Выбрать главу

Głos z pewnością należał do starego człowieka, był jednak dźwięczny. Mówca wyprostował się, pokręcił głową.

— Jak na karczmarza, dziwni przyjaciele w ciemnościach.

Nerwowy mężczyzna podskoczył, kiedy tamten się odezwał, rozglądając się dookoła, jakby nie widział ani wozu, ani tego człowieka, który do niego mówił. Zrobił głęboki wdech, opanował się i spytał ostrym tonem:

— Co chcesz przez to powiedzieć, Almenie Bunt?

— To, co właśnie powiedziałem, Holdwin. Dziwni przyjaciele. On nie jest stąd, prawda? Dużo dziwnych ludzi przechodzi tędy ostatnimi czasy. Strasznie dużo dziwnych ludzi.

— Dobrze się z tobą gada.

Holdwin puścił oko w stronę mężczyzny przy wozie.

— Znam wielu ludzi, nawet z Caemlyn. Nie takich jak ty, zamkniętych samotnie na farmie.

Urwał, po czym zaczął mówić dalej, jakby uznał, że musi to dokładniej wyjaśnić.

— To człowiek z Czterech Króli. Szuka dwóch złodziei. Młodych ludzi. Ukradli mu miecz ze znakiem czapli.

Randowi zaparło dech, gdy usłyszał o czterech Królach, na wzmiankę o mieczu zerknął na Mata. Jego przyjaciel wbił się plecami w mur i przepatrywał ciemność oczyma tak wytrzeszczonymi, że widać w nich było całe białka. Rand też miał ochotę tak zapatrzyć się w mrok — Półczłowiek mógł być wszędzie — lecz jego oczy powędrowały z powrotem do dwóch ludzi przed karczmą.

— Miecz ze znakiem czapli! — wykrzyknął Bunt. Nic dziwnego, że chce go odzyskać.

Holdwin pokiwał głową.

— Tak, ale ich również chce dostać. Mój znajomy jest bogatym człowiekiem... kupcem, a oni narobili kłopotów ludziom, którzy dla niego pracują. Opowiadali niestworzone historie i denerwowali ludzi. To Sprzymierzeńcy Ciemności i wyznawcy Logaina.

— Sprzymierzeńcy Ciemności i wyznawcy fałszywego Smoka? Opowiadają niestworzone historie? To dużo jak na młodych chłopców. Czy powiedziałeś, że są młodzi?

W głosie Bunta dało się słyszeć rozbawienie, oberżysta jednak wydawał się tego nie dostrzegać.

— Tak. Jeszcze nie mają dwudziestu lat. Jest za nich wyznaczona nagroda, sto złotych koron. — Holdwin zawahał się i dodał: — Obydwaj mają przebiegłe języki. Światłość tylko wie, jakie historie potrafią opowiadać, kiedy próbują skłócić z sobą ludzi. Są też niebezpieczni, mimo że nie wyglądają na takich. Podstępni. Lepiej trzymać się od nich z daleka, jak się ich zobaczy. Dwaj młodzi ludzie, jeden z mieczem, obydwaj oglądają się przez ramię. W razie czego, mój... mój znajomy natychmiast ich zabierze, jak już się ich wytropi.

— Mówisz zupełnie tak, jakbyś ich znał.

— Poznam ich zaraz, jak zobaczę — powiedział pewnym siebie głosem Holdwin. — Tylko ty nie próbuj sam ich pojmać. Nie trzeba, by komuś stało się coś złego. Przyjdź i mi powiedz, jak ich spotkasz. Mój... znajomy sam się nimi zajmie. Sto koron, tylko muszą być obydwaj.

— Sto koron za dwóch — zadumał się Bunt. — A ile za ten miecz, którego on tak potrzebuje?

Holdwin nagle pojął, że tamten wyśmiewa się z niego.

— Nie wiem, dlaczego ci to wszystko mówię — żachnął się. — Nadal się upierasz przy tym swoim głupim planie.

— To nie taki głupi plan — odparł spokojnie Bunt. Może nie uda mi się zobaczyć drugiego fałszywego Smoka przed śmiercią... Światłości spraw, aby tak było! Jestem zaś zbyt stary, by wdychać kurz po jakichś kupcach na drodze do samego Caemlyn. Mam drogę dla samego siebie i znajdę się w Caemlyn wczesnym rankiem, cały wesół.

— Dla siebie? — W głosie karczmarza słychać było nieprzyjemne brzmienie. — Nigdy nie wiadomo, co czyha w mroku, Almenie Bunt. Zupełnie sam na drodze, w ciemnościach. Nawet jeśli ktoś usłyszy twój krzyk, to nikt nie otworzy drzwi, żeby ci pomóc. Nie w dzisiejszych czasach, Bunt. Nawet twój najbliższy sąsiad.

