Выбрать главу

W obecności wszystkich tych wozów i ludzi na drodze można się też było dopatrzyć i dobrej strony, szczególnie w obecności wszystkich młodych mężczyzn kierujących się do Caemlyn. Gdyby szukali ich jacyś Sprzymierzeńcy Ciemności, to byłoby to jak szukanie dwóch wybranych gołębi w całym stadzie. Skoro tamten Myrddraal podczas Zimowej Nocy nie wiedział dokładnie, kogo szuka, to jakiemuś jego koleżce nie mogło się tu powieść lepiej.

Często burczało mu w żołądku, przypominając, że nie zostało im prawie wcale pieniędzy, z pewnością nie tyle, by starczyło na jakiś posiłek przy takich cenach, jakie musiały obowiązywać w pobliżu Caemlyn. Raz przyłapał się na tym, że trzyma dłoń na futerale z fletem, jednak stanowczo przewiesił go na plecy. Gode wiedział o flecie i o żonglowaniu. Nie wiadomo było, ile Ba’alzamon dowiedział się od niego pod koniec — o ile to, co widział Rand, stanowiło jakiś koniec — albo ile wieści przekazano innym Sprzymierzeńcom Ciemności.

Spojrzał z żalem na farmę, którą właśnie mijali. Jakiś człowiek pilnował płotów w towarzystwie pary psów, warczących i próbujących się urwać ze smyczy. Mężczyzna miał taką minę, jakby tylko czekał na wymówkę, by móc psy puścić. Nie na każdej farmie widać było psy, jednak na żadnej nie oferowano podróżnikom pracy.

Do zachodu słońca minęli jeszcze dwie wioski. Stały w nich grupki wieśniaków, rozmawiających z sobą i obserwujących stały strumień wędrowców. Nie mieli bardziej przyjaznych twarzy niż farmerzy, woźnice czy gwardziści Królowej. Wszyscy ci obcy, idący, obejrzeć fałszywego Smoka, byli dla nich zagrożeniem. Głupcy, którzy nie wiedzą, że powinni zostać tam, gdzie ich miejsce! Być może byli wyznawcami fałszywego Smoka. Może nawet Sprzymierzeńcami Ciemności. O ile między jednymi i drugimi była jakaś różnica.

Wraz z nadchodzącym wieczorem, przy drugiej wsi, tłum idących zaczął rzednieć. Ci, którzy mieli pieniądze, zniknęli w karczmie, mimo że najwyraźniej wybuchł spór, czy wpuścić ich do środka, inni zaczęli poszukiwać dogodnych żywopłotów albo pól, na których nie było psów. O zmierzchu Rand i Mat mieli całą Drogę Caemlyn dla siebie. Mat zaczął coś mówić o znalezieniu stogu siana, Rand jednak upierał się, by iść dalej.

— Przynajmniej dopóki widzimy drogę — powiedział. — Im dłużej będziemy szli bez zatrzymywania się, tym dalej zajdziemy.

„Jeśli cię ścigają? Po co mieliby cię teraz ścigać, skoro czekali, aż sam do nich przyjdziesz?”

Matowi ten argument wystarczył. Często, oglądając się przez ramię, przyspieszał kroku. Rand musiał bardzo się starać, aby go dogonić.

Nocny mrok gęstniał, rozjaśniany nieznacznie skąpym Światłem księżyca. Początkowy wybuch energii Mata osłabł i znowu zaczął narzekać. Rand czuł, jak w jego nogach tworzą się grudy bólu. Wmawiał sobie, że podczas dnia ciężkiej pracy na farmie pokonywał dłuższą drogę razem z Tamem, jednak choć często to sobie powtarzał, nie potrafił jakoś uwierzyć. Zaciskając zęby ignorował ból i nie zatrzymywał się.

Przy akompaniamencie narzekań Mata, pogrążeni w wysiłku, jakiego wymagało postawienie każdego kroku, niemal dotarli do następnej wioski, kiedy nagle Rand zobaczył światła. Zatrzymał się chwiejnie, nagle świadom palącego bólu, który biegł od stóp przez całe nogi. Poczuł, że na prawej stopie ma pęcherz.

Na widok świateł wioski Mat opadł z jękiem na kolana.

— Czy możemy się już zatrzymać? — wydyszał. — Czy może chcesz znaleźć jakąś karczmę i wywiesić na niej znak przeznaczony dla Sprzymierzeńców Ciemności? Albo jakiegoś Pomora?

— Przejdziemy do końca wioski — odparł Rand, wpatrując się w światła.

Z oddali, w ciemnościach, można było wziąć to miejsce za Pole Emonda.

