Выбрать главу

U stóp schodów spotkał pana Gilla, który właśnie wchodził na górę.

— Ktoś się o was wypytywał na mieście — powiedział karczmarz, nie wyjmując fajki z ust.

Rand poczuł przypływ nadziei.

— Pytał o ciebie i twoich przyjaciół, nazywając was po imieniu. W każdym razie chodziło mu o was, młodych. Wydaje się, że przede wszystkim interesowało go trzech chłopców.

Nadzieja ustąpiła miejsca niepokojowi.

— Kto to był? — spytał Rand.

Wciąż nie mógł się powstrzymać, by nie toczyć wzrokiem po korytarzu. Od wyjścia na aleję aż po drzwi do ogólnej izby nie było w nim nikogo prócz ich dwóch.

— Nie znam jego imienia. Tylko o nim słyszałem. Ja tu słyszę o wszystkim, co się dzieje w Caemlyn. Jakiś żebrak.

Karczmarz kaszlnął.

— Podobno lekko szalony. Jednak potrafił przyjąć Dar Królowej w Pałacu, mimo że to teraz bardzo trudne. Podczas Dni Jej Wysokości Królowa rozdaje go własnoręcznie i nigdy nikomu go nie odmówiono z żadnego powodu. Nikt nie musi żebrać w Caemlyn. Nawet człowiek, na którego jest nakaz, nie może zostać aresztowany, jeśli przyjmuje Dar Królowej.

— Sprzymierzeniec Ciemności? — spytał z niechęcią Rand.

„Jeśli Sprzymierzeńcy znają nasze imiona...”

— Strasznie cię dręczą ci Sprzymierzeńcy Ciemności, młody człowieku. Kręcą się tu, nie ma wątpliwości, ale tylko dlatego, że Białe Płaszcze narobiły takiego zamieszania, nie ma powodu myśleć, że całe miasto jest ich pełne. Czy wiesz, o czym ci idioci ostatnio rozpowiadali? O „dziwnych postaciach.” Dasz temu wiarę? Dziwne postacie, które niby kręcą się nocą wokół miasta.

Karczmarz śmiał się tak, że aż mu się brzuch trząsł.

Randowi nie było skoro do śmiechu. Hyam Kinch mówił o dziwnych postaciach, bez wątpienia widzieli również Pomora.

— Jakie to postacie?

— Jakie postacie? Nie wiem, jakie. Dziwne. Podobnież trolloki. Człowiek Cień. Sam Lews Therin Zabójca Rodu, wrócił i ma pięćdziesiąt stóp wzrostu. Jak myślisz, jakie postacie wymyślą sobie ludzie, kiedy wbić im taki pomysł do głowy? To nie twoje zmartwienie.

Pan Gill przyglądał mu się uważnie przez chwilę.

— Wychodzisz, prawda? Cóż, nie powiem, żeby ranie to obchodziło, nawet w taki dzień, ale oprócz mnie mało kto został dziś w karczmie. Bez przyjaciela?

— Mat nie czuje się najlepiej. Może później.

— Cóż, niech i tak będzie. A ty się pilnuj. Nawet dzisiaj dobrzy poddani Królowej będą w mniejszości, Światłości, niech sczeźnie ten dzień, kiedy muszę na coś takiego w ogóle patrzeć. Najlepiej wyjdź bocznym wyjściem. Po drugiej stronie ulicy siedzą ci dwaj przeklęci zdrajcy i obserwują moje drzwi. Wiedzą, na jakim stanowisku stoję, na Światłość!

Rand wytknął głowę na zewnątrz i rozejrzał w obydwie strony, zanim wyślizgnął się w boczną uliczkę. W miejscu, w którym łączyła się z główną ulicą, stał zwalisty mężczyzna wynajęty przez pana Gilla. Wsparty na włóczni, demonstrując pozorny brak zainteresowania, obserwował przebiegających obok ludzi. Rand wiedział, że to tylko pozór. Mężczyzna — nazywał się Lamgwin — widział wszystko swymi skrytymi za ciężkimi powiekami oczyma, a pomimo mylącej ociężałości umiał poruszać się jak kot. Co więcej, uważał, iż Królowa Morgase jest ucieleśnieniem Światłości lub czymś nieskończenie do niego zbliżonym. Kilkunastu ludzi, takich jak on, trzymało wartę dookoła „Błogosławieństwa Królowej”.

Ucho Lamgwina zadrgało, gdy Rand dotarł do wylotu uliczki, lecz ani na moment nie oderwał pozornie nic nie widzącego wzroku od ulicy. Rand wiedział, że mężczyzna usłyszał jego kroki.

— Pilnuj dziś swego grzbietu, człowieku — brzmienie głosu Lamgwina przypominało żwir przesypujący się po patelni. — Jak się zaczną kłopoty, bardziej przydasz się tutaj, niż w jakimś rynsztoku z nożem w plecach.

