Выбрать главу

— Ma pan na myśli Aes Sedai?

— A kogo innego? Siedzi sobie w pałacu jak jakiś pająk. Jestem dobrym poddanym Królowej, nigdy nie mówiłem, że nie, ale tak być nie powinno. Nie należę do tych, którzy twierdzą, że Elaida ma za duży wpływ na Królową. Nie ja. A jeśli chodzi o tych durniów, którzy mówią, że Elaida jest królową, mimo że się tak nie nazywa...

Splunął w mrok.

— To na nich. Morgase nie jest kukłą, która tańczy, jak chce jakaś wiedźma z Tar Valon.

Kolejna Aes Sedai. Jeśli... kiedy Moiraine przybędzie do Caemlyn, być może uda się do swej siostry Aes Sedai. W najgorszym razie ta Elaida, być może, pomoże im dotrzeć do Tar Valon. Spojrzał na Mata i zupełnie tak, jakby to powiedział na głos, Mat potrząsnął głową. Nie widział twarzy Mata, wiedział jednak, że widnieje na niej zaprzeczenie.

Bunt dalej mówił, potrząsając lejcami za każdym razem gdy koń zwolnił, na ogół jednak trzymał ręce na kolanach.

— Jestem dobrym poddanym Królowej, jak już powiedziałem, ale nawet durnie mówią coś wartościowego od czasu do czasu. Nawet ślepej świni trafi się czasem żołądź. Muszą nastąpić jakieś zmiany. Ta pogoda, te nieudane zbiory, wysychające krowy, cielaki i jagnięta rodzące się martwe albo z dwoma głowami. Te paskudne kruki nawet nie czekają, aż coś zdechnie. Ludzie się boją. Muszą kogoś winić. Na wielu drzwiach pojawia się Smoczy Kieł. Różne stwory skradają się nocą. Stodoły się palą. Pojawiają się ludzie tacy jak ten znajomy Holdwina, którzy straszą innych. Królowa musi coś z tym zrobić, zanim będzie za późno. Rozumiecie to, prawda?

Rand wydał z siebie jakiś niezobowiązujący odgłos. Wydawało się, że mimo iż się tego nie spodziewał, mieli jeszcze więcej szczęścia, znajdując tego starszego człowieka i jego wóz. Nie dotarliby dalej niż do tej ostatniej wioski, gdyby czekali na światło dzienne. Różne stwory skradające się nocą. Podniósł głowę, by wyjrzeć ponad brzegiem wozu w ciemność. W mroku wydawały się wić jakieś cienie i kształty. cofnął głowę, nim jego wyobraźnia zdołała go przekonać, że coś tam naprawdę jest.

Bunt przyjął to za znak zgody.

— No właśnie. Jestem dobrym poddanym Królowej i przeciwstawię się każdemu, kto będzie chciał jej coś zrobić, ale mam rację. Weźcie na przykład lady Elayne i lorda Gawyna. Można tu coś zmienić bez szkody dla nikogo, a na pewno by się przydało. Pewnie, wiem, że my tak zawsze postępujemy w Andorze. Posyła się Dziedziczkę Tronu do Tar Valon, na nauki do Aes Sedai i najstarszego syna po nauki do Strażników. Wierzę w tradycję, naprawdę, ale zobaczcie do czego nas to zaprowadziło ostatnim razem. Luc zginął w Ugorze, zanim został pomazany na Pierwszego Księcia Miecza, a Tigraine zniknęła, uciekła albo umarła, kiedy przyszła pora, by ona przejęła tron. Nadal nas to nęka.

— Niektórzy mówią, że ona ciągle żyje, rozumiecie, że Morgase nie jest prawowitą Królową. Cholerni głupcy. Pamiętam, co się wydarzyło. Pamiętam, jakby to było wczoraj. Nie było Dziedziczki do przejęcia tronu, kiedy umarła stara Królowa i wszystkie dwory w Andorze spiskowały i walczyły o to prawo. I Taringail Damodred. Nie pomyślelibyście, że on stracił żonę, tak się gorączkował przy domysłach, który Dwór zwycięży, żeby móc się znowu ożenić i zostać Księciem Małżonkiem. No i udało mu się, choć czemu Morgase wybrała... ach, kto wie, o czym myśli kobieta, a królowa jest podwójnie kobietą, bo poślubiona mężczyźnie i poślubiona krajowi. W każdym razie dostał, co chciał, nawet jeśli nie w taki sposób, jaki sobie umyślił.