Farmer najwyraźniej wcale się tym wszystkim nie zmartwił, odpowiedział równie spokojnie jak przedtem.

— Skoro Gwardia Królowej nie jest w stanie utrzymać bezpieczeństwa na drodze tak blisko Caemlyn, to znaczy, że nie jesteśmy bezpieczni nawet we własnych łóżkach. Gdybyś mnie spytał, co gwardziści powinni zrobić, żeby drogi były bezpieczne, to kazałbym zakuć tego twojego znajomego w dyby. Przemyka się przez mrok, boi się, żeby nikt na niego nie spojrzał. Nie wmówisz mi, że on nie chce czegoś złego.

— Boi się! — wykrzyknął Holdwin. — Ty stary głupcze, gdybyś wiedział...

Zamknął hałaśliwie szczękę i otrząsnął się.

— Nie wiem, dlaczego marnuję z tobą czas. Zabieraj się stąd zaraz! Przestań mi tu hałasować przed moim interesem.

Drzwi karczmy zamknęły się za nim z hukiem.

Mrucząc coś do siebie, Bunt przytrzymał się brzegu kozła i ustawił stopę na piaście koła.

Rand wahał się tylko chwilę. Mat złapał go za ramię, gdy ruszał przed siebie.

— Zwariowałeś? On nas z pewnością rozpozna!

— Wolisz tu zostać? Kiedy w pobliżu jest Pomor? Jak daleko twoim zdaniem uda nam się zajść, zanim on nas znajdzie?

Starał się nie myśleć, jak daleko zajadą wozem, jeśli ich znajdzie. Wyrwał się Matowi i podbiegł do drogi. Uważnie przytrzymywał płaszcz, by miecz pozostał zakryty, wiatr i zimno były wystarczającą wymówką.

— Niechcący podsłuchałem, że pan jedzie do Caemlyn — powiedział.

Bunt wzdrygnął się, wyszarpnął z wozu drąg. Jego skórzastą twarz pokrywała sieć zmarszczek i nie miał połowy zębów, jednakże jego sękate dłonie silnie trzymały drąg. Po chwili opuścił jeden koniec drąga ku ziemi i wsparł się na nim.

— Więc wy dwaj jedziecie do Caemlyn? Żeby zobaczyć Smoka, co?

Rand nie wiedział, że przyjaciel szedł tuż za nim. Mat trzymał się jednak w sporej odległości, z dala od światła, obserwując karczmę i starego farmera z taką samą podejrzliwością, z jaką obserwował noc.

— Fałszywego Smoka — powiedział dobitnie Rand.

Bunt pokiwał głową.

— Jasne, jasne.

Spojrzał z ukosa na karczmę, potem gwałtownie wepchnął swój drąg pod ławkę..

— Cóż, jeśli chcecie, abym was podwiózł, to wsiadajcie. Już dość zmarnowałem czasu.

Mówiąc to, wspinał się na kozioł.

Rand wgramolił się od tyłu, a farmer już potrząsał lejcami. Mat musiał ich gonić, ponieważ wóz zdążył ruszyć. Rand złapał go za rękę i wciągnął do góry.

Wioska szybko zniknęła w ciemnościach, farmer jechał dosyć prędko. Rand ułożył się na nagich deskach, walcząc Z usypiającym skrzypieniem kół. Mat tłumił pięścią ziewanie, czujnie rozglądając się po okolicy. Mrok, zalegający ciężko nad polami i farmami, przetykały gdzieniegdzie światła farmerskich domów. Iskierki wydawały się bardzo odległe, jakby na próżno zmagały się z nocą. Rozległ się krzyk sowy, żałobny krzyk, wiatr jęczał niczym dusze zagubionych w Cieniu.

„Może być tu wszędzie”, pomyślał Rand.

Najwyraźniej Bunt również poczuł ucisk nocy, bo nagle się odezwał.

— Byliście już kiedyś w Caemlyn? — Zaśmiał się urywanie. — Pewnie nie. To poczekajcie, aż je zobaczycie. To największe miasto na rwiecie. Och, słyszałem dużo o Illian, Ebou Dar, Łzie i innych, zawsze znajdzie się taki głupi, który uważa, że coś jest większe i lepsze tylko dlatego, że skryte gdzieś za horyzontem, ale ja bym się założył, że Caemlyn jest najwspanialsze. Już wspanialsze być nie może. Nie, nie może. Chyba że Królowa Morgase, niechaj ją Światłość oświeci, pozbędzie się tej wiedźmy z Tar Valon.

Rand leżał z głową wspartą na swoim zwiniętym kocu, ułożonym na tobołku z płaszcza Thoma, obserwował przepływającą obok noc i pozwalał, by słowa farmera przelatywały przez jego uszy.. Ludzki głos osaczał ciemność i zagłuszał żałobny wiatr. Przekręcił się na drugi bok, by spojrzeć na ciemny zarys pleców Bunta.