Elyas starał się, najlepiej jak umiał, radzić sobie z ukształtowaniem terenu i w miarę możliwości unikał wspinaczki na grzbiety przysadzistych wzniesień. Rzadka mówił, a kiedy już się odezwał...
— Wiecie jak długo trwa obchodzenie każdego przeklętego pagórka? Krew i popioły! Nie pozbędę się was do lata. Nie, nie możemy iść w linii prostej! Ile razy mam wam to powtarzać? Czy choć w przybliżeniu wiecie, jak wyraźnie widać człowieka na szczycie wzniesienia w takiej okolicy jak ta? Niech sczeznę, ale tu trzeba iść nie tylko do przodu, ale także tam i z powrotem. Musimy wić się jak węże. Co do mnie, to szedłbym szybciej, nawet gdybym miał związane nogi. No co, będziecie tak się na mnie gapić, czy zamierzacie iść?
Perrin i Egwene wymienili spojrzenia. Egwene za plecami pokazała Elyasowi język. Żadne z nich nie powiedziało ani słowa. Kiedy Egwene raz tylko zwróciła uwagę, że to przecież Elyas chciał obchodzić wzgórza, więc nie powinien ich winić, usłyszała wykład o tym, jak się przenoszą dźwięki. Został on wygłoszony takim rykiem, że z pewnością słychać go było z odległości mili. Wykładu tego Elyas udzielił przez ramię i w trakcie nie zwolnił ani na chwilę.
Czy mówił, czy milczał, jego wzrok stale błądził dookoła, czasami tylko wpatrywał się w jeden punkt, jakby można było tam cokolwiek dostrzec, poza tą samą szorstką trawą, która rosła też pod ich stopami. Jeśli coś rzeczywiście tam było, to ani Perrin, ani wilki nic o tym nie wiedzieli. Czoło Elyasa pocięły dodatkowe bruzdy, nie wyjaśnił jednak, dlaczego ich popędza, ani też czyjego lęka się pościgu.
Czasami drogę tarasowało im dłuższe wzniesienie, ciągnące się całymi milami na wschód i zachód. Wówczas to nawet Elyas musiał się zgodzić, że obchodzenie go będzie się wiązało ze zbyt wielkim nadłożeniem drogi. Nie pozwolił jednak przejść go zwyczajnie w poprzek. Pozostawił ich u stóp zbocza, podczołgał się na szczyt i zajrzał ostrożnie na drugą stronę, jakby wilki nie przeprowadziły tam zwiadów dziesięć minut wcześniej. Czekali u stóp wzniesienia, minuty rozciągały się w godziny, niecierpliwili się, bo nieznane poganiało ich do przodu. Egwene zagryzła wargi i nieświadomie postukiwała obracanymi w palcach paciorkami, które podarował jej Aram. Perrin wiernie czekał. Zbierało mu się na mdłości, twarz jednak miał spokojną, nie zdradzającą wrzącego w nim niepokoju.
„Wilki ostrzegą przed niebezpieczeństwem. Byłoby cudownie, gdyby odeszły, gdyby po prostu zniknęły, teraz jednak... właśnie teraz, wysyłają ostrzeżenie. Czego on szuka? Czego?”
Elyas zawsze długo badał wzrokiem teren, wystawiając tylko oczy ponad wzniesienie, a potem gestem ręki nakazywał im iść do przodu. Droga wolna, przynajmniej do następnego razu, kiedy dojdą do kolejnego wzniesienia, którego nie będą mogli obejść. Za trzecim razem Perrinowi żołądek podszedł do gardła. Poczuł kwaśny smak w ustach i zrozumiał, że jeśli będzie musiał czekać jeszcze pięć minut, to zwymiotuje.
— Ja... — Przełknął ślinę. — Już idę.
— Pochyl się — tylko tyle powiedział Elyas.
Kiedy to mówił, Egwene zeskoczyła z Beli.
Ubrany w futra mężczyzna zsunął swój kolisty kapelusz na czoło i popatrzył na dziewczynę spod ronda.
— Spodziewasz się, że klacz będzie się czołgać? spytał kwaśnym tonem.
Poruszyła ustami, ale nie dobyła z nich żadnego dźwięku. W końcu wzruszyła ramionami. Elyas odwrócił się i nie mówiąc już ani słowa, zaczął się wspinać na łagodne zbocze. Perrin pośpieszył za nim.
