Выбрать главу

Człowiek o kwadratowej twarzy, niemalże tak szeroki w ramionach jak Perrin, podniósł głowę i powiedział:

— „Błogosławieństwo Królowej”, tak? Wy, wiejskie chłopaki, jesteście poddanymi Królowej?

Nosił białą kokardę na szerokoskrzydłym kapeluszu i białą opaskę na płaszczu.

— Cóż, spóźniliście się.

Odszedł, zanosząc się od śmiechu, a Mat i Rand popatrzyli na siebie w całkowitym zmieszaniu. Rand wzruszył ramionami, na pewno w Caemlyn jest wielu dziwacznych ludzi, jakich dotąd nigdy w życiu nie spotkał.

Niektórzy z nich wyróżniali się w tłumie, mieli skórę zbyt jasną lub zbyt ciemną, płaszcze o niezwykłym kroju, albo przeraźliwie jaskrawych kolorach, szpiczaste kapelusze, czasami ozdobione niezwykle długimi piórami. Były kobiety o twarzach zasłoniętych woalką, kobiety w sztywnych szatach równie szerokich jak długich, kobiety w sukniach, które odsłaniały więcej nagiej skóry, niźli Rand widział dotąd u jakiejkolwiek dziewki karczemnej. Od czasu do czasu przez zatłoczone ulice przeciskał się powóz, zdobiony w jaskrawe barwy i złocenia, ciągnięty przez czwórkę lub szóstkę koni, z uprzężą przystrojoną piórami. Wszędzie widać było lektyki, niosący przepychali się przez tłum, nie zwracając najmniejszej uwagi na tych, których odpychali na bok.

Rand widział początek bójki wywołanej w ten sposób. Grupa mężczyzn wymachiwała pięściami, podczas gdy jasnoskóry człowiek w czerwono paskowanym kapeluszu gramolił się z przewróconej na bok lektyki. Dwaj nędznie ubrani ludzie, którzy przed chwilą zdawali się być najzwyklejszymi przechodniami, rzucili się na niego, zanim zrozumiał, co się stało. Tłum widzów zaczynał wpadać w rozdrażnienie, szemrano i potrząsano pięściami. Rand pociągnął Mata za rękaw i szybko ruszył z miejsca. Ten nie potrzebował dodatkowego ponaglenia. Wrzaski uczestników rozróby ścigały ich wzdłuż ulicy.

Kilka razy różni ludzie zbaczali z drogi i podchodzili do nich. Zakurzone ubrania wskazywały, iż niedawno przybyli do miasta, a na niektórych działało to jak magnes. Jacyś mężczyźni, o skradających się sylwetkach i rozbieganych oczach, gotowi w każdej chwili do ucieczki, oferowali relikwie Logaina. Rand obliczył, że zaoferowano im wystarczającą ilość strzępów płaszcza i kawałków miecza fałszywego Smoka, by wystarczyło to na dwa miecze i pół tuzina płaszczy. Twarz Mata rozjaśniła się zainteresowaniem, przynajmniej za pierwszyzn razem, Rand jednak zbywał ich szorstką odmową, którą akceptowali skinieniem głowy, po czym wymamrotawszy szybkie — „Niech Światłość opromienia Królową, dobry panie” — znikali. Prawie na wszystkich wystawach sklepowych stały talerze i kubki ozdobione wyimaginowanymi scenami, mającymi wyobrażać fałszywego Smoka doprowadzonego przed oblicze Królowej. Na ulicach można było zobaczyć również Białe Płaszcze. Każdy z nich szedł otoczony kręgiem pustej przestrzeni, który poruszał się wraz z nim, dokładnie tak, jak to było w Baerlon.

Randowi najbardziej zależało właśnie na tym, by pozostać nie zauważonym. Miecz schował pod płaszczem, ale na długo nie mogło się to zdać... Wcześniej czy później ktoś będzie chciał przekonać się, co tam ukrywa. Nie chciał nie mógł — zastosować się do rady Bunta i przestać go nosić. Była to więź łącząca go z Tamem. Z ojcem.

Wielu przechodniów również nosiło miecze, ale u żadnego z nich znak czapli nie przykuwał wzroku. Jednak wszyscy mieszkańcy Caemlyn i niektórzy przyjezdni nosili swoje miecze owinięte w pasy materiału, zakrywające i pochwę, i rękojeść — czerwony materiał przewiązany był białym sznurem, a biały czerwonym. Setki znaków czapli mogły być pod tym ukryte i nikt niczego by nie zauważył. Ponadto, podporządkowanie się obowiązującym zwyczajom sprawiłoby, że bardziej zlaliby się z tłumem.

