Выбрать главу

Przypomniał sobie coś, co powiedział mu Lan. Wszystkie stworzenia należące do Czarnego uwielbiają zabijać. Moc Czarnego jest oparta na śmierci. A gdyby kruki ich znalazły? Bezlitosne oczy, połyskujące jak paciorki. Pracowite dzioby wirujące wokół nich. Dzioby ostre jak igła, kaleczące do krwi. Cała setka.

„A może mogą wezwać więcej stworzeń swojego gatunku? Może wszystkie wezmą udział w polowaniu?”

W jego myślach zrodziła się przyprawiająca o mdłości wizja. Wielki jak góra stos kruków, wijących się jak robactwo i walczących z sobą o kilka krwawych strzępów.

Nagle tę wizję wymiotły inne obrazy, każdy wyraźny przez ułamek sekundy, wirował potem i przenikając przemieniał się w następny. Wilki znalazły kruki na północy. Skrzeczące ptaki frunęły w dół, zataczały krąg, znowu frunęły w dół, ich dzioby za każdym razem upuszczały krew. Warczące wilki to uskakiwały. to atakowały skręcając się w powietrzu i kłapiąc szczękami. Perrin co jakiś czas czuł w ustach ohydny smak piór i mięsa wyrywających się gwałtownie kruków, które miażdżono zębami, całym ciałem czuł ból głębokich ran, z których wytryskiwały potoki krwi, czuł rozpacz, że cały jego wysiłek nie wystarczy, mimo że ani myślał się poddać. Nagle kruki rozpierzchły się i zatoczyły krąg w górze, po raz ostatni wrzeszcząc z furią na wilki, które nie umierały tak łatwo jak lisy, a poza tym miały swoją misję. Rozległ się łopot czarnych skrzydeł i już ich nie było, tylko kilka czarnych piór opadło na martwe ciała ich towarzyszy. Wiatr wylizywał ranę na swej lewej, przedniej łapie. Coś złego stało się z okiem Skoczka. Nie zważając na rany, Łatka przywołała ich do siebie i razem wyruszyli bolesnymi susami w kierunku, w którym zniknęły kruki. Ich zmierzwioną sierść pozlepiała krew.

„Nadchodzimy. Niebezpieczeństwo idzie przed nami.”

Potykający się w powolnym biegu Perrin wymienił spojrzenia z Elyasem. Żółte oczy mężczyzny były pozbawione wyrazu. Nic nie mówił, tylko obserwował Perrina i czekał, cały czas, bez najmniejszego wysiłku, sadząc długimi susami.

„Czeka na mnie. Czeka, aż przyznam, że wyczuwam wilki.”

— Kruki — wydyszał z niechęcią Perrin. — Za nami.

— On miał rację — wysapała Egwene. — Potrafisz się z nimi porozumiewać.

Perrin miał wrażenie, że jego stopy zamieniły się w grudy żelaza przymocowane do drewnianych słupów, mimo to usiłował je zmusić do szybszego biegu. Gdyby tylko potrafił uprzedzić ich oczy, wyprzedzić kruki, wyprzedzić wilki, przede wszystkim oczy Egwene, które teraz wiedziały, kim jest.

„Kim ty jesteś? Skażony, niech mnie Światłość oślepi! Przeklęty!”

Nigdy go tak nie piekło w gardle, nawet gdy wdychał dym i żar w kuźni pana Luhhana. Zachwiał się, przywarł do strzemienia Egwene i wisiał na nim dopóty, dopóki dziewczyna nie zsiadła i nie wepchnęła go na siodło, mimo jego zapewnień, że jest w stanie iść dalej. Jednak niedługo potem sama przytrzymywała się strzemienia podczas biegu, drugą ręką podkasując spódnicę. Chwilę później zsiadł, czując, jak uginają się pod nim kolana. Musiał ją podnieść, by mogła zająć jego miejsce, lecz była zbyt zmęczona, żeby się opierać.

Elyas nie chciał zwolnić. Popędzał ich urąganiami. Od kruków lecących na południe dzieliła ich tak niewielka odległość, że zdaniem Perrina wystarczyłoby, żeby obejrzał się choćby jeden ptak, by...

— Nie zatrzymujcie się, a niech was licho! Myślicie, że jak nas dopadną, dacie sobie radę lepiej niż tamten lis? Ten z wnętrznościami na głowie?

Egwene wychyliła się z siodła i hałaśliwie zwymiotowała.

