Gdy tylko Białe Płaszcze przystawały, osuwał się na ziemię niczym wyżęta szmata, tego jednak wieczoru myśli cwałowały. Skóra mu cierpła ze strachu, strachu który gromadził się od wielu już dni. Wystarczyło, że zamknął oczy, a widział to wszystko, co według Byara czekało ich zaraz po przybyciu do Amadoru.
Był przekonany, że Egwene nadal nie wierzy w wizje, jakie Byar rysował tym swoim beznamiętnym głosem. Gdyby wierzyła, nie byłaby w stanie spać, choćby nie wiadomo jak zmęczona. Z początku on też nie dowierzał. Nadal nie chciało mu się to pomieścić w głowie -- ludzie po prostu nie robią takich rzeczy innym ludziom. Jednakże Byar właściwie wcale nie groził, opowiadał o rozpalonym żelazie i kleszczach, o nożach do cięcia skóry i igłach do nakłuwania, w taki sposób, jakby mówił o piciu wody. I na pozór wcale nie po to, aby ich przestraszyć. W jego wzroku nie było nawet śladu, przyjemności czerpanej z czyjegoś przerażenia. Po prostu zupełnie nie dbał o to, czy boją się, czy będą torturowani, wreszcie czy będą żyć, czy umrą. W chwili kiedy Perrin to zrozumiał, zimny pot spłynął mu po twarzy. Dotarło do niego, że Byar po prostu mówi prawdę.
Płaszcze dwóch strażników zalśniły szaro w bladym świetle księżyca. Nie mógł dostrzec ich twarzy, wiedział jednak, że go obserwują. Jak by, ze :wiązanymi nogami i rękoma mógł próbować cokolwiek zrobić. Dopóki jeszcze było dostatecznie dużo światła, widział obrzydzenie w ich oczach i ostre spojrzenia, zupełnie jakby musieli strzec jakichś plugawych potworów, cuchnących i wstrętnych. Wszyscy Synowie Światłości tak na nich patrzeli. Przez cały czas.
„Światłości, jak mam ich przekonać, że nie jesteśmy Sprzymierzeńcami Ciemności, skoro oni są tego pewni?”
Jego żołądek skręcały mdłości. W końcu prawdopodobnie przyzna się do wszystkiego, po to tylko, by Śledczy dali mu spokój.
Ktoś nadchodził, jakiś Biały Płaszcz z latarnią w ręku. Zatrzymał się, by zagadać do strażników. Odpowiedzieli mu z wyraźnym szacunkiem. Perrin nie dosłyszał, o czym mowa, rozpoznał natomiast wysoką, posępną postać.
Zmrużył oczy, gdy latarnię przystawiono mu do twarzy. Byar trzymał w drugiej ręce jego topór, najwyraźniej już zdążył go sobie przywłaszczyć. W każdym razie Perrin nie zauważył, żeby się z nim rozstawał choćby na chwilę.
— Obudź się — powiedział obojętnie Byar, jakby uważał, że Perrin śpi z podniesioną głową.
Słowa poparł silny kopniak w żebra.
Perrin mruknął przez zaciśnięte zęby. Jego boki były już sine od butów Byara.
— Powiedziałem, obudź się.
Noga podniosła się ponownie, więc Perrin szybko odpowiedział:
— Nie śpię.
Należało zawsze uważać na to, co mówił Byar, w przeciwnym razie znajdował inne sposoby na przykucie uwagi. Byar postawił latarnię na ziemi i pochylił się, by sprawdzić więzy Perrina. Szarpnął brutalnie za nadgarstek, wykręcając ręce w stawach. Stwierdziwszy, że węzły są równie mocne, jak wtedy, gdy je zadzierzgał, pociągnął za sznur przy kostkach. Nogi chłopca gwałtownie poszurały po kamienistym podłożu. Byar wyglądał na zbyt kościstego, aby można było spodziewać się po nim takiej siły, radził sobie jednakże z Perrinem jak z dzieckiem. Ten rytuał powtarzał się co noc.
Kiedy Byar się prostował, Perrin spostrzegł, że Egwene wciąż śpi.
— Obudź się! — krzyknął. — Egwene! Obudź się!
— C-co... ? Co takiego?
Pełen strachu głos Egwene był wciąż lekko przytłumiony przez sen. Uniosła głowę, mrugając na widok światła latarni. Byar nie okazał rozczarowania, że nie może jej obudzić kopniakiem, nigdy niczego nie okazywał. Ignorując pojękiwania, szarpnięciami sprawdził więzy dziewczyny, podobnie jak postąpił wcześniej z Perrinem. Ból sprawiany innym był jedną z tych rzeczy, które zdawały się nie wywierać na nim żadnego wrażenia, tylko w przypadku Perrina potrafił zrezygnować z tej postawy. Chciał, żeby go bolało. Perrin mógł tego nie pamiętać, ale Byar nigdy nie zapomni, że to on zabił dwóch Synów.