Przed wieloma sklepami stały stoły, na których wystawiono materiał i sznur. Rand przystanął przed jednym z nich. Czerwony był tańszy niż biały, a ponieważ poza barwą nie rozniły się niczym, to pomimo skarg Mata na temat tych żałosnych resztek pieniędzy, jakie im zostały, Rand nabył czerwony materiał i biały sznur do przewiązania go. Sprzedawca o zaciśniętych wargach obejrzał ich od stóp do głów i wykrzywiając usta wziął od Randa miedziaki. Kiedy zapytali o miejsce, w którym mogliby owinąć miecz, obrzucił ich przekleństwami.

— Nie przyjechaliśmy po to, by zobaczyć Logaina powiedział spokojnie Rand. — Chcemy tylko zwiedzić Caemlyn.

Przypomniał sobie słowa Bunta i dodał:

— Największe miasto na świecie. Grymas nie opuścił twarzy sprzedawcy.

— Niech Światłość oświeca dobrą Królową Morgase — spróbował jeszcze raz Rand.

— Jeżeli zachciewa wam się kłopotów — powiedział kwaśno człowiek — to w zasięgu mojego głosu jest około setki ludzi i oni zajmą się wami, nawet jeśli nie uczyni tego Gwardia.

Przerwał, by splunąć, mijając but Randa jedynie odrobinę.

— Wynoście się do swoich brudnych spraw.

Rand kiwnął głową, jakby właśnie został niezwykle uprzejmie pożegnany i pociągnął Mata za sobą. Ten przez cały czas oglądał się przez ramię na sklep i mruczał coś do siebie, dopóki Rand nie wepchnął go do pustego zaułka. Odwróceni plecami do ulicy mogli zrobić, co zamierzali, nie zwracając uwagi przechodniów. Rand odpiął pas i zabrał się do owijania miecza.

— Założę się, że policzył ci podwójną cenę za ten cholerny materiał — powiedział Mat. — Potrójną.

Cała rzecz nie była taka prosta, jak się wydawało, należało dokładnie zabezpieczyć miecz pasami materiału, a potem ściśle okręcić sznurem tak, aby nie wypadł.

— Oni wszyscy będą usiłowali nas oszukać, Rand. Myślą, że tak jak inni przyjechaliśmy tutaj zobaczyć fałszywego Smoka. Będziemy mieli szczęście, jeżeli ktoś nie da nam po głowie, gdy będziemy spali. To nie jest dobre miejsce dla nas. Jest tu za dużo ludzi. Lepiej od razu jedźmy do Tar Valon. Albo na południe do Illian. Nie miałbym nic przeciwko zobaczeniu, jak przygotowują Polowanie na Róg. Jeżeli nie możemy jechać do domu, po prostu jedźmy dokąd indziej.

— Ja zostaję — odrzekł Rand. — Jeśli jeszcze ich tu nie ma, to przyjadą wcześniej czy później, będą nas szukać. Nie był pewien, czy owinął miecz dokładnie w taki sposób, w jaki czynili to wszyscy, ale czaple na pochwie i rękojeści nie były widoczne, pomyślał więc, że to wystarczy. Kiedy wracali na ulicę, pewien był, że pozbył się jednej z rzeczy, które mogły spowodować kłopoty. Mat szedł za nim tak bezwolnie, jakby był ciągnięty na smyczy.

Krok po kroku udało mu się uzyskać pożądane wskazówki. Były początkowo niejasne, w rodzaju: „gdzieś w tym kierunku” czy „dalej tą drogą”. Im bardziej jednak zbliżali się do celu, tym jaśniejsze stawały się informacje, aż wreszcie stanęli przed szerokim, kamiennym budynkiem. Ponad skrzypiącymi na wietrze drzwiami widniał znak. Mężczyzna klęczał przed złotowłosą kobietą w koronie, która jedną rękę opierała na jego pochylonej głowie. „Błogosławieństwo Królowej”.

— Jesteś pewien? — zapytał Mat.

— Oczywiście — odrzekł Rand.

Wziął głęboki oddech i pchnął drzwi.

Ogólna sala była wielka, wyłożona ciemnym drewnem. Ogrzewał ją ogień rozpalony na dwóch kominkach. Jedna ze służących myła podłogę, pomimo tego że była zupełnie czysta, inna w kącie polerowała lichtarze. Obie uśmiechnęły się do wchodzących, po czym wróciły do pracy.