„Światłości, pomyślał ze zdziwieniem, ona próbuje mnie pocieszyć.”
Krzyki nie ustawały. W oddali poruszały się maleńkie plamki pochodni, migotliwe świetlne punkciki w ciemności.
— Perrin — powiedziała cicho Egwene -- czy zatańczysz ze mną w niedzielę? Jeśli wrócimy do domu do tego czasu?
Zadrżały mu ramiona. Nic nie mówił i sam nie wiedział, czy się śmieje, czy płacze.
— Zatańczę. Obiecuję.
Jego dłonie wbrew woli, zacisnęły się na trzonku topora, przypominając mu o tym, że nadal go trzyma. Jego głos przeszedł w szept.
— Obiecuję — powtórzył i naprawdę w to wierzył.
Po wzgórzach jechały teraz grupy mężczyzn z pochodniami, liczące od dziesięciu do dwunastu osób. Perrin nie potrafił stwierdzić, ile jest tych grup. Czasami było widać ich jednocześnie trzy albo cztery, szukali we wszystkich kierunkach. Cały czas coś do siebie wołali, nocny mrok przeszywały krzyki, rżały konie.
Oglądał to wszystko z wielu punktów widzenia. Przycupnął na zboczu obok Egwene, obserwując pochodnie poruszające się w mroku niczym świetliki, a w myślach biegł przez noc razem z Łatką, Wiatrem i Skoczkiem. Wilki zostały zbyt mocno poranione przez kruki, by mogły teraz biec szybko i daleko, postanowiły więc przegnać tych ludzi z mroku, zepchnąć na powrót w obszar ognisk. Ludzie zawsze szukają bezpieczeństwa przy ognisku, gdy po nocy włóczą się wilki. Niektórzy poszukujący prowadzili konie bez jeźdźców, te rżały i wierzgały, przewracając wytrzeszczonymi oczyma, gdy pod ich nogami przemykały się szare kształty, rżały przeraźliwie i wyrywały wodze z rąk ludzi, a potem, najszybciej jak się dało, uciekały we wszystkich możliwych kierunkach. Te konie, które niosły na swoich grzbietach jeźdźców, również głośno rżały, gdy z ciemności wyskakiwały znienacka szare cienie z boleśnie kaleczącymi kłami, a czasami krzyk wyrywał się także z gardeł ich jeźdźców, w następnej chwili gryzionych przez silne szczęki. Był tam również Elyas, nie wyczuwalny wyraźnie, który przekradał się przez mrok z długim nożem, niczym dwunogi wilk z jednym ostrym, stalowym zębem. Słychać było częste przekleństwa, jednakże poszukujący za nic nie chcieli zrezygnować.
Nagle Perrin pojął, że ludzie z pochodniami postępują według jakiegoś planu. Za każdym razem, gdy w zasięgu jego wzroku pojawiało się kilka grup, przynajmniej jedna z nich podjeżdżała bliżej zbocza, na którym ukrył się razem z Egwene. Elyas kazał im się ukryć, ale...
„A może tak pobiec? Może mrok by nas skrył, gdybyśmy cały czas biegli. Może. Do tego musi być dostatecznie ciemno.”
Obrócił się w stronę Egwene, lecz w tym momencie podjęto za niego decyzję. U podstawy wzgórza pojawiła się grupa kilkunastu pochodni, migoczących w rytm końskie-go biegu. W ich świetle połyskiwały groty kopii. Zastygł w miejscu, wstrzymując oddech, dłonie objęły stylisko topora.
Jeźdźcy przejechali obok wzgórza, lecz jeden z mężczyzn krzyknął i wtedy pochodnie zakołysały się w przeciwnym kierunku. Zaczął się gorączkowo zastanawiać, którędy powinni uciekać. Gdyby jednak ruszyli z miejsca, zaraz by ich zauważono, o ile już to się nie stało, a kiedy już zostaną zauważeni, nie będą mieli żadnej szansy, nawet ciemność im nie pomoże.
Jeźdźcy zebrali się u stóp wzgórza, każdy trzymał w jednej ręce pochodnię, a w drugiej długą kopię, kierowali konie naciskiem kolan. W świetle pochodni Perrin dostrzegł białe płaszcze Synów Światłości. Trzymali głownie w górze, pochylali się do przodu w swych siodłach i wytężali wzrok, próbując przebić głębokie cienie palców Artura Hawkwinga.
— Tam coś jest — powiedział jeden z nich.
Mówił nieco za głośno, jakby się bał, że poza kręgiem światła jego pochodni coś się czai.
— Mówiłem wam, że ktoś mógł się tam ukryć. Czy to nie jest koń?
