Выбрать главу

Uszedł jeszcze kilka kroków, zanim do niego dotarło, że Mat się zatrzymał. Przystanął również, kurcząc palce w okrytych cholewami wysokich butach. Przynajmniej było mu ciepło w nogi. Poluźnił rzemyki wpijające mu się w ramię. Zrolowana derka i tobołek z płaszcza Thoma nie były ciężkie, ale nawet te kilka funtów ważyło sporo, kiedy się pokonało wiele mil z pustym żołądkiem.

— Co się stało, Mat? — zapytał.

— Czemu tak bardzo chcesz go sprzedać? — natarł na niego Mat. — W końcu to ja go znalazłem. Czy wreszcie do ciebie dotrze, że może chciałbym go zatrzymać? Przynajmniej przez jakiś czas. Jeśli już chcesz coś sprzedać, to sprzedaj ten twój przeklęty miecz!

Rand przejechał dłonią po rękojeści z wizerunkiem czapli.

— Ten miecz ofiarował mi mój ojciec. Należał przedtem do niego. Nie prosiłbym, żebyś sprzedał coś, co dostałeś od własnego ojca. Krew i popioły, Mat, czy lubisz chodzić głodny? W każdym razie, nawet gdybym znalazł na niego kupca, to ile dostałbym za miecz? Co by jakiś farmer robił z mieczem? A za taki rubin moglibyśmy dojechać do Caemlyn powozem. Może nawet do Tar Valon. Jedlibyśmy posiłki w karczmach i co noc spalibyśmy w łóżkach. A może podoba ci się pomysł przewędrowania połowy świata i spania na ziemi?

Spojrzał spode łba na Mata, a przyjaciel odwzajemnił spojrzenie.

Stali tak na środku drogi, gdy nagle Mat wzruszył niepewnie ramionami i spuścił oczy.

— Komu miałbym go sprzedać, Rand? Farmer musiałby za niego zapłacić kurczętami, a za kurczęta nie kupilibyśmy powozu. A nawet gdybym go pokazał w którejś z tych wiosek, które minęliśmy, to pewnie pomyśleliby, że ukradliśmy. Światłość wie, co by się wtedy stało.

Po chwili Rand z niechęcią przytaknął.

— Masz rację. Rozumiem. Przepraszam, nie chciałem na ciebie napadać. To tylko dlatego, że jestem głodny i bolą mnie nogi.

— Mnie też.

Znowu zaczęli iść, jeszcze bardziej zmęczeni niż przedtem. Zerwał się silny wiatr, dmuchając im kurzem w twarze.

— Mnie też — wykasłał Mat.

Dzięki farmom kilka razy coś jedli i nocowali w cieple. Stóg siana był nieomal tak ciepły, jak izba z kominkiem, przynajmniej jeśli się go porównało z leżeniem pod krzakiem, a poza tym taki stóg siana, nawet nie nakryty płachtą, nie chronił tylko przed najbardziej ulewnym deszczem, jeśli się w niego głęboko zagrzebali. Czasami Mat próbował kraść jajka, a raz usiłował wydoić krowę zostawioną bez dozoru na polu, uwiązaną na długim powrozie, żeby się pasła. Niestety jednak większości farm strzegły psy, a psy są czujne. Zdaniem Randa dwumilowy bieg z ujadającymi psami u pięt był zbyt wysoką ceną za dwa albo trzy jajka, szczególnie wtedy, gdy psy całymi godzinami pilnowały drzewa, na którym się przed nimi schowali. Żałował właśnie tych godzin.

Nie lubił tego specjalnie, ale wolał podejść do farmerskiego domu otwarcie przy dziennym świetle. Niekiedy spuszczano na nich psy, bez powiedzenia choć słowa, ponieważ krążące pogłoski i czasy sprawiały, że każdy, kto żył z dala od innych ludzi, robił się nerwowy w obecności obcych, niemniej jednak często za godzinę rąbania drewna albo noszenia wody można było zarobić posiłek i łóżko, nawet jeśli tym łóżkiem była wiązka siana w stodole. Jednakże godzina lub dwie takich posług to była godzina lub dwie dziennego światła, podczas których stali w miejscu, godzina lub dwie, podczas których Myrddraal mógł nadrobić dzielący ich dystans. Czasami zastanawiał się, ile drogi pokonuje Myrddraal w ciągu godziny. Żałował każdej minuty — nieco mniej wtedy, gdy żarłocznie pochłaniał gorącą zupę. A kiedy nie mieli jedzenia, to świadomość, że spędzili każdą minutę na posuwaniu się w stronę Caemlyn, raczej nie uspokajała pustego żołądka. Rand nie potrafił zdecydować, co jest gorsze — strata czasu czy głodowanie, lecz Mat posunął się jeszcze dalej i to, co zaprzątało jego umysł, nie było zwykłym zmartwieniem z powodu pustego brzucha czy pościgu.

— Co my o nich wiemy? — spytał któregoś popołudnia, kiedy sprzątali stajnię na jakiejś małej farmie.

— Światłości, Mat, co oni wiedzą o nas? — zakpił Rand.

Pracowali rozebrani do pasa, cali pokryci potem i sianem, w powietrzu unosiły się kłęby kurzu.

