Następnym razem, gdy zmienili się z Matem miejscami przed podwyższeniem, pochylił się, by przemówić przyjacielowi do ucha. Nawet z tak bliska musiał mówić głośno, jednak dzięki hałasowi raczej nikt nie mógł ich podsłuchać.
— Hake ma zamiar nas okraść.
Mat skinął głową, jakby niczego innego się nie spodziewał.
— Będziemy musieli się zabarykadować dzisiejszej nocy.
— Zabarykadować? Jak i Strom wyważą drzwi pięściami. Wynieśmy się stąd.
— Ale najpierw przynajmniej coś zjedzmy. Jestem głodny. Tutaj nic nam nie zrobią — dodał Mat.
Ludzie stłoczeni w ogólnej izbie pokrzykiwali do nich niecierpliwie, pragnąc dalszej zabawy. Hake patrzył na nich groźnie.
— Mimo wszystko chcesz dzisiaj spać na dworze?
Szczególnie głośny huk gromu zagłuszył wszystkie inne dźwięki, przez moment światło wpadające przez okna było jaśniejsze niż lampy.
— Chcę tylko się stąd wydostać bez rozbitej głowy wyjaśnił Rand, ale Mat,już się pochylał, by usiąść na zydlu.
Rand westchnął i zagrał Drogę do Dun Aren. Wielu ludziom ta melodia wydawała się nadzwyczaj podobać, grał ją już cztery razy, a nadal krzykiem prosili o jeszcze.
Kłopot polegał na tym, że Mat miał rację. On też był głodny. Nie widział sposobu, w jaki Hake mógłby im narobić kłopotów w izbie, w której było tłoczno i wciąż robiło się pełniej. Na miejsce każdego człowieka, który wyszedł, albo został wyrzucony przez Jaka i Stroma, przybywało z ulicy dwóch następnych. Krzykiem żądali żonglerki albo jakiejś określonej melodii, lecz na ogół interesowało ich picie i zaczepianie posługaczek. Jednak jeden z mężczyzn zachowywał się inaczej.
Wyróżniał się na tle tłumu w „Tańczącym furmanie”, i to pod każdym prawie względem. Kupcy najwyraźniej nie potrzebowali walącej się karczmy, i o ile się zorientował, nie było tu nawet dla nich prywatnych pokoi. Wszyscy goście byli licho ubrani, na ich twarzach wyryło znaki zarówno piekące słońce, jak i smagający wiatr. Ten mężczyzna był smukły i umięśniony, miał delikatne dłonie, odziany był w aksamitny kaftan, a na ramionach ciemnozielony aksamitny płaszcz podbity błękitnym jedwabiem. Całe ubranie zostało uszyte przez drogiego krawca. Jego buty — miękkie, aksamitne trzewiki, a nie zwykłe wysokie buty ze skóry — nie nadawały się na błotniste drogi Czterech Króli, ani w ogóle na żadne ulice.
Przyszedł do karczmy, kiedy już było ciemno, otrząsnął płaszcz z deszczu i rozejrzał się dookoła, krzywiąc usta z niesmakiem. Raz jeszcze obiegł wzrokiem izbę, już zawracając, by wyjść, gdy nagle drgnął na widok czegoś, czego Rand nie widział i usiadł przy stole, który właśnie opuścili Jak i Strom. Posługaczka stanęła przy nim, po czym przyniosła mu kielich wina, który odsunął na bok i którego później już nie dotknął. Za każdym razem dziewczyna wyraźnie chciała jak najszybciej odejść od jego stołu, mimo że nie próbował jej dotknąć, nawet na nią nie patrzył. Cokolwiek takiego w nim było, co wywoływało jej niepokój, widzieli także inni, którzy podchodzili bliżej. Pomimo jego łagodnego wyglądu, za każdym razem, gdy jakiś woźnica o dłoniach pokrytych odciskami decydował się usiąść obok niego, wystarczało jedno spojrzenie, by odesłać go gdzieś indziej. Siedział tak, jakby w izbie nie było nikogo innego oprócz niego... oraz Randa i Mata. To na nich patrzył ponad złożonymi rękoma, a każdy palec połyskiwał pierścieniami. Obserwował ich z zadowolonym uśmiechem rozpoznania.
Rand szepnął do Mata, kiedy znowu zamieniali się miejscami, a ten skinął głową.
— Widziałem go — mruknął. — Kto to jest? Stale mi się wydaje, że go znam.
Ta sama myśl przyszła do głowy Randowi, usadowiła się łaskotliwie gdzieś w głębi jego umysłu, lecz pomimo wysiłku za nic nie potrafił jej wydobyć na wierzch. Był jednak pewien, że jest to twarz, której nigdy dotąd nie widział.
