— Czy to, co chowasz pod płaszczem, to rzeczywiście to, o czym mówił Holdwin?
Rand właśnie przewieszał torby przez ramię. Nie drgnął nawet.
— Co masz na myśli? — zapytał. Głos również mu nie zadrżał. Żołądek skręcał się w węzeł, lecz w tonie głosu brzmiała pewność.
Mat jedną ręką stłumił ziewnięcie, drugą trzymał wciąż pod płaszczem. Rand wiedział, że ściska sztylet z Shadar Logoth. W jego oczach, pod przewiązanym przepaską czołem, pojawiło się umęczone, spłoszone spojrzenie. Bunt unikał patrzenia w jego stronę, tak jakby wiedział, że w ukrytej dłoni trzyma broń.
— O nic szczególnego mi nie chodzi. Jeżeli wtedy usłyszeliście, że jadę do Caemlyn, to znaczy, że byliście tam wystarczająco długo, by usłyszeć inne rzeczy. Gdyby chodziło mi o nagrodę, wymyśliłbym jakąś wymówkę i wrócił pod „Gęś i Koronę”, aby pomówić z Holdwinem. Z tym że ja nie za bardzo go lubię, a tego jego znajomego w ogóle. Wydawało się, jakby bardziej chciał mieć was dwóch niż... niż cokolwiek innego.
— Nie wiem, czego on chciał — powiedział Rand. Nigdy przedtem go nie widzieliśmy.
To nawet mogła być prawda, nie był w stanie odróżnić jednego Pomora od drugiego.
— Mhm... Cóż, jak już mówiłem; nic nie wiem i chyba nie chcę wiedzieć. Dookoła jest wystarczająco dużo kłopotów dla wszystkich, po co powiększać ich liczbę, szukają własnych.
Mat pakował się tak wolno, że Rand zdążył już znaleźć się na ulicy, zanim tamten w ogóle zaczął schodzić z wozu. czekał teraz niecierpliwie. Mat gramolił się sztywno z wozu, mrucząc coś pod nosem i przyciskając do piersi łuk, kołczan oraz zrolowany koc. Głębokie cienie zalegały pod jego podkrążonymi oczyma.
Randowi zaczęło burczeć w brzuchu. Skrzywił się. Kwaśny smak w ustach i głód skręcający wnętrzności powodowały, że chciało mu się wymiotować. Mat patrzył na niego, w oczach miał pytanie:
„Dokąd pójść? Co teraz zrobić?”
Bunt pochylił się i skinął na Randa. Ten podszedł, spodziewając się usłyszeć jakąś radę odnoszącą się do Caemlyn.
— Schowałbym ten...
Stary farmer przerwał i uważnie rozejrzał się dookoła. Ludzie przeciskali się po obu stronach wozu, lecz poza paroma przekleństwami na temat tarasowania drogi, nikt nie zwracał na nich uwagi.
— Przestańcie to nosić — powiedział — schowajcie, sprzedajcie. Wyrzućcie. Taka jest moja rada. Rzeczy takie jak ta przyciągają uwagę, a jak mi się wydaje, wam na tym specjalnie nie zależy.
Wyprostował się nagle, cmoknął na konia i nie mówiąc więcej ani słowa, nie obejrzawszy się nawet, pojechał w dół zatłoczonej ulicy. Załadowany beczkami wóz wjechał niemalże prosto na nich. Rand odskoczył i zachwiał się. Kiedy ponownie spojrzał, Bunt i jego wóz zniknęli z pola widzenia.
— Co powinniśmy teraz zrobić? — dopytywał się Mat.
Szeroko otwartymi oczyma patrzył na tłoczących się dookoła ludzi, na budynki wznoszące się sześć pięter nad ulicą.
— Jesteśmy w Caemlyn, ale co mamy zrobić? Odsłonił już uszy, ale jego ręce drżały, jakby chciał zaraz z Powrotem je zatkać. Nad miastem zalegało brzęczenie, jednostajny pomruk pracy w setkach sklepów, rozmów tysięcy ludzi. Rand czuł się tak, jakby znajdował się w ogromnym ulu, pośród ciągłego bzyczenia.
— Nawet jeżeli oni są tutaj, Rand, w jaki sposób, w tym wszystkim, mielibyśmy ich odnaleźć?
— Moiraine nas znajdzie — powiedział Rand wolno.
Ogrom miasta przytłaczał ciężarem jego ramiona, miał ochotę uciec, ukryć się przed tymi wszystkimi ludźmi, przed hałasem. Pustka opuściła go, nic nie pomogły nauki Tama, przed oczyma wciąż stawały obrazy miasta. Próbował zamiast tego skoncentrować się na bezpośrednim otoczeniu, ignorując wszystko, co znajdowało się poza nim. Należy patrzeć tylko na tę jedną ulicę, jest taka sama jak w Baerlon. Baerlon, ostatnie miejsce, w którym wydawało się wszystkim, że są bezpieczni.
