Jedynie przy kilku stołach siedzieli ludzie, można powiedzieć, że nawet tuzin stanowił tłum o tak wczesnej porze dnia. Mimo to nikt nie wyglądał na szczególnie uszczęśliwionego widokiem Randa i Mata, choć wyglądali przecież czysto i byli trzeźwi. Woń smażonego mięsa i pieczonego chleba spowodowała, że Randowi ślina napłynęła do ust.
Karczmarz był gruby, przyjemnie było spojrzeć na jego rumianą twarz, sztywno wykrochmalony biały fartuch, siwiejące włosy zaczesane do tyłu na łysinę, której nie zakrywały całkowicie. Ostrym wzrokiem objął ich od stóp do głów, zauważając zakurzone odzienie, tobołki i znoszone buty, ale z jego twarzy nie zniknął przecież uprzejmy, pełen gotowości uśmiech. Nazywał się Basel Gill.
— Panie Gill — zaczął Rand — skierował nas tutaj przyjaciel. Nazywa się Thom Merrilin. On...
Uśmiech karczmarza zniknął. Rand popatrzył na Mata, ale ten zbyt był zajęty wąchaniem zapachów dochodzących z kuchni, by zwracać uwagę na coś więcej.
— Coś nie tak? Pan przecież go zna?
— Znam go — odpowiedział lakonicznie Gill. Wydawał się bardziej zainteresowany skrzynką kieliszków, które stały obok Randa, niźli czymkolwiek innym.
— Chodź ze mną.
Odrzucił głowę do tyłu. Rand skinął na Mata i poszedł za karczmarzem, zastanawiając się, o co w tym wszystkim chodzi.
W kuchni pan Gill zatrzymał się na chwilę, aby powiedzieć coś do kucharki. Okrągła kobieta, o włosach związanych w kok z tyłu głowy, niemalże dorównywała wagą gospodarzowi. Podczas gdy Gill mówił, wciąż mieszała coś w garnkach. Zapachy były niesamowite. Wprawdzie po dwudniowej głodówce każde jedzenie pachniało wyśmienicie, ale to było bez wątpienia tak dobre, jak kuchnia pani al’Vere. Żołądek Randa zawył. Mat, z nosem wysuniętym do przodu, szedł prosto w stronę garnków. Rand trącił go łokciem, Mat pośpiesznie obtarł policzek, po którym ściekła mu ślina.
A wtedy karczmarz poprowadził ich śpiesznie w kierunku tylnych drzwi. W stajni obejrzał się dookoła, aby sprawdzić, czy nikogo nie ma w pobliżu i natarł na nich. To znaczy na Randa.
— O co chodzi, chłopcze?
— Flet Thoma — odpowiedział Rand powoli. Otworzył futerał, jakby pokazywanie cyzelowanego złotem i srebrem fletu mogło w czymś pomóc. Ręka Mata wślizgnęła się pod płaszcz.
Pan Gill nie spuszczał oczu z Randa.
— Tak, poznaję go. Wystarczająco często widziałem, jak na nim grał i z pewnością nie ma dwóch takich samych poza królewskim dworem.
Uprzejmy uśmiech zniknął z jego twarzy, ostre spojrzenie cięło nagle jak sztylet.
— Skąd go masz? Thom prędzej pozbyłby się ręki niż tego fletu.
— Dał mi go.
Rand zdjął z pleców zwinięty płaszcz Thoma i rozpostarł częściowo na podłodze, wystarczająco, by można było zauważyć kolorowe łaty i jeden koniec futerału harfy.
— Thom nie żyje, panie Gill. Jeżeli był pańskim przyjacielem, to bardzo mi przykro. Moim był również.
— Nie żyje powiadasz. Jak?
— Jeden... człowiek próbował nas zabić. Thom wepchnął mi w ręce te rzeczy i kazał uciekać.
Łaty powiewały na wietrze jak motyle. Rand poczuł, jak go ściska w gardle, uważnie zaczął zwijać płaszcz.
— Zostalibyśmy zabici, gdyby nie on. Razem podążaliśmy do Caemlyn. Powiedział nam, abyśmy przyjechali tutaj, do pańskiej karczmy.
— Uwierzę w to, że jest martwy — powiedział wolno karczmarz — kiedy zobaczę jego ciało.
Trącił czubkiem buta zwinięty w tobołek płaszcz i gwałtownie kaszlnął.
— Nie. Nie. Wierzę wam, że widzieliście, coście widzieli, nie wierzę po prostu, że zginął. Trudniej niźli wam się wydaje, zabić starego Thoma Merrilina.
Rand położył dłoń na ramieniu Mata.
— Wszystko w porządku, Mat. To przyjaciel.
Pan Gill spojrzał na Mata i westchnął.
— Przypuszczam, że tak jest.
Mat wyprostował się powoli, ramionami otoczył klatkę piersiową. Wciąż uważnie i bardzo dokładnie wpatrywał się w karczmarza.
