W pojmaniu Logaina brały naturalnie udział Aes Sedai. Mówiąc to Bartim splunął na podłogę i potem jeszcze raz, gdy opowiedział, jak zabierały fałszywego Smoka na północ do Tar Valon. Zaznaczył, że jest uczciwym człowiekiem, szanowanym, i jeśli o niego chodzi, to wszystkie Aes Sedai mogą sobie wracać do Ugoru, skąd się wzięły, i zabrać tam z sobą Tar Valon. Nie podszedłby do żadnej Aes Sedai bliżej niż na tysiąc mil, gdyby miał możliwość wyboru. Słyszał, że one oczywiście zatrzymują się w każdej wiosce i mieście po drodze na północ, żeby pokazywać Logaina. Żeby pokazać ludziom, iż fałszywy Smok został pojmany i że świat jest na powrót bezpieczny. Chętnie by to zobaczył, nawet gdyby to oznaczało podejście blisko do Aes Sedai. Czuł sporą pokusę, żeby się przejechać do Caemlyn.
— Zabierają go tam, żeby pokazać królowej Morgase. Karczmarz z szacunkiem dotknął swego czoła.
— Nigdy nie widziałem królowej. Człowiek powinien zobaczyć swoją królową, nie uważacie?
Logain potrafił robić różne „rzeczy”, a sposób, w jaki Bartim przewrócił oczami i przesunął językiem po wargach, wyjaśniał, co ma na myśli. Ostatni raz widział fałszywego Smoka przed dwoma laty, kiedy przemierzał okolice na czele parady, ale był to tylko jakiś prosty człowiek, który myślał, że zostanie królem. Tamtym razem nie trzeba było wzywać Aes Sedai. Żołnierze przykuli go łańcuchami do wozu, ponuro wyglądającego człowieka, który pojękiwał na deskach i zakrywał głowę rękoma, gdy ludzie obrzucali go kamieniami, albo poszturchiwali kijami. Bardzo się przykładali, a żołnierze nie robili nic, aby to ukrócić, dopóki nie groziło, że zostanie zabity. Pozwolili ludziom zobaczyć, że nie był nikim szczególnym. Nie potrafił robić żadnych „rzeczy”. Ale w przypadku tego Logaina byłoby na co popatrzeć. To coś, o czym Bartim mógłby opowiadać wnukom. Gdyby tylko mógł się wyrwać z karczmy.
Rand nie musiał udawać zainteresowania, z jakim wysłuchał tego wszystkiego. Kiedy Padan Fain przywiózł do Pola Emonda wieści o fałszywym Smoku, człowieku aktualnie będącym w posiadaniu Mocy, to były to najniezwyklejsze wieści, jakie od wielu lat dotarły do Dwu Rzek. Wydarzenia, które nastąpiły potem, zepchnęły tamtą opowieść w głębsze zakamarki pamięci, ale nadal był to temat, o którym ludzie rozprawiają całymi latami, i o którym opowiadają swoim wnukom. Bartim prawdopodobnie opowie swoim wnukom, że widział Logaina, niezależnie od tego, czy tak rzeczywiście było. Nikomu nawet nie przyjdzie na myśl, że to, co się zdarzyło wieśniakom z Dwu Rzek jest warte opowieści, co najwyżej może ludziom z Dwu Rzek.
— Z tego — powiedział Thom — wyszłaby niezła opowieść, opowieść, jaką się powtarza przez tysiąc lat. Żałuję, że mnie tam nie było.
Powiedział to takim głosem, jakby to była szczera prawda i Rand stwierdził, że tak pewnie jest.
— Ale mógłbym choć postarać się zobaczyć go. Nie powiedziałeś, jaką drogą oni podążają. Może są tu jacyś podróżnicy stamtąd? Mogli coś słyszeć.
Bartim zbył go machnięciem brudnej ręki.
— Na północy wszyscy o tym wiedzą. Jak chcecie go zobaczyć, to jedźcie do Caemlyn. Tyle tylko wiem, a jeśli o czymkolwiek wiadomo w Białym Moście, to wiem o tym ja.
— Nie wątpię — odparł bez zająknięcia Thom. — Pewnie wielu obcych tu przyjeżdża. Twój szyld przykuwał moje oko od samych stóp Białego Mostu.
— Musisz wiedzieć, że przyjeżdżają nie tylko z zachodu. Dwa dni temu był tu jeden człowiek, mieszkaniec Illian, z odezwą całą ozdobioną pieczęciami i wstęgami. Odczytał ją na samym środku placu. Mówił, że jedzie z nią aż do samych Gór Mgły, może nawet do oceanu Aryth, jeśli uda mu się pokonać przełęcze. Mówił, że posłańcy z tą odezwą zostali wysłani do wszystkich krajów na świecie.
