Выбрать главу

— Bezpieczeństwo, ot co. Udało się, wy cholerni głupcy. Żaden kruk nie przeleci przez tę linię.... nie taki, przez którego patrzy Czarny. Trolloka trzeba by tu przygnać siłą, a już wyjątkowej zawziętości wymagałoby zmuszenie jakiegoś Myrddraala, żeby to zrobił. Żadnych Aes Sedai. Jedyna Moc tu nie działa, nie dotkną stąd Prawdziwego Źródła. Nawet go nie wyczują, gdyby przestało istnieć. Tylko by je świerzbiło coś od środka. Trzęsło by nimi, jak po siedmiu dniach pijaństwa. To bezpieczeństwo!

Z początku Perrinowi trudno było stwierdzić, czym różni się ta okolica od łagodnych wzgórz i wzniesień, które pokonywali przez cały dzień. Po chwili zauważył jednak zielone pędy wśród traw. Nie było ich wiele i przebijały powierzchnię ziemi z wielkimi trudnościami, niemniej były gęstsze niż gdziekolwiek indziej. W trawie rosło też mniej chwastów. Nie mógł pojąć, co to takiego, niemniej jednak coś... coś się działo w tym miejscu. I coś z tego, co powiedział Elyas, poruszyło strunę w pamięci.

— Co to jest? — spytała Egwene. — Czuję... Co to za miejsce? Chyba mi się nie podoba.

— To stedding — zawołał głośno Elyas. — Nie słyszeliście żadnych opowieści`? Jasne, że Ogirów nie było tu od ponad trzech tysięcy lat, od czasu Pęknięcia Świata, ale to stedding tworzy Ogirów, a nie odwrotnie.

— Zwykła legenda — wybąkał Perrin.

W opowieściach stedding było zawsze przystanią, miejscem, w którym można się ukryć, zarówno przed Aes Sedai, jak i przed stworzeniami należącymi do Ojca Kłamstw.

Elyas wyprostował się. Może nie wyglądał specjalnie świeżo, ale zupełnie nie było po nim widać, że przez cały dzień biegł.

— No dalej. Lepiej wejdźmy głębiej w tę legendę. Kruki nie polecą za nami, ale tak blisko skraju nadal nas widzą i jest ich wystarczająco dużo, by mogły strzec całej granicy. Niech sobie tam polują.

Perrin wolał zostać tam, gdzie się zatrzymał, nogi mu drżały i najchętniej położyłby się na tydzień do łóżka. Nawrót sił był tylko chwilowy, całe zmęczenie i ból wróciły. Zmusił się do zrobienia jednego kroku, potem drugiego. Nie przyszły łatwo, ale jakoś się udało. Egwene potrząsnęła wodzami, by zmusić Belę do ruchu. Elyas bez żadnego wysiłku zaczął sadzić długie susy, zwalniając dopiero wtedy, gdy wyraźnie widać było, że nie dotrzymają mu kroku. Zwolnił... do szybkiego marszu.

— Dlaczego nie możemy tu zostać? — wysapał Perrin.

Wyduszał z siebie słowa między głębokimi, urywanymi oddechami.

— Jeśli to naprawdę... stedding. Tu bylibyśmy bezpieczni. Żadnych trolloków. Żadnych Aes Sedai. Dlaczego nie zostać tutaj, dopóki to wszystko się nie skończy`?

„Może wilki też tu nie przyjdą.”

— Jak długo by to potrwało`? — Elyas obejrzał się przez ramię i uniósł brew. — Co byście jedli? Trawę jak konie? A poza tym inni też wiedzą o tym miejscu i żadna siła ich nie zatrzyma, nawet tych najgorszych. Zresztą jest tu tylko jedno źródło.

Z niepokojem obejrzał się dookoła i zbadał wzrokiem okolicę. Potrząsnął głową i mruknął coś do siebie. Perrin poczuł, że wzywa wilki.

„Pośpieszcie się, pośpieszcie.”

— Ryzykujemy, zmuszeni do wyboru mniejszego zła, a przed krukami nie da się uciec. Chodźcie. Jeszcze tylko mila, może dwie.

Perrin jęknąłby, ale wolał oszczędzać oddech.

Na niskich wzgórzach zaczęły się pojawiać szare plamy, zarysy ogromnych głazów, nieregularne bryły z szarego, pokrytego porostami kamienia, zagrzebane do połowy w ziemi, niektóre wielkości domu. Oplecione bluszczem kryły się najczęściej za niskimi krzewami. Tu i ówdzie, wśród wyschłego brązu bluszczu i krzewów, samotny, zielony pęd obwieszczał, że jest to szczególne miejsce. Cokolwiek okaleczyło ziemie leżące poza jego granicami, dosięgło także i jego, lecz tu rana nie była aż tak głęboka.

