— Tutaj — zawołał cicho Mat.
Wydawało się, że przeszedł żywopłot.
Rand pośpiesznie podszedł do tego miejsca. Ktoś wyciął tam kiedyś otwór. Był już częściowo zarośnięty i z odległości trzech stóp miejsce to wydawało się równie gęste jak reszta, lecz z bliska okazywało się, że warstwa gałęzi jest cienka. Kiedy je odgarnął, usłyszał odgłos nadjeżdżających koni. To nie był wiatr.
Przycupnął za ledwie zasłoniętym otworem, ściskając rękojeść miecza, a tymczasem obok przejechali jeźdźcy. Pięciu... sześciu... siedmiu. Mężczyźni w prostych ubraniach, lecz ich miecze i włócznie wskazywały, że nie są wieśniakami. Niektórzy mieli na sobie skórzane tuniki nabijane metalowymi ćwiekami, a dwóch okrągłe stalowe hełmy. Strażnicy kupców, być może, chwilowo nie najęci. Być może.
Jeden z nich przypadkiem skierował wzrok w stronę żywopłotu, kiedy przejeżdżał obok otworu. Rand wyciągnął cal ostrza swego miecza. Mat warknął cicho jak zagoniony borsuk, mrużąc oczy nad brzegiem szala. Dłoń miał schowaną pod kaftanem, zawsze chwytał sztylet z Shadar Logoth, gdy groziło im jakieś niebezpieczeństwo. Rand nie miał już pewności, czy on w ten sposób chroni siebie czy ten sztylet o rubinowej rękojeści. Ostatnimi czasy Mat zdawał się czasami zapominać, że jest posiadaczem łuku.
Jeźdźcy minęli ich wolnym kłusem, jechali z jakimś zadaniem, lecz bez wielkiego pośpiechu. Pył przesiąkł przez żywopłot.
Rand odczekał, aż tętent kopyt ucichnie, zanim ostrożnie wystawił głowę przez otwór. Smuga pyłu była już daleko, podążała w ślad za jeźdźcami. Na wschodzie niebo pojaśniało. Wydostał się na drogę, obserwując pełznącą na zachód kolumnę kurzu.
— Nie szukali nas — powiedział, było to coś pomiędzy stwierdzeniem a pytaniem.
Mat wygramolił się w ślad za nim, rozejrzał się uważnie w obydwu kierunkach.
— Może — dorzucił. — Może.
Rand nie miał pojęcia, czego dotyczy ta wypowiedź, ale skinął głową. Może. Początek ich wędrówki po Drodze Caemlyn był dziwny.
Przez dłuższy czas po opuszczeniu Białego Mostu Rand czasami przyłapywał się na tym, że ogląda się za siebie. Czasami wstrzymywał oddech na widok wysokiego, chudego mężczyzny, śpieszącego drogą, albo jakiegoś wymizerowanego, siwowłosego starca obok woźnicy na koźle, lecz zawsze okazywało się, że jest to wędrowny kupiec albo farmer udający się na targ, a nigdy Thom Merrilin. Nadzieja gasła w miarę upływu dni.
Na drodze panował spory ruch, wozy i fury, ludzie na koniach i piechurzy. Podróżowali pojedynczo i w grupach, karawany kupieckich wozów i kilkunastu jeźdźców. Nie torowali drogi i często w zasięgu wzroku nie było nic prócz nagich drzew wyznaczających ubity trakt, lecz z całą pewnością podróżowało tędy więcej ludzi, niż Rand kiedykolwiek widział w Dwu Rzekach.
Większość udawała się w tym samym kierunku co oni, na wschód, do Caemlyn. Czasami jakiś farmerski wóz podwoził ich przez kawałek, od mili do pięciu, lecz najczęściej szli. Ludzi na koniach unikali. Gdy spostrzegli w oddali choć jednego jeźdźca, schodzili z drogi i ukrywali się dopóty, dopóki ich nie minął. Żaden z tych ludzi nie miał na sobie czarnego płaszcza, a Rand nie sądził, że Pomor pozwoli im się zorientować, że nadjeżdża, jednak nie warto było ryzykować. Na początku bali się głównie Półludzi.
