Выбрать главу

Jeśli mu się wydawało, że przedtem jego umysł cwałował, to tym razem myśli pędziły lawiną. Pomimo chłodu pot strumieniami ściekał mu z twarzy. Spojrzał na strażników. Wyglądali jak bladoszare cienie, lecz jemu się wydawało, że zaczaili się i czekają. Gdyby on oraz Egwene zostali zabici podczas próby ucieczki i znaleziono ich więzy przecięte kamieniem, który mógł tu leżeć przypadkiem... Dylemat lorda kapitana znalazłby znakomite rozwiązanie. A Byar miałby ich martwych, tak jak tego pragnął.

Ponury mężczyzna podniósł leżący obok latarni hełm i zaczął się podnosić.

— Czekaj — powiedział ochryple Perrin.

Myśli mu wirowały, na próżno szukał jakiegoś wyjścia.

— Czekaj, chcę porozmawiać. Ja...

„Nadchodzi pomoc!”

Ta myśl, wykwitła w jego głowie promieniem czystego światła pośrodku chaosu, była tak zadziwiająca, że przez chwilę zapomniał o wszystkim, nawet o tym, gdzie jest. Latka żyła.

„Elyas”, pomyślał, pytając wilka bez słów, czy tamten żyje. Odpowiedź nadeszła w postaci wizji. Elyas, leży na posłaniu z zielonych gałązek, obok niewielkiego ogniska w jakiejś jaskini i opatruje ranę w boku. Obraz trwał zaledwie krótką chwilę. W tym czasie Perrin gapił się na Byara, rozciągając twarz w głupawym uśmiechu. Elyas żył. Nadchodziła pomoc.

Byar znieruchomiał i lekko uniesiony na piętach, patrzył na niego.

— Jakaś myśl przyszła ci do głowy, Perrinie z Dwu Rzek, ale ja się dowiem, co to takiego.

Przez chwilę Perrin sądził, że tamten mówi o myśli, którą przekazała mu Łatka. Na moment owładnęła nim panika, zaraz po niej jednak przyszła ulga. Byar nie mógł tego wiedzieć.

Syn Światłości obserwował zmiany wyrazu na twarzy chłopca, potem jego spojrzenie po raz pierwszy objęło kamień leżący na ziemi.

Perrin pojął, że rozpatruje wszystka od nowa. Jeżeli zmieni zamiary względem tego kamienia, to czy odważy się zostawić ich żywych, by mogli potem wszystko opowiedzieć`? Sznury można przeciąć już po tym, jak spętani ludzie są martwi, nawet jeśli zwiększa to ryzyko. Spojrzał w oczy Byara — w ciemnych wgłębieniach oczodołów świeciły jakby z mroku jaskiń — i dostrzegł w nich śmierć.

Perrin przygotował się na ogłoszenie wyroku. Jednak w chwili, gdy Byar już otworzył usta, wydarzenia zaczęły się toczyć z prędkością, która nie pozwalała zebrać myśli.

Nagle jeden ze strażników zniknął. Przed chwilą stały tam dwie niewyraźne sylwetki, w następnej noc pochłonęła jedną z nich. Drugi strażnik obrócił się, składając usta do krzyku, lecz zanim zdołał wypowiedzieć pierwszą sylabę, przy wtórze głośnego trzasku, runął jak ścięte drzewo.

Byar obrócił się błyskawicznie, szybki jak atakująca żmija. Topór w jego dłoniach ze świstem rozciął powietrze. Perrin wytrzeszczył oczy — noc zdawała się wlewać w obszar światła latarni. Otworzył usta, by krzyknąć, lecz strach ścisnął mu gardło. Przez chwilę zapomniał nawet, że Byar chciał ich zabić. Biały Płaszcz był przecież istotą ludzką. a tutaj noc ożyła, żeby zabrać ich wszystkich.

I wtedy mrok pożerający światło przybrał kształt ludzkiej sylwetki... Strażnik! Rozwiane poły jego płaszcza przy każdym ruchu zmieniały odcienie szarości i czerni. Topór w dłoniach Byara runął niczym błyskawica... a Lan tylko uchylił się lekko, jakby najzwyczajniej odsuwał na bok, pozwalając, by ostrze minęło go tak blisko, że musiał poczuć pęd powietrza. Siła uderzenia pozbawiła Byara równowagi, jego oczy rozszerzyły się z przerażenia, w tym momencie Strażnik przeszedł do ataku. Rękoma i nogami zadał serię ciosów tak prędkich, że Perrin nie był w stanie odróżnić ich od siebie. Tylko efekt był widoczny — Byar zwalił się na ziemię jak szmaciana lalka. Nim jeszcze jego ciało rozciągnęło się na ziemi, Strażnik już klęczał i gasił latarnię.

