybiegły na otwartą przestrzeń, zatrzymały się w miejscu, a od trojga ludzi nie dzieliło ich więcej niż trzydzieści stóp. Ich ciemne oczy płonęły morderczym światłem.

Bela, wystarczająco podenerwowana obecnością wilków, zarżała i byłaby zrzuciła Egwene ze swego grzbietu, gdyby Perrin natychmiast nie zamachnął się swoją procą. Nie było sensu używać topora, kamień ciśnięty prosto w żebra może zmusić najgroźniejszego psa do ucieczki.

Elyas machnął w jego stronę ręką, nie odrywając wzroku od zesztywniałych stworzeń.

— Tsst! Nie teraz!

Perrin uniósł brwi ze zdziwienia, ale posłusznie zwolnił obroty procy, aż w końcu luźno opadła u jego boku. Egwene udało się opanować zdenerwowaną klacz i teraz obydwie nie spuszczały oka z psów.

Mastify zjeżyły się i położyły płasko uszy, warkot dobywający się z ich gardeł przypominał odgłosy trzęsienia ziemi. Nagle Elyas podniósł rękę na wysokość ramienia i wydał długi, przenikliwy gwizd, który zdawał się nie mieć końca i z każdą chwilą przechodził w coraz wyższy ton. Warczenie urwało się nagle. Psy cofnęły się, skowycząc i odwracając łby, zupełnie jakby chciały odejść, coś jednak trzymało je w miejscu. Nie odrywały wzroku od palca Elyasa.

Elyas powoli opuszczał rękę a ton gwizdu stawał się coraz niższy. Psy przysiadały jednocześnie, aż w końcu położyły się płasko na ziemi, z jęzorami wywieszonymi z paszcz. Trzy ogony zamerdały.

— Widzisz? — powiedział Elyas, podchodząc do psów.

Mastify zaczęły lizać go po dłoniach, a on drapał je po szerokich łbach i gładził uszy.

— Nie są takie złe, na jakie wyglądają. Chciały nas nastraszyć, ale na pewno by nas nie pogryzły, chyba żebyśmy wjechali między te drzewa. W każdym razie nie ma się czego bac. Możemy pokonać następne zarośla przed zapadnięciem mroku.

Perrin spojrzał na Egwene — miała otwarte usta. Zamknął swoje, głośno szczęknąwszy zębami.

Elyas przypatrywał się rosnącym przed nim drzewom i nie przestawał głaskać psów.

— Tu na pewno są Tuatha’anowie. Lud Wędrowców.

Gdy popatrzyli na niego, nie rozumiejąc, dodał:

— Druciarze.

— Druciarze?! — wykrzyknął Perrin. — Zawsze. chciałem zobaczyć Druciarzy. Czasami rozbijają obóz po drugiej stronie rzeki, blisko Taren Ferry, ale nie przychodzą do Dwu Rzek, o ile mi wiadomo. Nie wiem, dlaczego.

Egwene pociągnęła nosem.

— Prawdopodobnie dlatego, że ludzie z Taren Ferry są takimi samymi złodziejami jak Druciarze. Bez wątpienia któregoś dnia ograbią się nawzajem do sucha. Panie Elyasie, jeśli rzeczywiście są tu gdzieś Druciarze, to czy nie powinniśmy opuścić tego miejsca? Nie można dopuścić, żeby nam ukradli Belę i... no cóż, raczej nic więcej nie mamy, ale każdy wie, że Druciarze kradną wszystko.

— Łącznie z niemowlętami? — spytał kwaśnym tonem Elyas. — Porywają dzieci i w ogóle?

Splunął, a Egwene się zaczerwieniła. Ludzie opowiadali czasami jakieś historie o dzieciach, choć głównie celowali w tym Cenn Buie, Coplinowie albo Congarowie. Pozostałe opowieści były wszystkim znajome.

— Mdli mnie czasem na myśl o Druciarzach, ale oni nie kradną więcej niż inni ludzie. Znacznie mniej niż niektórzy, których znam.

— Niedługo się ściemni, Elyasie — zauważył Perrin. Musimy rozbić gdzieś tutaj obóz. Może więc u nich, jeśli zgodzą się nas przyjąć?

