— Za bardzo się boję, żeby się denerwować.
— Jak myślisz, co Aes Sedai zrobiły jego bratankowi?
— Nie wiem — odparł nieswoim głosem Rand.
Znał tylko jeden rodzaj kłopotów z Aes Sedai, w jakie mógł wdać się człowiek.
— Wydaje mi się, że nie to, co nam.
— Nie. Nie to, co nam.
Przez jakiś czas siedzieli tylko oparci o mur, nic nie mówiąc. Rand nie wiedział, jak długo trwa to wszystko. Prawdopodobnie kilka minut, ale miał wrażenie, że czekają już całą godzinę na powrót Thoma albo na chwilę, w której Bartim i Gelb otworzą okno i obwieszczą wszystkim, że oni są Sprzymierzeńcami Ciemności. W pewnej chwili na końcu alei pojawił się jakiś człowiek, wysoki mężczyzna, który miał kaptur nasunięty na głowę, a płaszcz tak ciemny jak noc na tle oświetlenia ulicy.
Rand zerwał się na nogi, chwytając rękojeść miecza Tama tak mocno, że aż go zabolały kłykcie. Zaschło mu w ustach i przełykanie śliny nie pomagało. Mat uniósł się, wsuwając dłoń pod płaszcz.
Mężczyzna podszedł bliżej i w miarę, jak się zbliżał, Rand czuł coraz silniejszy ścisk w gardle. Mężczyzna zatrzymał się nagle i odrzucił kaptur. Kolana omal nie ugięły się pod Randem. To był Thom.
— Cóż, skoro mnie nie poznajecie — bard uśmiechnął się szeroko — to znaczy, że w takim przebraniu uda mi się przejść przez bramy.
Thom przepchnął się między nimi i zaczął przekładać rzeczy ze swojego łaciatego płaszcza do nowego, tak szybko, że Rand ledwie je odróżniał. Widział teraz, że nowy płaszcz jest ciemnobrązowy. Głęboko, urywanie wciągnął powietrze do płuc, ale nadal miał uczucie, że jego gardło zacisnęło się niczym pięść. Brązowy, nie czarny. Mat nadal trzymał rękę pod płaszczem, jakby zamierzał użyć ukrytego sztyletu.
Thom zerknął na nich przelotnie, po czym obdarzył ich ostrzejszym spojrzeniem.
— To nie pora, żeby tak się bać.
Zaczął zręcznie tworzyć tobołek ze swojego starego płaszcza i instrumentów, w taki sposób, że łatki zostały schowane w środku.
— Będziemy stąd wychodzili kolejno, w takiej odległości; żeby nie stracić się z oczu. Dzięki temu nikt nas nie powinien zapamiętać. Czy nie mógłbyś się przygarbić? — dodał w stronę Randa. — Ten twój wzrost jest jak sztandar.
Zarzucił sobie tobołek na plecy, wstał i nasunął kaptur na głowę. Zupełnie nie przypominał siwowłosego barda. Był po prostu zwykłym wędrowcem, człowiekiem zbyt biednym, by móc sobie pozwolić na konia, a tym bardziej na powóz.
— Chodźmy. Już zmarnowaliśmy za dużo czasu.
Rand zgodził się skwapliwie, ale mimo tego, wciąż bał się wyjść z alei na plac. Nikt spośród rzadkich grup ludzi, rozproszonych na placu, nie obdarzył ich niczym więcej niż tylko przelotnym spojrzeniem — większość w ogóle na nich nie patrzyła — on jednak skulił ramiona, czekając na okrzyk ostrzegający przed Sprzymierzeńcem Ciemności, który zmieni tych zwykłych mieszczan w żądny krwi motłoch. Obiegł wzrokiem otwartą przestrzeń, ludzi krzątających się wokół swych codziennych spraw, a kiedy wreszcie dostrzegł Myrddraala, zdążył już pokonać połowę placu.
Nawet nie zdążył się domyślić, skąd przyszedł Pomor, który kroczył teraz w ich stronę śmiertelnie wolno, niczym drapieżnik wpatrzony w swoją ofiarę. Ludzie pospiesznie rozstępowali się przed odzianą w czerń sylwetką, starając się na nią nie patrzeć. Plac wyludniał się w miarę, jak stwierdzali, że mają coś do zrobienia gdzie indziej.
Czarny kaptur przykuł Randa do miejsca, w którym stał. Usiłował przeniknąć tę próżnię, ale przypominało to szukanie po omacku w oparach dymu. Ukryty wzrok Pomora ciął go do kości jak nóż i przemieniał jego szpik w bryłki lodu.
— Nie patrz na jego twarz — wysyczał przez zęby Thom. Jego głos trząsł się, skrzypiał, brzmiał teraz tak, jakby każde słowo musiał z siebie wyduszać. — Niech cię Światłość spali, nie patrz na jego twarz.