Egwene położyła rękę na ramieniu Perrina, jej oczy w ciemnościach były ogromne. Milczące pytanie było oczywiste, pomimo cienia skrywającego jej rysy. Co robić? Elyas i wilki nadal buszowali w mroku. Stojące niżej konie nerwowo przestępowały z nogi na nogę.
„Jeśli teraz pobiegniemy, będą nas ścigać.”
Jeden z Białych Płaszczy nakazał swemu wierzchowcowi iść do przodu i krzyknął w górę zbocza.
— Jeśli rozumiecie ludzką mowę, to zejdźcie na dół i poddajcie się. Nie stanie wam się żadna krzywda, jeśli podążacie drogą Światłości. Jeśli się nie poddacie, wszyscy zginiecie. Macie minutę.
Kopie zostały opuszczone, długie stalowe głowy zalśniły w świetle pochodni.
— Perrin — szepnęła Egwene — nie wygramy z nimi. Jeśli się nie poddamy, to nas zabiją. Perrin?
Elyas i wilki byli nadal wolni. Kolejny odległy, bulgotliwy wrzask świadczył o tym, że znowu jakiś Biały Płaszcz zanadto zbliżył się do Łatki.
„Jeśli pobiegniemy...”
Egwene patrzyła na niego, czekała aż jej powie, co ma robić.
„Jeśli pobiegniemy...”
Znużonym ruchem potrząsnął głową, jak pogrążony w transie wyprostował się i ruszył w dół zbocza chwiejnym krokiem, prosto w stronę Synów Światłości. Usłyszał, że Egwene wzdycha i idzie za nim, niechętnie powłócząc nogami.
„Czemu Białe Płaszcze są tacy uparci, jakby nienawidzili wilków z całego serca? Czemu wydzielają taki przykry zapach?
Wydawało mu się, że sam nieomal czuje to zło, niesione podmuchem wiatru od jeźdźców.
— Rzuć ten topór na ziemię — warknął przywódca.
Perrin zatoczył się w jego stronę, marszcząc nos, by się pozbyć zapachu, który zdawało mu się, że czuje.
— Rzuć go, ty głąbie!
Grot kopii mierzył w pierś Perrina.
Przez chwilę wpatrywał się w grot kopii, tak ostry, że przeszyłby go na wylot i nagle krzyknął:
— Nie!
Jednakże okrzyk ten nie był przeznaczony dla jeźdźca.
Z mroku wyłonił się Skoczek, ich umysły się zjednoczyły. Skoczek, szczeniak, który przyglądał się szybującym orłom, i tak bardzo pragnął latać po niebie jak orły. Szczeniak, który podrywał się w górę, dawał długie susy i skakał tak często, że w końcu potrafił skakać wyżej niż jakikolwiek inny wilk. Który nigdy nie stracił swego szczenięcego pragnienia szybowania po niebie. Skoczek wyłonił się z mroku i opuścił ziemię jednym skokiem, szybując jak orły. Białym Płaszczom została tylko chwila, nim zaczęli kląć, gdy szczęki Skoczka zatrzasnęły się na gardle człowieka z lancą wymierzoną w Perrina. Siła rozpędu wielkiego wilka przerzuciła ich obu przez bok konia. Perrin poczuł miażdżenie gardła, poznał smak krwi.
Skoczek wylądował z gracją, oderwawszy się już od człowieka, którego zabił. Sierść miał zlepioną krwią, własną i cudzą. Strumień, cieknący mu przez cały pysk, przecinał pusty oczodół, w którym kiedyś tkwiło lewe oko. Zdrowe oko na moment napotkało dwoje oczu Perrina.
„Biegnij, bracie!”
Obrócił się błyskawicznie, by znowu skoczyć, by po raz ostatni poszybować i wtedy kopia przygwoździła go do ziemi. Drugie stalowe ostrze przeszyło jego żebra i wbiło się w ziemię. Wierzgał nogami i. chwytał zębami groty, które go unieruchomiły.
„Szybować.”
Perrina wypełnił ból i wtedy krzyknął, bezsłownym krzykiem, który przypominał trochę wilcze wycie. Nie myśląc, skoczył do przodu, nadal krzycząc. Wszystkie myśli gdzieś zniknęły. Jeźdźcy zbili się w zbyt ciasną gromadę, by móc użyć kopii, a on trzymał topór, ten pojedynczy, ogromny wilczy kieł ze stali, jakby to było piórko. Coś trzasnęło w jego głowie i kiedy padał, nie wiedział, czy Skoczek umarł, czy on.
„ ...szybować jak orły.”