Karczmarz pokręcił głową.
— Góry Mgły. Słyszałem, że są okryte mgłą przez cały okrągły rok, a w niej kryją się stworzenia, które obedrą całe twoje ciało do kości, zanim zdążysz uciec.
Mat parsknął pogardliwie, ściągając tym ostre spojrzenie Bartima.
Thom pochylił się z napięciem do przodu. — O czym mówiła ta odezwa?
— No jakże, o polowaniu na Róg, oczywiście — wykrzyknął Bartim. — A nie powiedziałem tego? Illiańczycy wzywali wszystkich, którzy pragną oddać swe życie polowaniu, aby zebrali się w Illian. Możecie to sobie wyobrazić? Oddać swe życie legendzie? Myślę, że znaleźli jakichś głupców. Głupców wszędzie pełno. Ten człowiek twierdził, że zbliża się koniec świata. Ostatnia bitwa z Czarnym.
Zaśmiał się, ale był to pusty dźwięk, jakby karczmarz starał się przekonać samego siebie, że jest się z czego śmiać.
— Zdaje się, że ich zdaniem trzeba znaleźć Róg Valere, zanim to się stanie. No i co o tym myślicie?
Przez chwilę w zamyśleniu obgryzał kłykieć dłoni.
— Jasne, że nie wiedziałbym, jak się z nimi sprzeczać po tej zimie. Zima, ten cały Logain, a także dwaj inni przed nim. Dlaczego w ciągu ostatnich lat ci wszyscy ludzie twierdzili, że są Smokami? I ta zima. To musi coś oznaczać. Co wy o tym myślicie?
Thom zdawał się go nie słuchać. Łagodnym głosem barda zaczął recytować, jakby tylko dla siebie:
— O właśnie. — Bartim wyszczerzył zęby w uśmiechu, jakby już widział tłumy wręczające mu pieniądze podczas słuchania Thoma. — O właśnie. Wielkie polowanie na Róg. Powiesz im to, a będą siadali nawet na tych krokwiach. Każdy słyszał o odezwie.
Thom nadal wydawał się przebywać tysiąc mil stąd, więc Rand powiedział:
— Szukamy kilku przyjaciół, którzy mieli tutaj przyjechać. Z zachodu. Czy było tu wielu przybyszów w ciągu ostatnich dwóch tygodni?
— Kilku — wolno odparł Bartim. — Zawsze ktoś tu przyjeżdża, i ze wschodu, i z zachodu.
Popatrzył kolejno na każdego z nich, nagle stając się czujny: — Jak oni wyglądali, ci wasi przyjaciele?
Rand otworzył usta, ale Thom, nagle powracając do nich duchem, obdarzył go ostrym spojrzeniem, które nakazywało zamilknąć. Z rozdrażnionym westchnieniem zwrócił się do karczmarza.
— Dwaj mężczyźni i trzy kobiety — powiedział z niechęcią. — Mogą być razem albo nie.
Zwięźle w kilku słowach opisał każde z nich, wystarczająco dokładnie jednak, by mogli być rozpoznani przez tego, kto ich ostatnio widział. Lecz nie zdradził, kim są.
Bartim przejechał dłonią po głowie, mierzwiąc swe rzadkie włosy, po czym wstał powoli.
— Zapomnij o występach w tym miejscu, bardzie. Prawdę mówiąc byłby rad, gdybyście dopili swoje wino i wyjechali. Wyjechali z Białego Mostu, jeśli macie dość rozumu.
— Czy ktoś jeszcze o nich pytał?
Thom upił łyk wina, jakby odpowiedź na to była najmniej ważną rzeczą na całym świecie i uniósł brew.
— Kto by to mógł być?
Bartim znowu podrapał się po głowie i przestąpił z nogi na nogę; jakby zaraz miał odejść, po czym przytaknął samemu sobie. — Będzie z tydzień temu, chyba tak mogę powiedzieć, jak do Mostu przyszedł jakiś podejrzany jegomość. Szalony, tak wszyscy myśleli. Cały czas mówił do siebie, ani na chwilę nie przestawał się ruszać, nawet gdy stał w miejscu. Wypytywał o tych samych ludzi... niektórych z nich. Pytał, jakby to było ważne, a potem tak się zachowywał, jakby nie dbał o odpowiedź. Raz mówił, że musi na nich poczekać, a innym razem, że musi jechać dalej, że mu spieszno. W jednej chwili skamlał i błagał, a w drugiej wydawał rozkazy jak jakiś król. Ludzie ledwie nie złoili mu skóry, szalony czy nie szalony. Straż omal nie zabrała go do aresztu dla jego własnego bezpieczeństwa. Ruszył do Caemlyn tego samego dnia, cały czas mówiąc do siebie i płacząc. Szalony, jak powiedziałem.