Rand zerknął na rosłego mężczyznę, niemo wyrażając zdumienie. Cały czas się starał, by jego miecz nie rzucał się w oczy, a mimo to nie po raz pierwszy któryś z ludzi pana Gilla uznawał, iż ma on doświadczenie w walce. Lamgwin nie spojrzał więcej na niego. Jego zadaniem było strzec karczmy i wywiązywał się z niego sumiennie.

Dokładniej otulił miecz płaszczem i włączył się w strumień ludzi. Zauważył dwóch mężczyzn, o których wspomniał karczmarz. Stali na przewróconych do góry dnem beczkach po drugiej stronie ulicy, skąd mogli obserwować tłum. Uznał, że nie zauważyli go, jak wychodził z uliczki. Ich przynależność nie budziła najmniejszych wątpliwości. Miecze spowijała biała tkanina obwiązana czerwonymi sznurkami, identyczny kolor miały opaski na rękawach i kokardy przyczepione do kapeluszy.

Nawet po tak krótkim pobycie w Caemlyn wiedział, że czerwona osłona na mieczu, względnie czerwona opaska albo kokarda, oznacza wyraz poparcia dla Królowej Morgase. Biali natomiast twierdzili, że to właśnie Królową, a w szczególności jej związki z Aes Sedai i Tar Valon obarczyć należy winą za wszelkie zło. Włącznie ze złą pogodą i nieudanymi zbiorami. Być może nawet przypisywano jej odpowiedzialność za pojawienie się fałszywego Smoka.

Nie chciał się mieszać do polityki Caemlyn. Tyle że teraz było na to za późno. Po pierwsze, dlatego że już się opowiedział po jednej ze stron — przypadkiem, bo przypadkiem, ale zawsze. Nadto sprawy w mieście przybrały taki obrót, iż zachowanie neutralności było niemożliwe. Nawet przybysze z zewnątrz nosili kokardy i opaski, albo w określony sposób owijali swoje miecze. Biel przeważała. Może nawet niektórzy w głębi ducha myśleli inaczej, jednakże znajdowali się daleko od własnych domów, a w Caemlyn takie właśnie nastroje dominowały. Zwolennicy Królowej, o ile w ogóle odważyli się wyjść na miasto, czynili to zawsze w grupie.

Tego dnia jednak było inaczej. Przynajmniej na pozór. Dzisiaj Caemlyn świętowało zwycięstwo Światłości nad Cieniem. Do miasta sprowadzano fałszywego Smoka, aby go zaprezentować Królowej przed zabraniem na północ, do Tar Valon.

O tym aspekcie całej sprawy nie mówiono. Wprawdzie nikt prócz Aes Sedai nie mógł się zająć człowiekiem, który prawdziwie władał Jedyną Mocą, wszyscy jednak pomijali to milczeniem. Światłość pokonała Cień. Dzisiaj tylko to się liczyło. Dziś można było zapomnieć o całej reszcie.

„Czy na pewno?” — zastanawiał się Rand.

Po ulicach uganiały się tłumy ludzi wznoszących pieśni, wymachujących sztandarami, roześmianych, a jednak ci, którzy nosili czerwień, trzymali się razem w dziesięcin- albo dwudziestoosobowych grupach, nie było wśród nich ani kobiet, ani dzieci. Zauważył, że na każdego człowieka demonstrującego poparcie dla Królowej przypada co najmniej dziesięciu ludzi obnoszących biel. Nie po raz pierwszy żałował, że białe sukna nie jest tańsze.

„Czy jednak pan Gill pomógłby ci, gdybyś wtedy kupił biel?”

Tłum był tak gęsty, że chcąc nie chcąc trzeba się było przepychać. Nawet Białym Płaszczom nie udostępniano zwykłej przestrzeni w takim ścisku. Rand pozwalał tłumowi nieść się w stronę Wewnętrznego Miasta, widząc po drodze, że bynajmniej nie wszystkie animozje zostały okiełznane. Był świadkiem, jak pewien Syn Światłości, jeden z trzyosobowego oddziału, omal nie upadł, gdy ktoś całym ciałem wpadł na niego. Potrącony ledwie odzyskał równowagę, już miał gniewnie zrugać człowieka, który go potrącił, lecz w tym momencie ktoś inny pchnął go umyślnie wyciągniętym ramieniem. Zanim sprawy zdążyły zajść za daleko, pozostali Synowie Światłości odciągnęli go na bok i schronili się w czyichś drzwiach. Cała trójka popadła w stan całkowitego osłupienia, w takiej sytuacji zwykły pogardliwy wzrok, jakim obdarzali otoczenie, był nie na miejscu, zamarli więc, niedowierzając własnym oczom. Tłum płynął dalej, jakby nikt niczego nie zauważył, może zresztą i tak było.