— Ktoś powiedział mi — odrzekł Rand — że kiedyś miejsce to nazywało się Manetheren. Ja nigdy nie słyszałem tej nazwy, lecz może ty...
Uszy Ogira uniosły się ze szczęścia.
— Ach! Tak. Manetheren.
Pędzelki opadły na powrót.
— Był tam bardzo piękny gaj. Twój ból śpiewa w moim sercu, Randzie al’Thor. Nie zdążyliśmy na czas.
Loial pochylił się na krześle, Rand również przygiął plecy. Spodziewał się, że Loialowi może być przykro, jeśli zachowa się inaczej i ostatecznie jednak okaże się niegrzeczny. Zastanawiał się, czy Ogir uważa, że ma on taką samą pamięć, jaką wydawali się mieć Ogirowie. Kąciki oczu i ust Loiala pozostawały opuszczone, tak jakby dzielił ból straty Ranch, tak jakby zniszczenie Manetheren nie nastąpiło dwa tysiące lat temu, lecz niedawno i jakby nie było czymś, o czym Rand dowiedział się wyłącznie z opowieści Moiraine.
Po chwili Loial westchnął.
— Koło obraca się — powiedział — i nikt nie zna kierunku obrotów. Lecz ty oddaliłeś się od domu równie daleko jak ja. Na bardzo znaczącą odległość, biorąc pod uwagę dzisiejszy kształt świata. Kiedy drogi były otwarte, wszystko oczywiście wyglądało inaczej... ale to daleka przeszłość. Powiedz mi, co zawiodło cię tak daleko? Czy również chciałeś coś zobaczyć?
Rand otworzył usta, by powiedzieć, że przybyli tutaj, aby zobaczyć fałszywego Smoka — ale nie mógł skłamać. Być może dlatego, iż Loial zachowywał się, jakby nie był starszy od niego, jakby miał dziewięćdziesiąt lat i jednocześnie wcale nie. Może dla Ogira dziewięćdziesiąt lat oznaczało wiek podobny do tego, w jakim sam był. Minęło dużo czasu, odkąd mógł szczerze powiedzieć komuś o tym, co naprawdę się zdarzyło. Cały czas powstrzymywał go strach, że słuchacz może okazać się Sprzymierzeńcem Ciemności, albo pomyśli w ten sposób o nim. Mat był tak zatopiony w sobie, karmiąc własne strachy swoimi podejrzeniami, że nie był dobrym partnerem do rozmowy. Rand zorientował się, że opowiada Loialowi o Zimowej Nocy. I to nie mglistą historyjkę o Sprzymierzeńcach Ciemności, ale prawdę o trollokach włamujących się przez drzwi i o Pomorze na Drodze Kamieniołomu.
Coś w nim przerażone było tym, co robi, ale było tak, jakby składał się z dwóch ludzi, jeden usiłował pohamować swój język, podczas gdy drugi czuł tylko ulgę, spowodowaną możliwością opowiedzenia prawdy. W rezultacie potykał się, jąkał i gubił wątek. Shadar Logoth i nagłe rozstanie z przyjaciółmi, niepewność czy w ogóle żyją. Pomor w Białym Moście i Thom ginący, aby umożliwić im ucieczkę. Pomor w Baerlon. Później Sprzymierzeńcy Ciemności, Howal Gode i chłopiec, który ich się bał, kobieta która chciała zabić Mata. Półczłowiek pod drzwiami „Gęsi i Korony”.
Kiedy zaczął paplać o snach, nawet ta część jego osoby, która chciała mówić, nie mogła nie zwrócić uwagi na mrówki biegające po krzyżu. Ugryzł się w język i mocno zacisnął zęby. Oddychając gwałtownie przez nos, uważnie obserwował Ogira i miał nadzieję, iż wspomniał, że chodzi tu tylko o koszmary. Światłość jedna wie, że to wszystko brzmiało jak relacja z sennego koszmaru, albo asumpt do wywołania takiego koszmaru u słuchacza. Może Loial pomyśli po prostu, że oszalał. Może...
— Ta’veren — powiedział Ogir.
Rand zamrugał.
— Co?
— Ta’veren.
Loial podrapał się za uchem grubym palcem i lekko wzruszył ramionami.
— Starszy Haman mówił zawsze, że nie uważam, ale czasami słuchałem. Czasami uważałem. Wiesz oczywiście, jak splata się Wzór?
— Nigdy o tym nie myślałem — odpowiedział Rand. — On po prostu jest.