— Rozpętał spiski w Cairhien, zanim umarł, i wiecie, Jak to się skończyło. Drzewo ścięto, a Aielowie w czarnych woalach przeszli przez Mur Smoka. Cóż, poległ jak się należy, po tym jak spłodził Elayne i Gawyna, więc jak myślę, wszystko się skończyło. Ale po co ich wysyłać do Tar Valon? Czas, by ludzie przestali myśleć o tronie Andor i Aes Sedai w taki sam sposób, jak dotychczas. Skoro już muszą jeździć gdzieś, by uczyć się tego, czego potrzebują, to przecież w Illian też są biblioteki równie dobre jak w Tar Valon i tam nauczą lady Elayne, jak władać krajem i jak knuć intrygi równie dobrze jak tamte wiedźmy. Nikt nie zna się lepiej na spiskach niż Illianin. A skoro w Gwardii nie potrafią nauczyć lorda Gawyna żołnierki, to przecież w Illian też są żołnierze. A i w Shienar i w Łzie, jeśli już tak trzeba. Jestem dobrym poddanym Królowej, ale powiadam, dość tych układów z Tar Valon. Trzy tysiące lat wystarczy. Za długo. Królowa Morgase może nami władać i kierować wszystkim właściwie bez pomocy z Białej Wieży. Powiadam wam, to kobieta, która sprawia, że człowiek jest dumny, jak może na klęczkach przyjąć jej błogosławieństwo. No bo kiedyś...

Rand walczył ze snem, o który dopominało się jego ciało, lecz rytmiczne skrzypienie i kołysanie wozu utuliło go i przy akompaniamencie jednostajnego monologu Bunta, zapadł w sen. Śnił mu się Tam. Na początku siedzieli przy wielkim dębowym stole w ich domu, pili herbatę, a Tam opowiadał mu o Księciach Małżonkach, dziedziczkach Tronu, Murze Smoka i Aielach w ciemnych welonach. Miecz ze znakiem czapli leżał między nimi na stole, lecz żaden z nich na niego nie patrzył. Nagle znalazł się w Zachodnim Lesie, ciągnął prowizoryczne nosze w księżycową noc. Kiedy obejrzał się przez ramię, na noszach był Thom, nie jego ojciec, siedział na skrzyżowanych nogach i żonglował w świetle księżyca.

— Królowa jest poślubiona krajowi — powiedział Thom, a jaskrawe piłeczki zawirowały w kręgu — ale Smok... Smok jest tym samym co kraj, a kraj jest tym samym co Smok.

Daleko w tyle Rand spostrzegł zbliżającego się Pomora, w czarnym płaszczu, którego nie rozwiewał wiatr, na koniu przemykającym się bezszelestnie wśród drzew. U siodła Myrddraala wisiały dwie ucięte głowy, ociekające krwią, która spływała ciemnymi strumieniami po czarnym jak węgiel kłębie jego wierzchowca. Lan i Moiraine, twarze wykręcone grymasem bólu. Pomor, nie zatrzymując się, wyciągnął garść powrozów. Każdy powróz prowadził do związanych dłoni jednego z tych, którzy biegli za bezgłośnymi podkowami, z twarzami pobladłymi z rozpaczy. Mat i Perrin. I Egwene.

— Tylko nie ona! — krzyknął Rand. — Niech cię Światłość spali, ty chcesz mnie, nie ją!

Półczłowiek wykonał gest i Egwene stanęła w płomieniach, jej ciało zwęgliło się na popiół, kości sczerniały i rozpadły się na okruchy.

— Smok jest tym samym, co kraj — powiedział Thom, nadal beztrosko żonglując — a kraj jest tym samym, co Smok.

Rand krzyknął przeraźliwie... i otworzył oczy. Wóz skrzypiał na Drodze Caemlyn, pełen zapachów, słodyczy dawno już zebranego siana i niewyraźnej końskiej woni. Na jego piersi spoczywał kształt czarniejszy od nocy, a w jego oczy patrzyły oczy czarniejsze od śmierci.

— Jesteś mój — powiedział kruk i wbił swój ostry dziób w jego oko. Krzyknął, gdy wyrwał mu gałkę oczną z głowy.

Z rozdzierającym gardło krzykiem usiadł, przyciskając dłonie do twarzy.

Wóz był skąpany we wczesnym świetle poranka. Oszołomiony Rand zapatrzył się na swoje ręce. Ani śladu krwi. Żadnego bólu. Reszta snu zbladła, ale to... Ostrożnie badał twarz i drżał.

— Nareszcie... — Mat ziewnął z trzaskiem szczęk. -Wreszcie się trochę przespałeś.

W jego mętnych oczach było niewiele sympatii. Kulił się pod płaszczem. Zwiniętą derkę, dodatkowo złożoną na pół, wcisnął pod głowę.

— On gadał całą noc.