— Obudziliście już? — powiedział Bunt ze swojego siedzenia. — Napędziłeś mi stracha, jakżeś tak krzyknął. No dobra, przyjechaliśmy.
Zatoczył ręką wielki łuk.
— Caemlyn, najwspanialsze miasto świata.
35
Caemlyn
Rand skręcił tułów, by móc klęknąć za kozłem woźnicy. Nie był w stanie powstrzymać pełnego ulgi śmiechu.
— Udało nam się, Mat! Mówiłem ci, że...
Słowa zamarły mu na ustach, kiedy wzrokiem objął Caemlyn. Po zobaczeniu Baerlon, a nade wszystko po nocy spędzonej w ruinach Shadar Logoth, wydawało mu się, że wie, czym jest wielkie miasto, ale to... to przekraczało wszystko, co mógł sobie wyobrazić.
Skupione wokół wysokiego muru budynki sprawiały wrażenie, jakby zgromadzono tu i zestawiono razem wszystkie miasta, przez jakie Rand do tej pory przejeżdżał. Jakby wszystkie stały tutaj obok siebie, stłoczone na jednym miejscu. Wyższe piętra karczmy wystawały ponad kryte dachówką dachy domów. Pomiędzy nie wciśnięto przysadziste bloki magazynów, szerokie i pozbawione okien. Pogmatwana mieszanina czerwonych cegieł, szarego kamienia oraz białego tynku rozciągała się jak okiem sięgnąć. Całe Baerlon mogłoby się tu pomieścić, a miasto nie wydałoby się przez to większe, dwadzieścia miejscowości takich jak Biały Most dodane doń nie tworzyłoby wielkiej różnicy.
No i oczywiście same muzy. Pionowy, wysoki na pięćdziesiąt stóp masyw bladoszarego kamienia, pręgowany srebrem i bielą, wyginał się w wielkie półkole, zakrzywiają ku południu i północy, rodząc niejasne domniemania co do tego, jak w istocie daleko sięgają. Na całej długości murów wznosiły się wieże, okrągłe, wystające dużo wyżej, niźli same mury. Z ich szczytów powiewały na wietrze czerwono-białe sztandary. Wewnątrz murów wystrzeliwały w niebo iglice innych wież, smuklejszych, wyższych od tych na murach. W blasku słońca ich kopuły lśniły bielą i złotem. Obraz miasta w pamięci Randa ukształtowały tysiące opowieści, opowieści o wielkich miastach królów i królowych, o tronach i władzy, o legendach. Caemlyn wtapiało się w te głęboko utrwalone obrazy, z równą łatwością z jaką woda wsiąka w piasek.
Wóz turkotał na drodze wiodącej do miasta, opadającej ku obramowanym wieżami bramom. Pojazdy kupieckich karawan wytaczały się spod sklepionych kamiennych łuków, pod którymi z łatwością przejść mógłby olbrzym, a nawet szereg dziesięciu gigantów, idących ramię w ramię. Po obu stronach drogi stały pozbawione ścian magazyny o dachach połyskujących czerwienią i purpurą, pomiędzy nimi pobudowano zagrody i stajnie. Cielęta beczały, bydło ryczało, gęsi krzyczały, kurczęta piszczały, kozły kwiczały, owce beczały, a ludzie targowali się co sił w płucach. Droga do bram Caemlyn otoczona była ścianami hałasu.
— No i co ci mówiłem? — Aby być słyszanym Bunt musiał niemalże krzyczeć. — Największe miasto na świecie. Zbudowane przez Ogirów, rozumiesz. Ostatecznie na pewno Miasto Wewnętrzne i Pałac. Tak, stare jest Caemlyn. A dobra Królowa Morgase, niech ją Światłość oświeca, tworzy prawo i strzeże pokoju w całym Andor. Największe miasto na ziemi.
Rand gotów był się zgodzić. Z otwartymi ustami wpatrywał się w otaczający chaos, mając ochotę zasłonić uszy dłońmi, aby powstrzymać wlewający się w nie zgiełk. Ludzie tłoczyli się na drodze tak ciasno, jak mieszkańcy Pola Emonda na Łące podczas Bel Tine. Przypomniało mu się, ie w Baerlon uważał za niemożliwe, by mogło przebywać na jednym miejscu tak wielu ludzi i niemalże się roześmiał. Spojrzał w stronę Mata i nie mógł powstrzymać uśmiechu. Przyjaciel siedział z dłońmi przyciśniętymi do uszu, ramiona miał przygarbione, jakby cały chciał się pod nimi schować.
— Jak mamy się tutaj schronić? — dopytywał się Mat, gdy zobaczył, że Rand patrzy na niego. — W jaki sposób przekonać się, komu, wśród tych-tras można zaufać? I na Światłość, ten hałas!