— Hm... tak... cóż... Niezupełnie. Koło Czasu tka Wzór Wieków, a jako przędzę wykorzystuje nasze żywoty. Wzór nie jest ustalony, nie zawsze. Jeżeli człowiek chce zmienić kierunek swego życia, a we Wzorze jest na to miejsce, wówczas Koło po prostu wplata zmianę we Wzór. Zawsze jest miejsce na niewielkie odstępstwa, lecz czasami Wzór zwyczajnie nie akceptuje dużej zmiany, niezależnie od tego jak usilnie staramy się jej dokonać. Rozumiesz`?
Rand pokiwał głową.
— Mogę mieszkać na farmie albo w Polu Emonda, i decyzja oznacza tutaj dokonanie niewielkiej zmiany. Ale gdybym chciał zostać królem, wtedy...
Roześmiał się. Loial zrobił grymas, który niemalże rozdzielił jego twarz na pół. Zęby miał białe, szerokie jak dłuta.
— Tak, o to właśnie chodzi. Lecz czasami zmiany wybierają ciebie, czy też Koło ciebie wybiera. A czasami Koło wywija nić życia, czy też kilka nici, w taki sposób, że wszystkie otaczające ją nici muszą owijać się dookoła niej, a to pociąga za sobą inne nici, tamte jeszcze inne, i tak dalej i dalej. To pierwsze skręcenie, które tworzy Splot, to jest właśnie ta’veren i nic nie można zrobić, aby go odmienić, dopóki ten Wzór sam się nie zmieni. Splot — ta’maral’ailen, jak to się nazywa — może utrzymywać się przez tygodnie lub całe lata. Obejmować może jedną miejscowość albo cały Wzór. Artur Hawkwing był ta’veren. Podobnie, jeśli już o to chodzi, uważam, że był nim również Lews Therin Zabójca Rodu.
Wydał z siebie buczący chichot.
— Starszy Haman byłby ze mnie dumny. On zawsze tak nudnie mówił, a książki o podróżach były niezwykle interesujące, niemniej czasami słuchałem.
— To wszystko bardzo pięknie — powiedział Rand — ale nie rozumiem, co to ma wspólnego ze mną. Jestem pasterzem, a nie Arturem Hawkwingiem. Mat i Perrin również nie. To jest po prostu...bezsensowne.
— Nie mówię, że miałbyś być, ale słuchając twojej opowieści niemalże wyczuwam wirowanie Wzoru, a przecież nie mam tu Talentu. Jesteś ta’veren i tyle. Ty, a może. również twoi przyjaciele.
Ogir przerwał i w namyśle potarł krawędź swego szerokiego nosa. Ostatecznie pokiwał głową, jakby potwierdzając powziętą decyzję.
— Chciałbym podróżować z tobą, Rand.
Przez chwilę Rand patrzył tylko na niego, zastanawiając się, czy dobrze usłyszał.
— Ze mną? — wykrzyknął, kiedy już był w stanie dobyć z siebie głosu. — Czy nie słyszałeś, jak mówiłem o...
Nagle spojrzał na drzwi. Były szczelnie zamknięte i wystarczająco grube, by ktoś podsłuchujący z drugiej strony mógł usłyszeć jedynie niewyraźne mruczenie, nawet gdyby przycisnął ucho do drewnianej płyty. Tym niemniej kontynuował przyciszonym głosem:
— O tym, kto mnie ściga? Tak czy owak, myślałem, że zależy ci na zobaczeniu swoich drzew.
— W Tar Valon jest piękny gaj. Słyszałem, że Aes Sedai dobrze się nim opiekują. Oprócz tego, to nie tylko drzewa chciałem zobaczyć. Być może nie jesteś kolejnym Arturem Hawkwingiem, lecz na pewien czas część świata kształtuje się wokół ciebie, najprawdopodobniej nawet teraz to się dzieje. Nawet Starszy Haman chciałby to zobaczyć.
Rand wahał się. W drodze dobrze byłoby mieć jeszcze kogoś. Sposób, w jaki zachowywał się Mat, czynił jego towarzystwo czymś niewiele lepszym od zupełnej samotności. Wygląd Loiala dodawał otuchy. Być może był młody, biorąc pod uwagę rachubę wieku jaką stosowali Ogirowie, ale zdawał się być niewzruszony jak skała, dokładnie tak jak Tam. A nadto był w wielu różnych miejscach, wiedział też dużo o innych. Spojrzał na szeroką twarz Ogira, siedzącego obok niczym uosobienie cierpliwości. Wyższego w pozycji siedzącej, niźli większość ludzi na stojąco.
„Jak można ukryć kogoś mierzącego niemalże dziesięć stóp wzrostu?”
Westchnął i potrząsnął głową.