Выбрать главу

Rand popatrzył pytająco na Thoma i Mata, a oni pokręcili przecząco głowami. Nawet jeśli ten podejrzany jegomość ich szukał, to nie był to ktoś, kogo rozpoznali.

— Jesteś pewien, że szukał tych samych ludzi? — spytał Rand.

— Niektórych. Tego wojownika i kobiety ubranej w jedwabie. Jednak nie o nich mu tak bardzo chodziło. Szukał trzech chłopców ze wsi.

Jego wzrok prześlizgnął się po twarzach Randa i Mata tak szybko, że Rand nie był pewien, czy na pewno zauważył to spojrzenie, czy je sobie tylko wyobraził.

— Szukał ich z wielką desperacją. Ale to był szaleniec, jak już mówiłem.

Rand zadrżał i zastanowił się, kim mógł być ów szalony człowiek i dlaczego ich szukał.

„Sprzymierzeniec Ciemności? Czy Ba’alzamon wykorzystałby szaleńca?”

— Ten był szalony, zaś ten drugi...

Bartim niepewnie poruszył oczami i przejechał językiem po wargach, jakby miał zbyt mało śliny, aby je zwilżyć.

— Następnego dnia... następnego dnia po raz pierwszy pojawił się ten drugi.

Umilkł. — Ten drugi? — ponaglił go w końcu Rand.

Bartim rozejrzał się dookoła, choć w ich części sali nie było nadal nikogo. Stanął nawet na palcach i spojrzał ponad barierką. Kiedy się wreszcie odezwał, mówił szybko i pospiesznie.

— Jest cały ubrany na czarno. Kaptur płaszcza trzyma nasunięty na głowę, więc nie da się zobaczyć jego twarzy, ale czuje się, że patrzy na ciebie, czuje się to tak, jakby po kręgosłupie wędrowała ci bryłka lodu. On... rozmawiał ze mną.

Drgnął i zanim znowu przemówił, zagryzł dolną wargę. — Jego głos przypomina szuranie węża pełznącego po uschłych liściach. Czułem, jak żołądek zamienia mi się w bryłę lodu. Za każdym razem, kiedy tu wraca, zadaje te same pytania. Te same pytania, co tamten szaleniec. Nikt nigdy nie widział, skąd przychodzi. Pojawia się nagle, nocą albo dniem, paraliżując cię na miejscu, w którym stoisz. Ludzie zaczęli oglądać się za siebie. A co najgorsze, strażnicy przy bramach mówią, że nigdy nie przeszedł przez żadną z nich, ani nie wszedł, ani nie wyszedł.

Rund usilnie starał się zachować obojętny wyraz twarzy, zaciskał szczęki tak mocno, że aż go rozbolały zęby. Mat spoglądał spode łba, a Thom wbił wzrok w wino. W dzielącym ich powietrzu zawisło słowo, którego żaden z nich nie chciał wypowiedzieć. Myrddraal.

— Pewnie bym zapamiętał, gdybym kiedykolwiek spotkał kogoś takiego — powiedział po chwili Thom.

Bartim z wściekłością pokiwał głową.

— Niech sczeznę, na pewno byś zapamiętał. Na prawdę Światłości! Na pewno byś zapamiętał. On... szuka tych samych ludzi, co szaleniec, tylko mówi, że jest wśród nich dziewczyna. I — zerknął z ukosa na Thoma — i siwowłosy bard.

Thom uniósł gwałtownie brwi z niekłamanym, zdaniem Runda, zdziwieniem.

— Siwowłosy bard? No cóż, nie jestem bodajże jedynym bardem, który jest już w swoich latach. Zapewniam cię, że nie znam tego człowieka i że on nie ma powodu, aby mnie szukać.

— Może tak być — odparł ponuro Bartim. — Nie mówił o tym zbyt wiele, ale odniosłem wrażenie, że byłby wielce niezadowolny, gdyby ktoś starał się pomóc tym ludziom albo ukrywał ich przed nim. W każdym razie powiedziałem wam to, co jemu. Nie widziałem nikogo z nich, ani też o nich nie słyszałem i taka jest prawda. Żadnego z nich — zakończył dobitnie.

Położył nagle z trzaskiem pieniądze Thoma na stół.

— Dokończcie to swoje wino i idźcie już. Zgoda? Zgoda? I podreptał od stołu najszybciej jak potrafił, oglądając się przez ramię.

— Pomor — ledwie słyszalnie wyszeptał Mat, kiedy karczmarz już zniknął. — Trzeba się było domyślić, że będą nas tu szukać.