W końcu z najwyższym trudem pokonali jeszcze jedno wzniesienie, a u jego podnóża znaleźli staw. W bród można go było przemierzyć dwoma krokami, za to woda w nim była tak przezroczysta, że piaszczyste dno przypominało taflę szkła. Nawet Elyas zbiegł ochoczo w dół zbocza.

Perrin runął całym ciałem na ziemię, gdy tylko dotarł do stawu, i zanurzył w nim głowę. Chwilę później pluł chłodną wodą, która wytryskiwała z samych głębin ziemi. Potrząsnął głową, z jego długich włosów spadł deszcz kropli. Egwene roześmiała się i też zaczęła na niego pryskać. Wzrok Perrina spochmurniał. Skrzywiła się i już otworzyła usta, lecz wtedy na powrót schował twarz pod wodą.

„Żadnych pytań. Nie teraz. Żadnych wyjaśnień. Nigdy żadnych.”

Nękał go jednak jakiś wewnętrzny głos.

„Zrobiłbyś to, prawda?”

W końcu Elyas kazał im odejść od stawu.

— Wszyscy musimy coś zjeść. Potrzebuję pomocy. Egwene krzątała się z radością, śmiejąc się i żartując podczas przygotowywania skromnego posiłku. Nie zostało im już nic prócz sera i suszonego mięsa, nie było na co polować. Na szczęście mieli jeszcze herbatę. Perrin brał we wszystkim udział, ale w milczeniu. Czuł na sobie wzrok Egwene, widział rosnący niepokój na jej twarzy, ale gdy tylko mógł, unikał jej wzroku. Jej uśmiech bladł, a żarty stawały się coraz rzadsze, coraz bardziej wymuszone. Elyas się przypatrywał, ale nic nie mówił. Owładnął nimi ponury’ nastrój i zaczęli swój posiłek w milczeniu. Słońce czerwieniało na zachodzie, cienie stawały się długie i wąskie.

„Niecała godzina do zmierzchu. Gdyby nie stedding, to wszyscy bylibyśmy już martwi. Czy uratowałbyś ją? Czy ściąłbyś ją tak jak krzaki? Krzaki nie krwawią, prawda? Nie krzyczą i nie patrzą w oczy, nie pytają: dlaczego?”

Perrin coraz bardziej zamykał się w sobie. Czuł, że coś się z niego śmieje, w najgłębszych zakamarkach jego umysłu. Coś okrutnego. Nie Czarny. Nieomal żałował, że to nie on. Nie Czarny, on sam.

Elyas po raz pierwszy złamał swoje zasady dotyczące rozpalania ogniska. Drzewa tu wprawdzie nie rosły, jednakże obłamał uschłe gałązki z krzaka i zbudował ognisko przy° wielkim głazie wystającym ze zbocza. Sądząc po warstwach sadzy na powierzchni kamienia, Perrin uznał, że miejsce to musiały wykorzystywać całe pokolenia wędrowców.

Wystająca ponad powierzchnią ziemi skała była nieco zaokrąglona, w jednym z jej boków, którego nierówną powierzchnię skrywał stary i zbrązowiały mech, widać było głębokie pęknięcie. Rowki i zagłębienia wytrawione w zaokrąglonej części wydawały się Perrinowi dziwne, jednak za bardzo był przygnębiony, by się nad tym zastanawiać. Egwene natomiast przyglądała im się w trakcie jedzenia.

— To — stwierdziła w końcu — wygląda jak oko.

Perrin zamrugał ze zdziwienia, to rzeczywiście wyglądało jak oko, pomimo warstw sadzy.

— Bo to jest oko — powiedział Elyas.

Siedział tyłem do ognia i skały, badając wzrokiem okolicę i żuł pasek suszonego mięsa, twardego jak skóra.

— Oko Artura Hawkwinga. Oko samego Wysokiego Króla. Taki oto był kres jego władzy i chwały.

Powiedział to roztargnionym głosem. Żuł nawet z roztargnieniem, całą jego uwagę pochłaniały wzgórza.

— Artur Hawkwing! — wykrzyknęła Egwene. — Chyba sobie ze mnie żartujesz. To wcale nie jest oko. Czemu ktoś miałby rzeźbić oko Artura Hawkwinga w tej skale?

Elyas spojrzał na nią przez ramię i mruknął:

— Czego was uczą na tej wsi, dzieciaki? — Prychnął lekceważąco i znowu się wyprostował, żeby mieć lepszy widok, a po chwili dodał: — Artur Paendrag Tanreall, Artur Hawkwing, Wysoki Król, zjednoczył wszystkie ziemie od Wielkiego Ugoru po Morze Burz, od Oceanu Aryth po Pustkowie Aiel, a także kilka krain leżących za Pustkowiem. Wysłał nawet armie na drugą stronę oceanu Aryth. Powiadają, że władał całym światem, ale to, czym naprawdę władał już i tak wystarczało dla każdego człowieka, nie występującego w opowieściach. Sprowadził też pokój i sprawiedliwość do swego kraju.