Zza drugiej strony przepierzenia dzielącego izbę rozległ się ochrypły śmiech, głośno przemówił czyjś pogardliwy głos.
— Trolloki? Załóż płaszcz barda, człowieku! Upiłeś się Trolloki! Bajki z Ziem Granicznych!
Słowa ociekały gniewem niczym garniec zimną wodą. Nawet Mat obrócił się w stronę ściany, wytrzeszczając oczy.
Rand wstał, by spojrzeć ponad ścianką, po czym pochylił się z mdlącym uczuciem w żołądku. Po drugiej stronie ściany siedział Floran Gelb, przy stole na tyłach sali w towarzystwie tych dwóch ludzi, którzy już tam byli wcześniej. Śmiali się z niego, ale jednocześnie słuchali. Barom wycierał stół, nie patrząc na Gelba i dwóch mężczyzn, jednakże sam też słuchał, bez końca szorując ścierką jedną plamę i pochylając się w ich stronę tak mocno, że wydawało się, że zaraz się przewróci.
— Gelb — wyszeptał Rand i opadł z powrotem na krzesło, a pozostali stężeli.
Thom szybko obiegł wzrokiem ich część izby.
Po tamtej stronie ściany zadźwięczał głos drugiego mężczyzny.
— Nie, nie, trolloki naprawdę kiedyś żyły. Ale wszystkie zostały wybite podczas Wojen z Trollokami.
— Bajki z Ziem Granicznych! — powtórzył pierwszy mężczyzna.
— To prawda, powiadam wam — głośno zaprotestował Gelb. — Byłem w Ziemiach Granicznych. Widywałem wcześniej trolloki i to były trolloki, czego jestem pewien tak, jak tego, że tu siedzę. Ci trzej twierdzili, że trolloki ich ścigają, ale ja wiem lepiej. Dlatego właśnie nie mogłem zostać na „Spray”. Już od jakiegoś czasu miałem podejrzenia względem Bayle’a Domona, ale ci trzej są Sprzymierzeńcami Ciemności, na pewno. Powiadam wam...
Dalszy ciąg tego, co Gelb miał do powiedzenia, zagłuszyły śmiech i grubiańskie żarty.
Kiedy, zastanawiał się Rand, karczmarz usłyszy opis „tych trzech”? O ile już nie usłyszał. Jeśli już nie zerwał się w stronę tych trzech obcych, z którymi dopiero co się spotkał. Droga do jedynego wyjścia ze wspólnej izby wiodła tuż obok stołu Gelba.
— Może z tą łodzią to nie jest taki zły pomysł — mruknął Mat, ale Thom potrząsnął głową.
— Już nie.
Bard mówił spokojnie i szybko. Wyciągnął skórzaną sakiewkę, którą dał mu kapitan Domon i pospiesznie podzielił pieniądze na trzy stosy.
— Za godzinę o całej tej historii będzie głośno w całym mieście, choćby nawet nikt nie miał w nią uwierzyć, a Półczłowiek może ją usłyszeć w każdej chwili. Domon nie wypłynie do jutra rano. W najlepszym wypadku trolloki będą go ścigały przez połowę drogi do Illian. Cóż, on zdaje się tego jakby spodziewać, ale to nam wcale w niczym nie pomoże. Nie możemy zrobić nic innego, jak tylko uciekać. I to jak najszybciej.
Mat szybko schował do kieszeni pieniądze, które Thom przesunął w jego stronę. Rand podnosił swój stosik nieco wolniej. Monety, którą ofiarowała mu Moiraine, wśród nich nie było. Domon dał im równowartość w srebrze, jednak Rand, z powodu, którego nie potrafił odgadnąć, żałował; że nie ma monety Moiraine. Schował pieniądze do kieszeni i spojrzał pytająco na barda.
— Na wypadek, gdyby nas rozdzielono — wyjaśnił Thom. — Tak się prawdopodobnie nie stanie, ale jeśli tak będzie... cóż, obydwaj dacie sobie radę sami. Dobrzy z was chłopcy. Tylko trzymajcie się z dala od Aes Sedai, jeśli wam życie miłe.
— Myślałem, że zostajesz z nami — powiedział Rand. — Zostaję, chłopcze, zostaję. Ale oni są już blisko i Światłość tylko wie, co się stanie. Cóż, nieważne, Nie wiadomo, czy w ogóle coś się stanie.
Thom umilkł, patrząc na Mata.
— Mam nadzieję, że już ci nie przeszkadza, że zostaję z wami — stwierdził ozięble.
Mat wzruszył ramionami. Popatrzył na każdego z nich i znowu wzruszył ramionami.