„Cóż tam na nas czeka?”

— Jeszcze tylko milę.

— Milę! Ja nie ujdę nawet piędzi!

Nogi Randa wydawały się płonąć, zmusił się jednak do jednego kroku, potem do jeszcze jednego. Z każdym następnym nie robiło się łatwiej, szedł jednak, krok po kroku. Zanim uszedł dziesięć, usłyszał, że Mat człapie za nim i mruczy coś do siebie. Pomyślał, że być może to on nie rozumie, co mówi Mat.

Z powodu późnej pory ulice wioski już opustoszały, mimo że w większości domów światło paliło się w co najmniej jednym oknie. Karczma na środku wioski była jasno rozświetlona, otoczona złotą łuną, która przeganiała ciemność. Z budynku niosły się muzyka i śmiech, tłumione przez grube mury. Tablica nad drzwiami kołysała się, skrzypiąc na wietrze. Obok oberży, przy Drodze Caemlyn, stał wóz i koń, a jakiś człowiek sprawdzał uprząż. Po drugiej stronie budynku, na samym skraju światła, stało dwóch mężczyzn.

Rand zatrzymał się w cieniu nie oświetlonego domu. Był zbyt zmęczony, by szukać wśród bocznych uliczek okrężnej drogi. Minuta odpoczynku nie zaszkodzi. Dopóki ci ludzie nie odejdą. Mat uwalił się pod ścianą z wdzięcznym westchnieniem, układając się tak, jakby miał zamiar tu spać.

W tych dwóch mężczyznach, stojących na skraju cienia, było coś takiego, co spowodowało, że Rand poczuł niepokój. Nie potrafił tego z początku nazwać, zauważył jednak, że człowiek przy wozie czuje to samo. Złapał za koniec rzemienia, który właśnie sprawdzał, prawił coś przy pysku konia, przeszedł do tyłu i zaczął to samo od nowa. Cały czas miał pochyloną głowę, skupiony wyłącznie na tym co robił, nie patrzył w stronę tamtych dwóch. Mogło tak być, że ich po prostu nie widział, mimo że dzieliło ich zaledwie pięćdziesiąt stóp, jednakże w jego ruchach widać było pewne napięcie, czasami odwracał się od tego, co akurat robił w taki sposób, jakby za nic nie chciał spojrzeć w ich kierunku.

Jeden z mężczyzn był widoczny tylko w postaci ciemnego zarysu, drugi natomiast, lepiej oświetlony, stał tyłem do Randa. Mimo tego dawało się zauważyć, że prowadzona rozmowa nie sprawia mu zbytniej przyjemności. Gestykulował rękoma i wbijał wzrok w ziemię, co jakiś czas gwałtownie unosząc głowę, reagował na to, co mówił drugi. Rand nie słyszał wszystkiego, miał jednak wrażenie, że głównie mówi ten skryty w cieniu, jego nerwowy towarzysz tylko słuchał, przytakiwał i z niepokojem wymachiwał rękoma.

W końcu ten skryty w ciemnościach odwrócił się, a nerwowy wszedł z powrotem w krąg światła. Pomimo chłodu wycierał twarz długim fartuchem, jakby cały ociekał potem.

Czując ciarki, Rand obserwował postać odchodzącą w, głąb nocy. Nie wiedział dlaczego, ale jego niepokój wydawał się go ścigać, czuł niewyraźne łaskotanie po karku i włosy jeżące się na ramionach, jakby nagle pojął, że coś na niego się czai. Szybko potrząsnąwszy głową, potarł energicznie ramiona.

„Głupiejesz już zupełnie, jak Mat, nieprawdaż?”

W tym momencie po skraju światła padającego z okna wyślizgnął się jakiś kształt — po samej jego krawędzi i Rand poczuł zimny dreszcz. Tablica z nazwą karczmy cały czas skrzypiała, lecz ciemny płaszcz ani drgnął.

— Pomor — wyszeptał, a Mat zerwał się na równe nogi, jakby on krzyknął.

— Co...?

Przycisnął dłoń do ust Mata.

— Ciszej.

Ciemny kształt zniknął w mroku.

„Gdzie?”

— Już poszedł. Chyba. Mam nadzieję.

Cofnął rękę, Mat nie wydał z siebie żadnego dźwięku, tylko wciągnął głęboko powietrze do płuc.

Nerwowy mężczyzna był już prawie przy drzwiach karczmy. Zatrzymał się i wygładził swój fartuch, najwyraźniej uspokajając się przed wejściem do środka.

— Dziwnych masz przyjaciół, Raimunie Holdwin powiedział nagle mężczyzna przy wozie.