Gdy nagle na powrót zapadł mrok, Perrin rozejrzał się dookoła. Nic nie widział, Lan zniknął znowu.

— Czy to naprawdę... ? — Egwene wydała z siebie zduszony szloch. — Myśleliśmy, że nie żyjesz. Myśleliśmy, żeście wszyscy zginęli.

— Jeszcze nie.

W głębokim szepcie Strażnika pobrzmiewało rozbawienie.

Jakieś dłonie dotknęły Perrina, znalazły jego więzy. Nóż przeciął sznury, ledwie je tylko szarpiąc. Był wolny. Obolałe mięśnie zaprotestowały, gdy usiadł. Rozcierając nadgarstki, przyglądał się szaremu kopcowi, który przed chwilą był Byarem.

— Czy ty...? Czy on...?

— Nie — usłyszał z ciemności cichy głos Lana. -Nie zabijam, chyba że chcę. On jednak na razie nikomu się nie będzie naprzykrzał. Przestań -nadawać pytania i zdobądź dwa płaszcze. Nie mamy za wiele czasu.

Perrin podpełzł do miejsca, w którym leżał Byar. Kosztowało go to sporo wysiłku, a kiedy poczuł, że pierś tam tego unosi się i opada, miał ochotę natychmiast uciec. Skóra na nim cierpła, gdy odpinał i zdejmował biały płaszcz. Pomimo tego co powiedział Lan, wyobraził sobie nagle, że Syn Światłości porusza się, wstaje, ożywa jego podobna do czaszki twarz. Pośpiesznie pomacał na oślep i znalazł swój topór, potem podczołgał się do drugiego strażnika. Z początku wydawało mu się dziwne, że tym razem nie czuje strachu, zaraz jednak zrozumiał dlaczego. Wszyscy Synowie Światłości nienawidzili go, ale była to zwyczajna, ludzka nienawiść. Byar był nieludzki, nie czuł żadnej nienawiści, żadnych emocji, tylko proste, nie podlegające wątpliwości przekonanie, że on, Perrin, powinien umrzeć.

Przewiesił obydwa płaszcze przez ramię, odwrócił się... i ogarnęła go panika. W ciemności znienacka stracił wyczucie kierunku, nie wiedział, jak ma znaleźć Lana i resztę przyjaciół. Nogi wrosły mu w ziemię, bał się w ogóle poruszyć. Pozbawioną białego płaszcza sylwetkę Byara również pochłonęły ciemności. Zniknęły wszystkie punkty orientacyjne. Idąc na ślepo, mógł wejść prosto do obozowiska.

— Tutaj.

Szedł chwiejnie w stronę, z której dobiegł go szept Lana, dopóki nie zatrzymały go czyjeś ręce. Egwene była niewyraźnym cieniem, twarz Strażnika stanowiła plamę pośród ciemności, reszta jego sylwetki zdawała się nie istnieć. Czując na sobie ich wzrok zastanawiał się, czy potrzebne są jakieś wyjaśnienia.

— Włóżcie płaszcze — powiedział cicho Lan. Szybko. Zwińcie swoje własne. Tylko cicho. Jeszcze nie jesteśmy bezpieczni.

Z ulgą, że nie wymaga się od niego opowieści o własnym strachu, Perrin pośpiesznie podał jeden z płaszczy Egwene. Swój zwinął w tobołek i wdział białe okrycie. Poczuł ciarki, kiedy go na siebie wkładał, coś jakby ukłucie pomiędzy łopatkami. Czy przypadł mu płaszcz Byara? Zdało mu się nieomal, że otoczyła go chmura zapachu posępnego mężczyzny.

Lan złączył ich dłonie. Perrin trzymał teraz w jednym ręku topór, w drugim dłoń Egwene i z całych sił pragnął, by Strażnik dał wreszcie znak do ucieczki. Jakikolwiek ruch pozwoliłby opanować szalejącą wyobraźnię. Wciąż jednak stali w miejscu, otoczeni namiotami Synów Światłości, trzy postacie — dwie bielą odcinające się od mroku, tę trzecią można było tylko wyczuć, ale nie zobaczyć.

— Zaraz — szepnął Lan. — Już zaraz.

Nocne niebo nad obozowiskiem przeszyła błyskawica, tak bliska, że Perrin poczuł, jak włosy na jego ramionach i głowie unoszą się od naładowanego powietrza. Nim światło zdążyło zblednąć, Lan poprowadził ich za sobą.