— Dlaczego Sprzymierzeńcy Ciemności mogą spać powiedział beznamiętnie Byar — kiedy uczciwi ludzie nie śpią, żeby ich strzec?
— Powtarzam po raz setny — odparła zmęczonym głosem Egwene — nie jesteśmy Sprzymierzeńcami Ciemności.
Perrin stężał. Czasami takie zaprzeczenie wywoływało — wygłaszany zgrzytliwym, jednostajnym tonem — wykład na temat przyznania się do winy i skruchy, wykład prowadzący w konkluzji do opisu metod, jakie Śledczy stosowali, aby je uzyskać. Czasami wywoływało wykład połączony z kopniakami. Ku jego zdziwieniu tym razem Byar zupełnie zignorował odpowiedź.
Przykucnął zamiast tego przed nim, w pokrzywionej i pokrytej płytkimi wklęśnięciami zbroi. Topór ułożył na kolanach. Złote słońce na piersi i na lewej pole płaszcza dwie złote gwiazdy umieszczone pod nim zalśniły w świetle latarni. Zdjął z głowy hełm i położył go obok latarni. W jego twarzy oprócz pogardy i nienawiści pojawiło się coś nowego, coś naglącego i nieodgadnionego. Oparł dłonie na trzonku topora i w milczeniu przypatrywał się Perrinowi. Ten starał się nieruchomo wytrzymać spojrzenie zapadłych oczu.
— Opóźniasz nasz marsz, Sprzymierzeńcze Ciemności, ty i twoje wilki. Rada Pomazańców zna doniesienia o podobnych przypadkach, a ponieważ chciałaby dowiedzieć się czegoś więcej, musisz zostać zabrany do Amadoru i przekazany Śledczym. Jednakże ty nas opóźniasz. Miałem nadzieję, że będziemy się poruszali dostatecznie szybko, nawet bez remont... myliłem się jednak.
Umilkł, patrzył na nich spod zmarszczonego czoła.
Perrin czekał, Byar mu powie, kiedy ma odpowiedzieć.
— Lord kapitan ma przed sobą dylemat – powiedział wreszcie Byar. — Z powodu tych wilków, musi cię postawić przed obliczem Rady, jednakże musimy również dotrzeć do Caemlyn. Nie mamy zapasowych koni, na których moglibyście jechać, gdy jednak pozwolimy ci iść dalej pieszo, nie dotrzemy do Caemlyn w wyznaczonym czasie. Lord kapitan traktuje swe obowiązki sumiennie i ma zamiar postawić cię przed obliczem Rady.
Egwene wydała z siebie jakiś nieokreślony dźwięk. Byar zapatrzył się na Perrina, a on zapatrzył się na niego, bojąc się nawet mrugnąć.
— Nie rozumiem — powiedział wolno.
— Nie ma tu nic do rozumienia — odparł Byar. — Nic prócz jałowych rozważań. Gdybyście uciekli, nie mielibyśmy czasu, żaby was gonić. Nie możemy zmarnować ani godziny, jeśli chcemy dotrzeć na czas do Caemlyn. Gdybyście, powiedzmy, przetarli sznury o ostry kamień i zniknęli w nocy, wówczas problem lorda kapitana znalazłby swoje rozwiązanie.
Ani na moment nie odrywając wzroku od Perrina, zagłębił dłoń w zanadrzu płaszcza i rzucił coś na ziemię.
Perrin odruchowo skierował wzrok w tę stronę. Kiedy pojął, co to takiego, aż jęknął głośno ze zdziwienia. Ułamek skały z ostrym końcem.
— To tylko jałowe rozważania — oświadczył Byar. — Wasi strażnicy też się pogrążą w rozważaniach dzisiejszej nocy.
Perrinowi nagle zaschło w ustach.
„Przemyśl to! Światłości, dopomóż, przemyśl to i nie popełnij żadnego błędu!”
Czy to mogła być prawda? Czy konieczność szybkiego dotarcia do Caemlyn była dla Białych Płaszczy aż tak ważna, żeby pozwolili na coś takiego`? Pozwolili podejrzanym o sprzyjanie Ciemności na ucieczkę? Nie należało próbować tego sposobu, za mało wiedział. Byar był jedynym Białym Płaszczem, który z nimi rozmawiał, oprócz lorda kapitana Bornhalda, a żaden z nich nie był skory do udzielania informacji. Jakiś inny sposób. Jeśli Byar chce, żeby uciekli, to czemu zwyczajnie nie poprzecina im więzów? Czy Byar naprawdę chce, żeby uciekli? Byar, który jest do szpiku kości przesiąknięty przekonaniem, że są Sprzymierzeńcami Ciemności. Byar, który nienawidzi Sprzymierzeńców Ciemności bardziej niż samego Czarnego. Byar, który szuka jakiejkolwiek wymówki, by zadać mu ból za to, że zabił dwa Białe Płaszcze. Byar miałby chcieć, żeby uciekli?