— Jestem po prostu zdenerwowany. Jakoś nie potrafię sobie z tym poradzić. Za każdym razem, kiedy się zatrzymujemy, żeby odsapnąć, pojawiają się oni i polują na nas. Cały czas mam uczucie, że ktoś wlepia wzrok w tył mojej głowy. Co teraz zrobimy?
Po drugiej stronie ścianki rozległ się śmiech, zagłuszający głos Gelba, który starał się przekonać obydwu mężczyzn, że powiedział prawdę. Ile jeszcze mamy czasu, zastanawiał się Rand. Prędzej czy później Bartim będzie musiał skojarzyć ludzi, o których opowiedział Gelb, z ich trójką.
Thom odsunął krzesło i wstał, ale nie wyprostował się. Nikt; kto patrzałby zwyczajnie w stronę ścianki, nie mógł go zobaczyć. Gestem dłoni nakazał im iść za sobą, szepcząc:
— Zachowujcie się jak najciszej.
Okna po drugiej stronie kominka wychodziły na jakąś aleję. Thom przyjrzał się uważnie jednemu z nich, zanim uniósł je na taką wysokość, by mogli się pod nim przecisnąć. Okno prawie nie wydało żadnego dźwięku, siedzący w odległości trzech stóp po drugiej stronie niskiej ścianki mężczyźni, spierający się i śmiejący hałaśliwie, nie mogli nic usłyszeć.
Gdy już się znaleźli w alei, Mat chciał pomaszerować prosto przed siebie, jednak Thom schwycił go za ramię.
— Nie tak szybko — powiedział. — Jeszcze nie wiemy, co robić.
Bard zasunął za sobą okno na tyle, na ile mógł to zrobić, znajdując się na zewnątrz, odwrócił się i rozejrzał po alei. Rand powiódł wzrokiem w ślad za jego oczyma. Z wyjątkiem kilku beczek na deszczówkę, stojących pod murem karczmy i następnym budynkiem, w którym mieścił się warsztat krawiecki, na pokrytej wyschłym błotem i piachem alei było pusto.
— Czemu to robisz? — spytał Mat, podniesionym znowu tonem. — Byłbyś bezpieczniejszy, gdybyś nas zostawił. Czemu zostałeś z nami?
Thom wpatrywał się w niego przez chwilę.
— Miałem bratanka, Owyna — powiedział znużonym głosem, strząsając swój płaszcz z ramion.
Nie przestając mówić, rzucił go na stos razem z derką, ostrożnie kładąc na nim swoje futerały z instrumentami.
— Jedyny syn mojego brata, mój jedyny krewny. Wdał się w kłopoty z Aes Sedai, a ja byłem zbyt zajęty... innymi sprawami. Nie wiem, co mogłem zrobić, ale kiedy wreszcie się za to zabrałem, było za późno. Owyn umarł kilka lat później. Można powiedzieć, że to Aes Sedai go zabiły.
Wyprostował się, nie patrząc na nich. Mówił nadal beznamiętnym tonem, jednak kiedy Rand odwrócił głowę, dostrzegł łzy w jego oczach.
— Jeśli uda mi się uwolnić was od Tar Valon, to może przestanę myśleć o Owynie. Poczekajcie tutaj.
Nadal unikając ich wzroku, pospieszył do wyjścia z alei, zwalniając, kiedy był już prawie u celu. Rozejrzał się raz szybko dookoła, normalnym krokiem wyszedł na ulicę i zniknął im z oczu.
Mat uniósł się, chcąc iść w jego ślady, ale zaraz usiadł z powrotem.
— Nie zostawi tych rzeczy — powiedział, dotykając skórzanych futerałów. — Wierzysz w tę opowieść?
Rand przykucnął obok beczek na deszczówkę, uzbrajając się w cierpliwość.
— Co z tobą, Mat? Przecież ty jesteś zupełnie inny. Od wielu dni nie słyszałem twojego śmiechu.
— Nie lubię, gdy na mnie polują jak na jakiegoś królika — warknął Mat.
Westchnął, a jego głowa wsparła się bezwładnie o ceglany mur karczmy. Nawet w tej pozycji wyglądał na spiętego. Toczył dookoła niespokojnym wzrokiem.
— Przepraszam. To przez to uciekanie, tych wszystkich obcych i... i w ogóle wszystko. Przez to jestem taki drażliwy. Patrzę na kogoś i zaraz się zastanawiam, czy nie powie o nas Pomorom, albo nas nie oszuka, obrabuje, albo... Na Światłość, Rand, czy ciebie to wszystko nie denerwuje?
Śmiech Randa zabrzmiał jak urywany szczek z głębi gardła.