— Wiem o nich to, że chcą dać nam trochę pieczonej jagnięciny i prawdziwe łóżko do spania.

Mat wbił widły w siano zmieszane z odchodami i spojrzał krzywo na farmera nadchodzącego z tyłu stodoły, z wiadrem w jednym ręku i zydlem do dojenia w drugim. Zgarbiony starzec o stwardniałej skórze i rzadkich siwych włosach zwolnił, gdy zobaczył Mata patrzącego na niego, po czym szybko odwrócił wzrok i wybiegł ze stodoły, z pośpiechu rozlewając mleko.

— Jemu o coś chodzi, powiadam ci — powiedział Mat. — Zauważyłeś, że nie potrafił spojrzeć mi w oczy? Dlaczego oni tu są tacy przyjaźni dla dwóch wędrowców, których nigdy dotąd nie widzieli na oczy? Powiedz mi.

— Jego żona twierdzi, że przypominamy ich wnuków. Czy przestaniesz się wreszcie nimi przejmować? To, czym się powinniśmy przejmować, zostało za nami. Na to liczę.

— Jemu o coś chodzi — mruknął Mat.

Po pracy umyli się w korycie przed stodołą, ich cienie wyciągały się wraz z zachodzącym słońcem. Po drodze do domu Rand wytarł się koszulą. Farmer powitał ich w drzwiach, stał jakby nieco za bardzo niedbale, wspierając się drągiem. Stojąca za nim żona ściskała fartuch i wyzierała ponad jego ramieniem, zagryzając wargi. Rand westchnął — nie wyglądało na to, że on i Mat nadal przypominają im wnuki.

— Nasi synowie przyjeżdżają dzisiaj z wizytą — powiedział starzec. — Wszyscy czterej. Zapomniałem o tym. Przyjeżdżają wszyscy czterej. Wielkie chłopaki. Silne. Będą tu lada moment. Obawiam się, że nie mamy łóżka, które wam obiecaliśmy.

Jego żona wyciągnęła rękę z niewielkim tobołkiem zrobionym z serwety.

— Proszę. To chleb, ser, pikle i jagnięcina. Starczy pewnie na dwa posiłki. Proszę.

Jej pomarszczona twarz błagała ich, by wzięli posiłek i sobie poszli.

Rand wziął tobołek.

— Dziękuję. Rozumiem. Chodź, Mat.

Mat ruszył za nim, mamrocząc coś i nakładając koszulę przez głowę. Rand uznał, że lepiej będzie, jak pokonają w miarę spory odcinek drogi i dopiero wtedy zjedzą. Stary farmer miał psa.

Mogło być gorzej, pomyślał. Trzy dni wcześniej, jeszcze podczas pracy, poszczuto ich psami. Psy, farmer i jego dwaj synowie wymachujący pałkami ścigali ich do Drogi Caemlyn, a po niej jeszcze pół mili, zanim im się odechciało. Ledwie zdążyli pochwycić swój dobytek i uciec. Farmer miał łuk z naciągniętą strzałą o płaskim grocie.

— Nie wracajcie tu, słyszycie! — krzyczał za nimi. Nie wiem, o co wam chodzi, ale nie chcę tu więcej widzieć waszych rozbieganych oczu!

Mat zaczął się odwracać, majstrując przy swoim kołczanie, lecz Rand pociągnął go za sobą.

— Zwariowałeś?

Mat spojrzał na niego ponuro, ale przynajmniej nie przestał biec.

Rand zastanawiał się czasami, czy warto się zatrzymywać na farmach. Im więcej drogi mieli za sobą, tym bardziej Mat stawał się podejrzliwy względem obcych i tym mniej był w stanie to ukryć. Albo nie chciał. Za tę samą pracę otrzymywali coraz bardziej skąpe posiłki, czasami nie pozwalano im przespać się nawet w stodole. Wtedy Rand znalazł rozwiązanie dla wszystkich tych problemów, albo przynajmniej tak mu się zdawało. Stało się to na farmie Grinwella.

Pan Grinwell i jego żona mieli dziewięcioro dzieci, najstarsza córka była zaledwie rok młodsza od Randa i Mata. Pan Grinwell był silnym mężczyzną, a dzięki swym dzieciom prawdopodobnie wcale nie potrzebował dodatkowej pomocy, niemniej jednak zmierzył ich wzrokiem od stóp do głów, ogarniając brudne od drogi ubranie i zakurzone buty, wreszcie stwierdził, że dodatkowe ręce zawsze się przydadzą. Pani Grinwell powiedziała, że jeśli chcą jeść przy jej stole, to na pewno nie w tych brudnych rzeczach. Właśnie się zabierała za pranie i niektóre ze starych ubrań jej męża pasowałoby znakomicie na nich, mogą je więc włożyć na czas pracy. Mówiąc to, uśmiechała się i przez chwilę, mimo jasnych włosów, przypominała Randowi panią al’Vere. Nigdy przedtem nie widział włosów tej barwy. Nawet Mat przestał być taki napięty, kiedy zobaczył jej uśmiech. Inaczej sprawy się miały z najstarszą córką.