Występowali już dwie godziny, na ile Rand był w stanie ocenić, wsunął więc flet do futerału i pozbierali swój dobytek. Kiedy już schodzili z niskiego podium, nadbiegł w ich stronę brutalnie torujący sobie drogę Hake, jego wąską twarz wykrzywiała złość.
— Pora coś zjeść — ubiegł go Rand — i nie chcemy, aby nam ukradziono rzeczy. Czy powiesz kucharzowi? Hake zawahał się, nadal rozzłoszczony, bez powodzenia starając się oderwać wzrok od tego, co Rand trzymał w objęciach. Rand swobodnym ruchem przemieścił swoje tobołki, dzięki czemu mógł wesprzeć jedną dłoń na mieczu.
— Albo spróbuj nas stąd wyrzucić — Powiedział to ze specjalnym naciskiem i dodał: — Możemy jeszcze grać do późnej nocy. Musimy podtrzymać siły, jeśli mamy występować wystarczająco dobrze, aby ten tłum nadal wydawał tu pieniądze. Jak długo, twoim zdaniem, w tej izbie będzie tłoczno, jeśli pomdlejemy z głodu?
Oczy Hake’a przeleciały po izbie pełnej ludzi napychających mu kieszeń pieniędzmi, odwrócił się i wetknął głowę za drzwi znajdujące się w tyle karczmy.
— Nakarmić ich! — krzyknął.
Kiedy obchodził Randa i Mata, skrzywił się.
— Tylko nie jedzcie przez całą noc — dorzucił. Spodziewam się, że będziecie tu, dopóki nie wyjdzie ostatni gość.
Niektórzy z gości krzykiem domagali się muzyka i żonglera, Hake odwrócił się, aby ich uspokoić. Do tych zaniepokojonych zaliczał się mężczyzna w aksamitnym płaszczu. Rand dał znak Matowi, żeby poszedł za nim.
Kuchnię od pozostałej części karczmy oddzielały grube drzwi i z wyjątkiem chwil, w których otwierały się, by przepuścić posługaczkę, deszcz uderzający o dach zagłuszał okrzyki rozlegające się w ogólnej sali. Było to duże pomieszczenie, gorące, wypełnione parą z kuchni i pieców. ogromny stół częściowo przykrywało naszykowane jedzenie oraz gotowe do podania talerze. Kilka posługaczek siedziało zbitych w gromadę na ławie obok tylnych drzwi, rozcierały stopy i wszystkie naraz prowadziły rozmowę z grubą kucharką, która na przemian im odpowiadała, machając wielką łyżką, aby podkreślić wagę swoich słów. Wszystkie podniosły wzrok, kiedy pojawili się Rand i Mat, ale nie przestały rozmawiać ani rozcierać stóp.
— Powinniśmy stąd odejść, kiedy mamy okazję — powiedział cicho Rand.
Mat jednak potrząsnął głową, utkwiwszy wzrok w dwóch talerzach, które kucharka napełniła wołowiną, ziemniakami i grochem. Ledwie na nich spojrzała, podtrzymując rozmowę z kobietami, jednocześnie łokciem odsunęła przedmioty ze stołu, ustawiła talerze, obok nich kładąc widelce.
— Kiedy już zjemy, będzie dość czasu.
Mat osunął się na ławę i zaczął się posługiwać widelcem, niczym łopatą.
Rand westchnął, zaraz jednak poszedł w ślad Mata. Od poprzedniej nocy zjadł tylko jedną kromkę chleba. Jego brzuch był tak pusty jak sakiewka żebraka, a zapachy wypełniające kuchnię nie sprzyjały heroicznym próbom opanowania głodu. Szybko napełniał usta, a widząc, że Mat prosi o dokładkę, podał swój talerz kucharce, zanim opróżnił go do połowy.
Nie miał zamiaru podsłuchiwać rozmowy kobiet, ale niektóre słowa dotarły do niego i przykuły jego uwagę.
— Moim zdaniem to szaleństwo.
— Szaleństwo czy nie, ale to właśnie słyszałam. Obszedł połowę karczem w mieście, zanim tutaj przyszedł. Po prostu wchodził, rozglądał się dookoła i wychodził, nie mówiąc ani słowa, nawet w Oberży Królewskiej. Jakby wcale nie padało.
— Może uznał, że tu mu będzie najwygodniej.
To wywołało lawinę śmiechu.
— Słyszałam, że dotarł do Czterech Króli dopiero po zmierzchu, a jego konie są tak zdyszane, jakby całą drogę je popędzano.