Rand obrzucił Bunta spojrzeniem, zanim odpowiedział. Farmer wydawał się zapatrzony w miasto, hałas z pewnością zagłuszał słowa. Niemniej jednak Rand zbliżył usta do ucha Mata.
— W jaki sposób mają nas znaleźć pośród takiego mrowia? Nie rozumiesz tego, ty pustogłowy durniu? Będziemy bezpieczni, pod warunkiem, że będziesz uważał i nie mielił tak ozorem!
Wyciągnął przed siebie rękę, jakby chciał pochwycić w nią wszystko, i magazyny, i mury miasta rozciągające się przed nimi.
— Spójrz na to, Mat! Wszystko się tu może zdarzyć. Wszystko! Możemy nawet spotkać Moiraine, czekającą na nas. I Egwene. I wszystkich pozostałych.
— Jeżeli żyją. Według mnie, są równie martwi jak bard.
Uśmiech zniknął z twarzy Randa. Odwrócił się i wpatrzył w coraz bliższą bramę. Wszystko może się zdarzyć w mieście takim, jak Caemlyn. Uparcie trwał przy tej myśli.
Pomimo lekkich uderzeń bata po grzbiecie, koń nie mógł jut poruszać się szybciej. W miarę jak zbliżali się do bramy, tłum gęstniał, ludzie przepychali się, wpadając na siebie, napierając na wozy torujące sobie drogę w ciżbie. Rand był zadowolony widząc, iż większość w tłoku stanowili pokryci kurzem młodzi wędrowcy, pozbawieni dużego bagażu. Zresztą niezależnie od wieku, lwią część tłumu prącego do bram stanowili ludzie wyglądający na podróżnych, ubrani w odzież pomiętą od wielu nocy przespanych pod gołym niebem. Zmęczone konie ciągnęły rozklekotane wozy. Piesi powłóczyli nogami i patrzyli znużonym wzrokiem. Oczy ożywiały się jednak czasami, wtedy gdy patrzyli w stronę bram, jakby dostanie się do środka miało usunąć całe zmęczenie.
Bram strzegło pół tuzina Gwardzistów Królowej, ich czyste czerwono-białe kaftany i wypolerowane do połysku pełne pancerze stanowiły jaskrawy kontrast w ludzkim strumieniu przepływającym pod bramą. Wyprostowane plecy, uniesione głowy. Przypatrywali się przybyszom z pogardliwą ostrożnością. Wyglądali tak, jakby właśnie zawrócili większość z usiłujących dostać się do środka. Jednak oprócz dbania o swobodny ruch wychodzących i ganienie tych, którzy tłoczyli się zbyt gwałtownie, nie zatrzymywali nikogo.
— Pozostańcie na swoich miejscach. Nie pchajcie się. Nie pchajcie się, na Światłość! Miejsca starczy dla wszystkich, z woli Światłości. Pozostańcie na miejscach.
Zgodnie z ruchem tłumu, wóz Bunta przetoczył się powoli przez bramę i wjechał do Caemlyn.
Miasto położone było na wzgórzach, jakby na kolejnych stopniach wznoszących się ku centrum. Otaczał je następny mur, lśniący czystą bielą i przecinający wzgórza. Za murem liczne wieże i kopuły, białe, złote i purpurowe, ze szczytów wzgórz, na których je pobudowano, wydawały się spoglądać w dół, obejmując spojrzeniem pozostałe partie Caemlyn. Rand pomyślał, że musi to być owo Wewnętrzne Miasto, o którym mówił Bunt.
Sama Droga do Caemlyn zmieniła się w momencie, w którym wjechali do miasta. Była teraz szerokim bulwarem ograniczonym szerokimi pasami trawy i drzew. Trawa była brązowa, a gałęzie drzew nagie, ludzie jednak spieszyli dookoła, jakby nie widząc niczego niezwykłego. Śmiali się, rozmawiali, kłócili, robili to wszystko, co ludzie zazwyczaj robią. Tak jakby nie zdawali sobie sprawy, że tego roku nie było wiosny i może jej nie być w ogóle. Ich oczy obojętnie prześlizgiwały się po bezlistnych gałęziach, deptali po martwej,. usychającej trawię nawet nie spojrzawszy w dół. To, czego nie widzieli, było im obojętne. To, czego nie widzieli, nie istniało.
Zagapionego na miasto i ludzi Randa zaskoczyło nagłe szarpnięcie. Wóz skręcił w boczną uliczkę, węższą od bulwaru, ale przynajmniej dwukrotnie szerszą niż jakakolwiek ulica w Polu Emonda. Tłum był tutaj rzadszy, nie powodowali więc żadnego zatoru w ruchu. Bunt zatrzymał konie, odwrócił się i niepewnie popatrzył na chłopców.