Rand oderwał wzrok — omal nie jęknął głośno, bo było to tak, jakby odrywał sobie pijawkę od twarzy — ale mimo tego, że wpatrywał się w kamienie, którymi brukowana była ulica, nadal wiedział, iż Myrddraal idzie w jego stronę, niczym kot, który bawi się z myszą, igrając z jej nędznymi próbami ucieczki, zanim zaciśnie na niej swe szczęki. Pomor pokonał już połowę odległości.
— Będziemy tak tutaj stali? — wymamrotał. — Musimy biec... uciekać.
Nadal jednak nie potrafił zmusić swych stóp do ruchu. Mat wyciągnął wreszcie drżącą dłonią swój sztylet z rubinową rękojeścią. Jego wargi rozchyliły się w grymasie strachu, obnażając zęby.
— Myślisz... — Thom urwał, by przełknąć ślinę i mówił dalej ochrypłym głosem. — Myślisz, że uda ci się przed nim uciec, chłopcze?
Zaczął coś mruczeć do siebie, jednakże jedynym słowem, jakie Rand zdołał wyróżnić, było „Owyn”. Nagle warknął:
— Nie trzeba było mieszać się do waszych spraw, chłopcy. Nie trzeba było.
Zrzucił z pleców swój tobołek zrobiony z płaszcza i wcisnął go w ręce Randa.
— Zaopiekujcie się tym. Kiedy powiem biegnijcie, to biegnijcie i nie zatrzymujcie się dopóty, dopóki nie znajdziecie się w Caemlyn. „Błogosławieństwo Królowej”. To karczma. Zapamiętajcie ją na wypadek... Po prostu zapamiętajcie.
— Nie rozumiem — powiedział Rand.
Myrddraal znajdował się już nie dalej niż w odległości dwudziestu kroków. Miał wrażenie, że zamiast stóp ma ołowiane odważniki.
— Po prostu zapamiętajcie! — warknął Thom. — „Błogosławieństwo Królowej”. Teraz. BIEGNIJCIE!
Popchnął ich obydwu, kładąc im ręce na ramionach. Rand potknął się, gdy ruszając chwiejnym krokiem, zderzył się z Matem.
— BIEGNIJCIE!
Thom również ruszył z miejsca, wydając z siebie przeciągły, bezsłowny okrzyk. Nie biegł za nimi, lecz w stronę Myrddraala. Jego dłonie zatrzepotały, jakby wykonywał najlepszą część swego przedstawienia i w tym momencie błysnęły sztylety: Rand zatrzymał się, ale Mat zaraz pociągnął go za sobą.
Pomor był równie zaskoczony. Leniwe tempo jego kroków uległo zakłóceniu. Jego dłoń sięgnęła po rękojeść czarnego miecza wiszącego u pasa, lecz długie nogi barda szybko pokonały dzielącą ich odległość. Thom zdążył dopaść Myrddraala, zanim czarne ostrze do połowy zdołało opuścić pochwę i obydwaj wpadli na siebie. Ostatni ludzie, którzy jeszcze byli na placu, uciekli.
— BIEGNIJCIE!
Powietrze na placu błysnęło oślepiającym błękitem, a Thom zaczął krzyczeć, lecz nawet w samym środku tego krzyku udało mu się wydobyć jedno słowo.
— BIEGNIJCIE!
Rand usłuchał. Ścigały go okrzyki barda.
Przyciskając tobołek Thoma do piersi, biegł najszybciej jak potrafił. Panika rozprzestrzeniała się z placu po całym mieście, a Rand i Mat uciekali, unoszeni przez falę strachu. Mijani przez chłopców sklepikarze porzucali swoje towary. Okiennice na frontach sklepów zamykały się z trzaskiem, a w oknach domów pojawiały się zatrwożone twarze i natychmiast znikały. Ludzie, którzy nie byli dostatecznie blisko, by zobaczyć, co się stało, biegli przez ulice jak oszalali, na nic nie zważając. Wpadali jeden na drugiego, a ci, których powalono, z trudem podnosili się na nogi, czasami dawali się deptać. W Białym Moście zawrzało jak w rozkopanym mrowisku.
Kiedy razem z Matem biegli ciężko w stronę bram, Rand przypomniał sobie nagle, co Thom powiedział o jego wzroście. Nie zwalniając, skulił się najmocniej jak mógł, tak żeby to nie rzucało się w oczy. Bramy, zbudowane z grubych pali okutych sztabami z czarnego żelaza, były otwarte. Dwóch strażników, w stalowych hełmach i kolczugach nałożonych na tanie czerwone kaftany z białymi kołnierzami, ściskało halabardy i patrzyło niespokojnie w stronę miasta. Jeden z nich spojrzał przelotnie na Mata i Randa, ale nie byli oni jedynymi, którzy biegli w stronę bram. Razem z nimi napływał gęsty strumień spoconych ludzi, zadyszanych mężczyzn ciągnących swe żony, łkających kobiet, niosących niemowlęta i wlokących za sobą dzieci, rzemieślników z pobladłymi twarzami, wciąż ubranych w fartuchy, bezcelowo ściskających narzędzia.