— I on tu wróci — powiedział Thom, pochylając się nad stołem i zniżając głos. — Powiadam, że trzeba przekraść się z powrotem do łodzi i skorzystać z propozycji kapitana Domona. Będą na nas polowali przy drodze do Caemlyn, a tymczasem my udamy się do Illian, tysiąc mil od miejsca, w którym Myrddraal nas się spodziewa.

— Nie — odparł stanowczo Rand. — Poczekamy w Białym Moście na Moiraine i pozostałych albo pojedziemy do Caemlyn. Albo jedno, albo drugie, Thom. Tak przecież postanowiliśmy.

— To szaleństwo, chłopcze. Wszystko się zmieniło. Posłuchaj mnie. Nieważne, co mówi ten karczmarz, wystarczy, że Myrddraal spojrzy tylko na niego, a wszystko opowie, łącznie z tym, co piliśmy i ile kurzu mieliśmy na butach.

Rand zadrżał, przypominając sobie bezokie spojrzenie Pomora.

— A jeśli chodzi o Caemlyn... Myślisz, że Półludzie nie wiedzą, że chcesz się dostać do Tar Valon? Najlepiej popłynąć teraz łodzią na południe.

— Nie, Thom. — Rand musiał wyduszać z siebie słowa, gdy pomyślał o tysiącu mil dzielącym ich od miejsca, w którym szukają ich Pomory, wziął jednak głęboki wdech i udało mu się zdobyć na bardziej stanowczy ton. — Nie!

— Pomyśl, chłopcze, Illian! Nie masz wspanialszego miasta na całej ziemi. I Wielkie Polowanie na Róg! Nie było Polowania na Róg od blisko czterystu lat. Cały nowy cykl opowieści czeka, by go ułożyć. Pomyśl tylko. Nigdy o niczym takim nie śniłeś. Zanim Myrddraal się domyśli, dokąd pojechałeś, będziesz już stary, siwy i tak zmęczony pilnowaniem swych wnucząt, że nie będziesz dbał o to, czy cię znajdzie.

Na twarzy Randa pojawił się upór.

— Ile razy muszę mówić nie? Znajdą nas, gdziekolwiek nie pójdziemy. W Illian też będą czekały Pomory. A jak uciekniemy przed snami? Chcę wiedzieć, co się ze mną dzieje, Thom, i dlaczego. Jadę do Tar Valon. Z Moiraine, jeśli mi się uda, bez niej, jeśli będę musiał. Sam, jeśli będę musiał. Muszę wiedzieć.

— Ale Illian, chłopcze! I bezpieczna droga w dole rzeki, podczas gdy oni będą cię szukali w innym kierunku. Krew i popioły, sen nie może cię skrzywdzić.

Rand milczał.

„Czy sen nie może skrzywdzić? Czy ciernie ze snu kłują do prawdziwej krwi?”

Nieomal żałował, że nie powiedział Thomowi o tym śnie. „Odważysz się opowiedzieć komukolwiek? Ba’alzamon jest w twoich snach, ale co jest między snem a przebudzeniem? Komu odważysz się powiedzieć, że sam Czarny ćię dotyka?” Thom wydawał się rozumieć. Jego twarz złagodniała.

— Nawet te sny, chłopcze. To ciągle są tytko sny, nieprawdaż? Na Światłość, Mat, pogadaj z nim. Wiem, że ty przynajmniej nie chcesz jechać do Tar Valon.

Twarz Mata poczerwieniała, częściowo z zażenowania, częściowo ze złości. Unikał wzroku Randa, a zamiast tego spojrzał spode łba na Thoma.

— Po co te całe kłótnie i zamieszanie? Chcesz wracać na łódź? To wracaj. Sami się sobą zajmiemy.

Wąskie ramiona barda zatrzęsły się od bezgłośnego śmiechu, lecz mówił głosem zduszonym od gniewu.

— Myślisz, że wiesz tyle o Myrddraalu, że uciekniesz przed nim bez niczyjej pomocy, czy tak? Jesteś gotów pojechać sam do Tar Valon i oddać się w ręce Tronu Amyrlin? Czy w ogóle potrafisz odróżnić jedną Ajah od drugiej? Niech mnie Światłość spali, chłopcze, ale jeśli uważasz, że sam dojedziesz do Tar Valon, to każ mi odejść.

— Odejdź — warknął Mat, wsuwając rękę pod płaszcz. Oszołomiony Rand pojął, że chwycił sztylet z Shadar Logoth i może nawet jest gotów go użyć.