Выбрать главу

Ani na chwilę nie odrywając wzroku od konia, nacięła powróz, trzymając palec przytknięty do ostrza, by kontrolować głębokość cięcia. Oddech jej zamarł, gdy koń potrząsnął łbem.

„Tylko jedno parsknięcie.”

Wyczuła pod palcami, że pozostało już tylko kilka cienkich włókienek. Powoli ruszyła w stronę następnego powroza, obserwując konia do chwili, w której już nie wiedziała, czy na nią patrzy, potem zaczerpnęła powietrza. Jeśli one wszystkie takie są, to najpewniej niebawem będzie już po niej.

Jednakże przy kolejnym palu, przy następnym i jeszcze następnym, konie się nie obudziły, pomimo tego nawet, że jęknęła z bólu, gdy zacięła się w palec. Ssąc ranę, obejrzała się ostrożnie w kierunku, z którego przyszła. Ponieważ stała pod wiatr, nie słyszała już słów, które wymieniali z sobą strażnicy, za to oni mogli ją usłyszeć, jeśli znaleźliby się we właściwym miejscu. Gdyby przyszli sprawdzić, co to za szmer, nie usłyszałaby, że nadchodzą, dopóki nie weszliby prosto na nią.

„Czas iść. Nie będą nikogo ścigać, jeśli stracą cztery z pięciu koni.”

Nie poruszyła się jednak. Potrafiła sobie wyobrazić wzrok Lana, gdyby usłyszał, co zrobiła. Nie byłoby w nim oskarżenia, jej rozumowanie było uzasadnione i on nie oczekiwałby od niej nic więcej. Jest Wiedzącą, a nie jakimś wspaniałym i niezwyciężonym, przeklętym Strażnikiem, który potrafił stawać się zupełnie niewidzialny. Z zaciśniętymi zębami ruszyła do ostatniego pala. Stała przy nim Bela.

Nie mogło być wątpliwości, czym jest ten krępy, kudłaty kształt. Identyczny koń, w tym właśnie miejscu stanowiłby zbyt duży zbieg okoliczności. Ucieszyła się tak bardzo, iż nie bacząc na to, że cała się trzęsie, zrezygnowała z decyzji pominięcia ostatniego szeregu. Dygotały jej ręce i nogi, bała się nawet dotknąć powroza, lecz umysł pozostał czysty jak nurt Winnej Jagody. Niezależnie od tego, który z chłopców był w obozie, była w nim również Egwene. I jeśli będą uciekać, we dwoje dosiadając jednego konia, Synowie Światłości ich złapią, pomimo rozproszonych koni i wówczas niektórzy zginą. Była tego pewna, jak myśli, które pojawiały się wtedy, gdy słuchała wiatru. Żołądek przeszyła włócznia strachu, strachu przed nieodwołalnym charakterem tej wiedzy właśnie. Nie miało to nic wspólnego z pogodą, zbiorami albo chorobą.

„Po co Moiraine mi powiedziała, że mogę używać Mocy? Dlaczego nie zostawiła mnie w spokoju?”

O dziwo, skurcz lęku uspokoił drżenie dłoni. Ruchami tak pewnymi, jakby kruszyła zioła we własnym domu, przecięła pierwszy powróz, później pozostałe. Schowała sztylet do pochwy i odwiązała wodze Beli. Kudłata klacz wzdrygnęła się, kiedy ją przebudzono, podrzuciła łeb, lecz Nynaeve pogładziła ją po chrapach i wyszeptała kilka uspokajających słów do jej ucha. Bela parsknęła z wyraźnym zadowoleniem.

Pozostałe konie stojące w tym szeregu również się przebudziły i patrzyły na nią. Ze strachem przypomniała sobie reakcje Mandarba i sięgnęła po następne wodze, koń jednak wcale się nie opierał obcej dłoni. W rzeczy samej wydawało się, że też pragnie, aby go pogładzono po chrapach tak jak Belę. Chwyciła mocno wodze Beli i owinęła sobie drugie wokół przegubu dłoni, cały czas nerwowo obserwując obóz. Niewyraźne zarysy namiotów znajdowały się w odległości zaledwie trzydziestu jardów, widziała spacerujących pośród nich ludzi. Gdyby zauważyli poruszenie wśród koni i przyszli sprawdzić, co jest tego powodem...

Desperacko pragnęła, by Moiraine nie czekała na jej powrót. Cokolwiek Aes Sedai zamierzała zrobić, niech lepiej zrobi to teraz.

„Światłości, niech ona zrobi to teraz, zanim...”

Nagle niebo nad jej głową roztrzaskała błyskawica, na krótki moment rozpraszając ciemność. Grzmot poraził jej uszy z taką siłą, że omal nie padła na kolana, gdy poszarpany trójząb, rozbryzgując fontannę pyłu i kamieni, ugodził w ciemię niemalże tuż obok. Donośny trzask pękającej ziemi zlał się z rykiem grzmotu. Konie oszalały, zaczęły rżeć i wierzgać, powrozy pękały jak cienkie nici w miejscach, w których je ponacinała. Nim jeszcze zgasło lśnienie poprzedniego wyładowania, z nieba runęła kolejna błyskawica.