Tuż przed samym szczytem Elyas powoli zdjął kapelusz, a potem równie wolno uniósł głowę. Ponad kępą kolczastych krzewów Perrin widział jedynie taki sam pofałdowany teren, jaki zostawili za sobą. Zbocze po drugiej stronie było nagie, dopiero w kotlinie, oddalonej o jakieś pół mili od wzniesienia, rosła kępa drzew o szerokości mniej więcej stu kroków. Wilki już ją pokonały, nie wyczuwając ani śladu trolloków, ani Myrddraali.
Na wschodzie i zachodzie teren był wszędzie taki sam, jak daleko Perrin sięgał wzrokiem, dostrzegał pagórkowate łąki i ubogie poszycie. Nigdzie żadnego ruchu. Wilki znajdowały się co najmniej milę dalej, poza zasięgiem wzroku, ledwie je wyczuwał z tej odległości. Kiedy pokonywały ten teren, nie zauważyły niczego.
„Czego on szuka? Nic tutaj nie ma.”
— Marnujemy czas — powiedział.
Już miał się zatrzymać, gdy spomiędzy rosnących niżej drzew wzbiło się do lotu stado kruków. Pięćdziesiąt, może sto czarnych ptaków, uniosło się spiralnym lotem ku niebu. Zastygł w bezruchu, kiedy zaczęły krążyć wokół drzew.
„Oczy Czarnego. Czy one mnie zauważyły?”
Po jego twarzy spłynął pot.
Zdawało się, że nagle w setce miniaturowych kruczych umysłów błysnęła jedna myśl, bo oto wszystkie kruki zerwały się do gwałtownego lotu w tym samym kierunku. Na południe. Zniżając lot, stado zniknęło za następnym wzniesieniem. Gęstwa drzew rosnących na wschodzie wypluła z siebie jeszcze więcej kruków. Czarna ciżba wykonała podwójne okrążenie i skierowała się na południe.
Perrin drżąc cały, opuszczał się powoli na ziemię. Usiłował coś powiedzieć, ale zaschło mu w gardle. Dopiero po jakiejś minucie ślina napłynęła do ust.
— Czy tego tak się bałeś? Dlaczego nic nie powiedziałeś? Dlaczego wilki ich nie widziały?
— Wilki raczej nie patrzą na drzewa — warknął Elyas. — A poza tym nie tego szukałem. Powiedziałem wam, nie wiedziałem, co...
Daleko na zachodzie, z jeszcze jednego zagajnika uniosła się czarna chmura i poszybowała na południe. Byli za daleko, by odróżnić poszczególne ptaki.
— To nie jest wielkie polowanie, dzięki Światłości. One nic nie wiedzą. Mimo tego...
Odwrócił się i spojrzał na drogę, którą przebyli.
Perrin przełknął ślinę. Mimo tego snu, chciał Elyas powiedzieć.
— Nie jest wielkie? — spytał Perrin. — U nas nie zobaczysz tylu kruków przez cały rok.
Elyas pokręcił głową.
— Na Ziemiach Granicznych widywałem, jak grasują w stadach liczących po tysiąc sztuk. Niezbyt często, tutaj bowiem krukom wiedzie się lepiej, niemniej takie bywały. Nadal patrzył na północ.
— Uciszcie się teraz.
Perrin poczuł to wtedy — mozolne nawiązywanie kontaktu z oddalonymi wilkami. Elyas chciał, by Łatka i jej towarzysze zaprzestały rekonesansu z przodu, tylko jak najszybciej zawróciły i sprawdziły przebytą już drogę. Jego zazwyczaj ponura twarz zwęziła się i wychudła od napięcia. Wilki były tak daleko, że Perrin nawet ich nie czuł.
„Pośpieszcie się. Obserwujcie niebo. Pośpieszcie się.” Perrin złapał ledwie słyszalną, daleką odpowiedź z południa:
„Przybywamy.”
W myślach błysnął obraz — biegnące wilki, pyski owiane wiatrem, biegnące, jakby poganiały je błyskawice, biegnące — obraz rozbłysnął i zaraz zniknął.
Elyas skulił się i zrobił głęboki wdech. Zmarszczył czoło, wyjrzał na drugą stronę wzniesienia, potem obejrzał się w stronę północy i mruknął coś bezgłośnie.
— Sądzisz, że lecą za nami jeszcze jakieś inne kruki? — spytał Perrin.
— Może — niejasno odparł Elyas. — Czasami tak się zachowują. Znam takie jedno miejsce, tylko musimy tam dojść przed zmrokiem. Zresztą i tak nie wolno się nam zatrzymywać, dopóki się zupełnie nie ściemni. Nawet jeśli tam nie dotrzemy, nie możemy jednak iść tak szybko, jakbym chciał. Nie możemy się zanadto zbliżyć do tych kruków, które lecą przed nami. A jeśli dodatkowo tamte będą nas gonić...