— Wiedziałem, że sobie przypomnisz. Po prostu jeszcze przejdźcie kawałek. To wszystko. Jeszcze tylko trochę. A niech was, myślałem, że tacy młodzi wieśniacy są bardziej wytrzymali. Podobno pracujecie cały dzień i tańczycie całą noc. Moim zdaniem wy śpicie cały dzień i śpicie całą noc. Przebierajcie tymi waszymi przeklętymi nogami!

Początkowo schodzili ze zboczy, gdy tylko ostatni kruk zniknął za wzniesieniem, teraz zbiegali jeszcze, gdy ostatni maruderzy łopotali nad pagórkiem. „Jeśli choć jeden ptak się obejrzy.” Kruki przeszukiwały wschód i zachód, a oni przebiegali przez dzielące je otwartą przestrzeń. „Wystarczy jeden ptak.”

Szybko nadlatywały kruki mknące w ślad za nimi. Łatka i pozostałe wilki okrążały je i biegły przed siebie, nie zatrzymując się, by wylizać rany, ale dostały już wszelkie możliwe nauczki związane z obserwowaniem nieba.

„Jak blisko? Jak daleko?”

Wilki nie postrzegały czasu w taki sam sposób jak ludzie, nie miały powodów, by dzielić dzień na godziny. Do oznaczania czasu wystarczały im pory roku, przemienianie się światła i mroku. Nie trzeba było więcej. Perrinowi udało się wreszcie uzyskać obraz miejsca, w którym słońce będzie stało na niebie, kiedy dogonią ich kruki lecące z tyłu. Obejrzał się przez ramię na zachodzące słońce i oblizał wargi wyschłym językiem. Za godzinę, może wcześniej, kruki ich dopadną. Za godzinę, a do zmierzchu brakowało jeszcze dobrych dwóch godzin, przynajmniej do zapadnięcia całkowitego mroku.

„Umrzemy o zachodzie słońca”, pomyślał, zataczając się w biegu.

Zamordowani jak lis. Przejechał palcem po ostrzu swojego topora, potem dotknął procy. Bardziej się przyda. Ale nie wystarczy. Nie przeciwko stu krukom, stu przemieszczającym się błyskawicznie celom, stu ostrym dziobom.

— Twoja kolej na jazdę, Perrin — powiedziała Egwene zmęczonym głosem.

— Za chwilę — wydyszał. — Mogę przebiec jeszcze kilka mil.

Skinęła głową i została w siodle.

„Jest zmęczona. Powiedzieć jej? Czy lepiej, żeby myślała, że mamy szansę uciec? Godzina nadziei, nawet jeśli zrodzonej z rozpaczy, czy godzina rozpaczy?”

Elyas znowu mu się przypatrywał, nic nie mówiąc. On na pewno wie, ale nic nie mówi. Perrin znowu spojrzał na Egwene i zamrugał, by odpędzić piekące łzy. Dotknął topora i zastanowił się, czy będzie go stać na odwagę. Podczas tych ostatnich chwil, kiedy sfruną na nich kruki, kiedy zgaśnie ostatnia nadzieja, czy będzie miał odwagę oszczędzić jej śmierci, jaką zginął lis?

„Światłości, daj mi siłę”

Nagle wydało mu się, że lecące przed nimi kruki zaczynają gdzieś znikać. Perrin nadal widział ciemne, mgliste chmury, daleko na wschodzie i zachodzie, ale przed nimi... nic.

„Dokąd one poleciały? Światłości, jeśli je dogonimy...”

Wtem przeszył go dreszcz, poczuł chłodne, czyste mrowienie, jakby wskoczył do rzeki Winnej Jagody w samym środku zimy. Dreszcz przetoczył się przez niego jak fala i jakby odebrał część zmęczenia, bólu nóg i pieczenia w płucach. Pozostawił po sobie... coś. Nie potrafił powiedzieć, co to jest, ale czuł się inaczej. Stanął, potykając się i przerażony rozejrzał dookoła.

Elyas patrzył na niego, patrzył na nich oboje, z błyskiem w oczach. Wiedział, co to takiego, Perrin był tego pewien, jednak tylko obserwował ich, nic nie mówiąc.

Egwene ściągnęła wodze i rozejrzała się dokoła niepewnie, na poły z ciekawością, na poły ze strachem.

— To dziwne — wyszeptała. — Tak się czuję, jakbym coś zgubiła.

Nawet klacz podniosła wyczekująco łeb, rozdymając nozdrza, jakby wyczuwała woń świeżo skoszonego siana.

— Co... co to było? — spytał Perrin.

Elyas zarechotał znienacka. Śmiech wstrząsał jego ramionami. Zgiął się wpół, by wesprzeć dłonie na kolanach.