Nynaeve była zbyt zajęta, by napawać się triumfem. Po pierwszym uderzeniu Bela rzuciła się w jedną stronę, zaś drugi koń wyrywał się, wierzgając w przeciwnym kierunku. Mima wrażenie, że wyrwą jej ramiona ze stawów. Przez jedną, nie kończącą się chwilę wisiała w powietrzu, ze stopami oderwanymi od ziemi, jej krzyk zagłuszył kolejny łoskot. Rozbłysła następna błyskawica, po niej następna i jeszcze jedna, przy wtórze nieprzerwanego, wściekłego ryku walącego się z nieba. Konie, gdy wędzidła szarpnęły im pyski, zawróciły. Nynaeve runęła na ziemię. Miała ochotę przykucnąć i rozetrzeć storturowane dłonie, lecz nie było czasu. Bela i ten drugi koń wpadły prosto na nią, przewracając białymi, rozszalałymi oczyma, w każdej chwili mogąc ją przewrócić i stratować. Jakimś cudem uniosła ręce, wczepiła dłonie w grzywę Beli i podciągnęła na grzbiet klaczy. Drugie wodze, nadal owinięte wokół przegubu, wpiły się głęboko w jej ciało.

Szczęka jej niemalże opadła ze zdumienia, gdy zobaczyła podłużny, szary cień kłębiący się obok, który najwyraźniej ignorował ją i jej konie, szczerzył natomiast kły w stronę rozszalałego stada, uciekającego teraz we wszystkich kierunkach. Tuż za nim podążał następny cień śmierci. Nynaeve zapragnęła jeszcze raz krzyknąć, ale nie potrafiła wydobyć dźwięku ze ściśniętego gardła.

„Wilki! Światłości, dopomóż nam! Co robi Moiraine?”

Niepotrzebnie wbijała pięty w boki Beli. Klacz ruszyła w cwał, drugi koń nadzwyczaj chętnie poszedł w jej ślady. Gnać naprzód, dokądkolwiek, tak daleko, jak tylko można, jak najdalej uciec przed tym ogniem, który lunął z nieba i zabił noc...

38

Odsiecz

Pomimo związanych na plecach nadgarstków, Perrin usiłował znaleźć wygodniejszą pozycję, aż wreszcie westchnął i poddał się. Za każdym razem, gdy przestawał go gnieść jeden kamień, pojawiały się dwa następne. Niezdarnie owinął się płaszczem. Noc była zimna, ziemia wysysała całe ciepło. I trwało to tak, odkąd pojmały ich Białe Płaszcze. Zdaniem Synów Światłości więźniowie nie potrzebowali ani koty, ani dachu nad głową.

Egwene, skulona w kłębek, wtulona w jego plecy w poszukiwaniu ciepła, spała głębokim snem wyczerpania. Nawet nie mruknęła, kiedy się poruszył. Perrina bolały wszystkie mięśnie, w rezultacie całodniowej wędrówki za koniem z postronkiem na szyi. Jednakże sen nie chciał do niego przyjść.

Kolumna poruszała się stosunkowo powoli. Jako że większość remont przepadła podczas potyczki z wilkami w stedding, Synowie Światłości nie parli na południe tak szybko, jak by chcieli. Zwłoka ta była powodem jeszcze jednego zarzutu, jaki wysuwano przeciwko dwojgu mieszkańcom Pola Emonda. Niemniej jednak podwójny, wijący się szereg parł naprzód stałym tempem — lord Bornhald miał zamiar dotrzeć za wszelką cenę do Caemlyn na czas — i Perrin cały czas czuł czający się gdzieś w zakamarku jego umysłu lęk, że jeśli upadnie, to wówczas Biały Płaszcz trzymający jego smycz nie zatrzyma się, nie dbając o rozkaz lorda kapitana Bornhalda, w myśl którego miano ich zachować przy życiu, aby mogli stanąć przed śledczymi w Amadorze. Wiedział, że jeśli do tego dojdzie, nic go nie uratuje. Ręce rozwiązywano mu jedynie wtedy, gdy jadł oraz na czas wizyt przy dole kloacznym. Z powodu postronka każdy krok był ważny, każdy kamyk pod stopą mógł się okazać zgubny. Szedł, cały czas napięty, badając grunt pełnym niepokoju wzrokiem. Gdy patrzył na Egwene, widział, że postępuje tak samo. Kiedy spotykała jego wzrok, jej twarz robiła się napięta i przestraszona. Żadne z nich nie ważyło się oderwać oczu od ziemi na dłużej, niż tylko na chwilę.