Pani Luhhan miała garnek naprawiony przez Druciarza i twierdziła, że jest lepszy od nowego. Pan Luhhan nie był wprawdzie szczególnie szczęśliwy, gdy słyszał z ust żony pochwały na temat ich dzieła, ale Perrin miał ochotę zobaczyć, jak oni to robią. Niemniej jednak w wyrazie twarzy Elyasa doszukał się jakiejś niechęci, której nie potrafił pojąć.

— Czy jest jakiś powód, dla którego nie powinniśmy?

Elyas pokręcił głową, ale niechęć wciąż było widać, w układzie ramion i zaciśniętych ustach.

— Czemu nie. Tylko nie zwracajcie uwagi na to, co oni mówią. Same głupoty. Wędrowcy zazwyczaj niczym się nie przejmują,. ale czasami narzucają pewien określony sposób bycia, więc postępujcie tak samo jak ja. I nie zdradzajcie swoich tajemnic. Nie ma powodu, by opowiadać o wszystkim światu.

Gdy Elyas wprowadził ich między drzewa, psy wlokły się tuż obok, merdając ogonami. Perrin poczuł, że wilki zwalniają i wiedział, że nie przyjdą do tego miejsca. Nie bały się psów — pogardzały psami, które wyrzekły się wolności, by móc spać przy ogniu — unikały ludzi.

Elyas szedł pewnym krokiem, jakby znał drogę, a gdy doszli prawie do samego środka zagajnika, zobaczyli wozy Druciarzy, rozproszone wśród dębów i jesionów.

Jak każdy z Pola Emonda, Perrin wiele słyszał o Druciarzach, chociaż nigdy żadnego nie widział, ich obóz okazał się dokładnie taki, jak się spodziewał. Mieszkali w wozach wysokich, drewnianych skrzyniach, polakierowanych i pomalowanych na jaskrawe kolory: czerwienie, błękity, żółcie i zielenie, a także inne barwy, których nazw nawet nie znał. Wędrowcy krzątali się wokół różnych zajęć, które ku jego rozczarowaniu okazały się bardzo zwyczajne: gotowanie, szycie, opieka nad dziećmi, naprawianie uprzęży, jednakże ich ubiory były jeszcze bardziej jaskrawe niż wozy — i najwyraźniej dobierane na chybił trafił, czasami płaszcz i bryczesy albo suknia i szal, dopasowane kolorami w taki sposób, że aż bolały oczy. Przypominali motyle krążące wśród dzikich kwiatów.

Czterech czy pięciu mężczyzn, znajdujących się w różnych miejscach obozowiska, grało na skrzypcach i fletach, a kilku ludzi tańczyło w takt muzyki, przypominając tęczowe kolibry. Pomiędzy ogniskami goniły się dzieci; bawiły się z psami. Były to również mastify, dokładnie takie same, jak te, które na nich napadły, jednak dzieci ciągnęły je za uszy i ogony, wspinały się na ich grzbiety, a ogromne psiska przyjmowały to wszystko ze spokojem. Trójka stworzeń, towarzyszących Elyasowi, z wywieszonymi jęzorami wpatrywała się w brodatego mężczyznę, jakby to był ich najlepszy przyjaciel. Perrin potrząsnął głową. Były przecież tak wielkie, że mogły dosięgnąć jego gardła, prawie nie odrywając przednich łap od ziemi.

Muzyka nagle przestała grać i wtedy zauważył, że Druciarze patrzą na niego i jego towarzyszy. Nawet dzieci i psy przystanęły w miejscu i przypatrywały im się czujnie, jakby zaraz miały się rzucić do ucieczki.

Przez chwilę nie słychać było żadnego dźwięku, po czym zbliżył się do nich niski, siwowłosy starzec i pokłonił uroczyście Elyasowi. Był ubrany w czerwony kaftan z wysokim kołnierzem i w workowate, jaskrawozielone spodnie, z nogawkami wetkniętymi w cholewy wysokich butów.

— Witajcie przy naszych ogniskach. Czy znacie pieśń?

Elyas odkłonił się w ten sam sposób, przyciskając obie ręce do piersi.

— Twe powitanie podnosi mnie na duchu, Mahdi, a wasze ogniska ogrzewają me ciało, jednakże pieśni nie znam.

— A więc będziemy nadal szukali — odparł dobitnym głosem siwowłosy mężczyzna. — Jak było, tak będzie, musimy tylko pamiętać, szukać i znaleźć.

Z uśmiechem zatoczył ręką łuk w stronę ognisk, a w jego głosie pojawił się beztroski, radosny ton.