— Podążaliście do Caemlyn, powiadasz? — Karczmarz potrząsnął głową. — To jest chyba ostatnie miejsce na ziemi, w którym spodziewałbym się spotkać Thoma. z wyjątkiem może Tar Valon.
Poczekał, aż prowadzący konia stajenny przeszedł obok, a mimo to zniżył głos.
— Macie kłopoty z Aes Sedai, jak rozumiem.
— Tak — wymamrotał Mat, a w tym samym momencie Rand zapytał:
— Dlaczego pan tak uważa?
Pan Gill zaśmiał się sucho.
— Znałem tego człowieka, oto dlaczego. On właśnie Wpakowałby się w ten rodzaj kłopotów, szczególnie po to, by pomóc kilku chłopcom w waszym wieku...
W jego oczach zamigotało wspomnienie, po chwili wyprostował się i uważnie na nich spojrzał.
— Teraz... hm... Nie rzucam żadnych oskarżeń, zrozumcie, lecz... hm... Nie uważam, abyście mogli... hm... O co mi chodzi... hm... na czym dokładnie polegają wasze kłopoty z Tar Valon, jeśli mogę zapytać?
Rand dostał gęsiej skórki, gdy zrozumiał, co ten człowiek sugeruje. Jedyna Moc.
— Nie, nie, nic z tych rzeczy, przysięgam. Jedna z Aes Sedai nawet nam pomagała. Moiraine...
Ugryzł się w język, ale wyraz twarzy karczmarza nie zmienił się nawet na jotę.
— Miło to słyszeć. Nie żebym specjalnie kochał Aes Sedai, ale lepiej one, niż... niż inne rzeczy.
Powoli pokiwał głową.
— Za dużo mówi się ostatnio o tych rzeczach, odkąd sprowadzili tu Logaina. Nie chciałem was obrazić, rozumiecie, ale... cóż, po prostu musiałem wiedzieć, nieprawdaż?
— Żadnej obrazy — powiedział Rand.
Mamrotanie Mata było zupełnie niezrozumiałe, karczmarz postanowił jednak wziąć je za dobrą monetę.
— Obaj wyglądacie na ludzi właściwego rodzaju, i wierzę, że byliście, jesteście, przyjaciółmi Thoma, ale wszak są to ciężkie czasy i trudne dni. Nie przypuszczam, byście mogli zapłacić? Nie, nie myślę tak. A teraz niczego nie ma w wystarczającej ilości, a to co jest, kosztuje majątek, dlatego też dam wam łóżka nie najlepsze, ale za to ciepłe i suche, oraz coś do zjedzenia. Niestety nie mogę obiecać więcej, niezależnie od tego co powinienem.
— Dziękuję — odpowiedział Rand, patrząc kpiąco na Mata. — To więcej, niż się spodziewaliśmy.
„Co to jest właściwy rodzaj ludzi i dlaczego powinien obiecać więcej?”
— Cóż, Thom to dobry przyjaciel. Stary przyjaciel. Gorąca głowa i nazbyt skłonny do mówienia najgorszych z możliwych rzeczy, i to jedynej osobie, której tego robić nie powinien, ale dobry przyjaciel w każdym razie. Jeżeli nie pokaże się... cóż, wtedy coś wymyślimy. Najlepiej żebyście nic nie mówili, nic o pomagających wam Aes Sedai. Jestem dobrym poddanym Królowej, ale zbyt wielu jest teraz w Caemlyn takich, którzy mogliby to źle zrozumieć, i nie mówię tylko o Białych Płaszczach.
Mat parsknął.
— Wedle mnie, kruki mogłyby zanieść wszystkie Aes Sedai prosto do Shayol Ghul!
— Powściągnij swój język, chłopcze — warknął karczmarz. — Powiedziałem, że ich nie lubię, a nie że jestem głupcem, który uważa, że stoją za każdym złem, jakie się wydarza. Królowa udziela swojego poparcia Elaidzie, a za Królową stoi Gwardia. Z woli Światłości wszystko nie idzie jeszcze tak źle, aby to się miało zmienić. W każdym razie, ostatnimi czasy niektórzy Gwardziści tak potracili głowy, że bywają odrobinę nieprzyjemni dla ludzi, o których wiedzą, że rozmawiają o Aes Sedai. Oczywiście nie na służbie, Światłości dzięki, niemniej jednak to się zdarza, co właściwie nie robi różnicy. Nie mam ochoty, aby jacyś Gwardziści po godzinach służby zdemolowali mi karczmę, tylko po to, by udzielić wam nauczki, wcale nie pragnę, by Białe Płaszcze podburzyły kogoś, by ten namalował Smoczy Kieł na moich drzwiach. Dlatego też, jeśli chcecie mi jakoś pomóc, swoje poglądy na temat Aes Sedai zatrzymajcie dla siebie, niezależnie od tego, jaki jest ich charakter.