„Nikt nie jest już bezpieczny. Może oni wszyscy są już martwi. Co wtedy zrobię?”
— Żyją! Egwene żyje! — powiedział gwałtownie i kilku przechodniów spojrzało na niego dziwnym wzrokiem.
— Może... — odrzekł Mat. — Może... Co zrobimy, jeśli Moiraine nas nie odnajdzie? Co, jeżeli nie odnajdzie nas nikt oprócz... oprócz...
Wzdrygnął się, niezdolny wypowiedzieć tego, co przyszło mu na myśl.
— Będziemy się nad tym zastanawiać wtedy, kiedy to nastąpi. — Rand uspokajał go. — Jeśli nastąpi.
Najgorszym wyjściem byłoby zwrócenie się do Elaidy, Aes Sedai rezydującej w pałacu. Pierwej winien jechać do Tar Valon. Nie wiedział, czy Mat pamięta to, co Thom mówił o Czerwonych Ajah — a także o Czarnych — ale on oczywiście pamiętał. Żołądek skurczył się ponownie.
— Thom mówił, byśmy odnaleźli gospodę zwaną „Błogosławieństwo Królowej”. Tam pójdziemy najpierw.
— Po co? Nie stać nas nawet na jeden posiłek.
— W ostateczności jest to jakiś punkt wyjścia. Thom mówił, że możemy tam prosić o pomoc.
— Nie mogę... Rand oni są wszędzie.
Mat spuścił oczy i wbił wzrok w bruk, wydawało się, jakby kurczył się w sobie, desperacko starając się odsunąć od otaczających ich ludzi.
— Dokądkolwiek pójdziemy, oni będą tuż za nami, albo będą na nas tam czekać. W „Błogosławieństwie Królowej” będą również. Ja już nie mogę... Ja.... Nic nie powstrzyma gomora.
Rand mocno schwycił Mata za kołnierz, starał się usilnie, by mu nie drżała ręka. Potrzebował go. Być może pozostali również żyją — „Światłości, błagam!” — ale tu i teraz byli tylko oni dwaj. Myśl o samotnej dalszej podróży... Odetchnął głęboko, przełykając żółć.
Szybko rozejrzał się dookoła. Najwyraźniej nikt nie zwrócił uwagi, gdy padło imię Pomora, ludzie przechodzili obok, pogrążeni we własnych zmartwieniach. Nachylił głowę do twarzy Mata.
— Jak dotąd nam się udawało, czyż nie? — zapytał chrapliwym szeptem. — Nie złapali nas jeszcze. Nadal możemy sobie radzić, pod warunkiem, że nie zrezygnujemy. Ja nie mam zamiaru się poddawać i czekać jak owca na rzeź. Nie poddam się! No i jak? Masz zamiar sterczeć tutaj, dopóki nie umrzesz z głodu? Albo czekać na nich, by przyszli i wpakowali cię do worka?
Odwrócił się i odszedł na bok. Wbił paznokcie w dłonie, ale ręce wciąż drżały. Wtedy zobaczył, że Mat idzie obok z wzrokiem wbitym w ziemię i głęboko odetchnął.
— Przepraszam, Rand — mruknął Mat. — Zapomnijmy o tym.
Mat uważał na tyle, aby unikać wpadania na ludzi, jednocześnie wyrzucał z siebie słowa głosem zupełnie pozbawionym życia.
— Nie mogę przestać myśleć o tym, że już nigdy nie zobaczę domu. Chcę wrócić do domu. Śmiej się, jeśli chcesz, nie dbam o to. Czego nie oddałbym, aby moja matka wyklęta mnie teraz za coś. To jest jak kamienie w moim mózgu, rozpalone kamienie. Dookoła sami obcy i nie ma sposobu, aby przekonać się, komu można zaufać. O ile w ogóle komukolwiek można. Światłości, Dwie Rzeki są tak daleko, że równie dobrze mogłyby się znajdować na drugim końcu świata. Jesteśmy sami i nigdy nie wrócimy do domu. Umrzemy, Rand.
— Jeszcze nie, jeszcze nie umrzemy — odparował Rand. — Wszyscy umierają. Koło obraca się. Nie mam zamiaru jednak zwinąć się w kłębek i czekać, aż to nastąpi.
— Mówisz jak pan al’Vere — sarknął Mat, ale w jego głosie było jakby więcej życia.
— Dobrze — powiedział Rand. — Dobrze.
„Światłości, spraw, aby im się nic nie stało. Błagam, nie zostawiaj nas samych.”
Zaczął rozpytywać się o drogę do „Błogosławieństwa Królowej”. Odpowiedzi mieściły się w całej szerokiej gamie możliwości, najczęściej spotykało ich wyklinanie na wszystkich tych, którzy nie potrafią trzymać się miejsca, do jakiego przynależą, albo wzruszenia ramion i niewidzące spojrzenia. Niektórzy ludzie w ogóle nie zwracali na nich uwagi, spieszyli przed siebie, nie obdarzając pytających nawet spojrzeniem.