Pierwsza wioska, jaką napotkali po Białym Moście, tak bardzo przypominała Pole Emonda, że Rand zwolnił kroku na jej widok. Strzechy o wysokich wierzchołkach, gospodynie w fartuchach, plotkujące ponad płotami dzielącymi ich domostwa i dzieci bawiące się na wioskowej łące. Włosy kobiet opadały nie zaplecione, luźno na ramiona, niektóre drobiazgi były inne, lecz ogółem przypominało to dom. Na łące pasły się krowy, a na drodze kołysały wyniośle gęsi. Dzieci turlały się ze śmiechem po ziemi, z której całkowicie zniknęła trawa. Nawet się nie obejrzały, kiedy Rand i Mat je mijali. To była kolejna różnica. Obcy nie byli tu niczym dziwnym, jacyś dwaj kolejni nie zasługiwali nawet na spojrzenie. Wioskowe psy tylko podnosiły łby, by powąchać powietrze, gdy szli tamtędy razem z Matem, jednak żaden się nie zaniepokoił.
Miało się ku wieczorowi, gdy wędrowali przez tę wieś. Na widok świateł zapalających się w oknach, poczuł tęsknotę.
„Nieważne, jak tu jest, usłyszał cichy głos w myślach, to nie jest twój dom. Nawet gdybyś wszedł do któregoś z tych domów, nie zastaniesz tam Tama. Gdyby był, czy mógłbyś spojrzeć mu w twarz? Rozumiesz teraz, prawda? Wszystko, z wyjątkiem takich drobiazgów jak to, skąd pochodzisz i kim jesteś. To nie były majaczenia w gorączce.”
Skulił się na dźwięk sarkastycznego śmiechu rozbrzmiewającego w jego głowie.
„Przecież możesz się tu zatrzymać, szydził głos. Każde miejsce jest równie dobre jak inne, kiedy znikąd pochodzisz i zostałeś naznaczony przez Czarnego.”
Mat pociągnął go za rękaw, ale wyswobodził się i zapatrzył na domy. Nie chciał się zatrzymywać, tylko popatrzeć i przypomnieć sobie.
,,Przypomina dom, ale ty swojego już nigdy nie zobaczysz, prawda?”
Mat znowu go pogonił. Miał napiętą twarz, skórę wokół ust i oczu zbielałą.
— No chodź — mruknął.
Patrzył na wioskę w taki sposób, jakby się spodziewał, że coś się w niej czai.
— No chodź. Jeszcze się nie możemy zatrzymać.
Rand wykonał pełny obrót, ogarniając wzrokiem całą wioskę i westchnął. Byli jeszcze blisko Białego Mostu. Skoro Myrddraal mógł się przedostać niezauważenie przez mur otaczający miasto, to bez żadnego trudu przeszuka tę małą wioskę. Potulnie dawał się dalej wlec przez okolicę, dopóki nie zostawili krytych strzechami domostw za sobą.
Zdążyła zapaść noc, zanim znaleźli odpowiednie miejsce oświetlone łuną księżyca, pod krzakami, na których jeszcze zostały uschłe liście. Napełnili brzuchy zimną wodą z płynącego nie opodal płytkiego strumyka i skulili się na ziemi, owinięci w płaszcze, nie rozpalając ogniska. Ognisko mógł ktoś zobaczyć, lepiej było marznąć.
Niepokojony wspomnieniami Rand często się budził i za każdym razem słyszał wtedy mamroczącego coś i rzucającego się przez sen Mata. Nie śniło mu się nic, co by zapamiętał, ale nie spał najlepiej.
„Już nigdy nie zobaczysz domu.”
Nie była to jedyna noc, podczas której przed wiatrem, a czasami deszczem, zimnym i przemakającym, chroniły ich tylko płaszcze. Nie był to jedyny posiłek, który składał się z samej zimnej wody. Mieli kilka monet, które starczyłyby na parę posiłków w jakiejś karczmie, jednak łóżko na jedną noc kosztowałoby za dużo. Poza obrębem Dwu Rzek wszystko było drogie, droższe po tej stronie Arinelle niż w Baerlon. Należało zachować tę resztę pieniędzy, jaka im jeszcze została, na jakąś wyjątkową okazję.
Któregoś popołudnia, gdy wlekli się po drodze z brzuchami tak pustymi, że nawet im nie burczały, Rand napomknął o sztylecie z rękojeścią ozdobioną rubinem. Na nadchodzącą noc nie mieli nic w perspektywie oprócz kolejnych krzaków. Nad głowami zbierały się ciemne chmury wróżące nocny deszcz. Miał nadzieję, że będą mieli szczęście może nie grozi im nic więcej prócz lodowatej mżawki.