Выбрать главу

Jeszcze dwa dni wcześniej nic takiego nie mogłoby się wydarzyć. Co więcej, jak zauważył Rand, ludzie, którzy spowodowali incydent, nosili białe kokardy na kapeluszach. Powszechnie uważano, że Białe Płaszcze wspierają przeciwników Królowej i doradzającej jej Aes Sedai, w tym jednak przypadku to nie miało znaczenia. Ludzie robili rzeczy, które wcześniej nie przyszłyby im do głowy. Dziś potrącali Białe Płaszcze. Jutro być może obalą Królową. Nagle pożałował, że nie ma przy nim innych ludzi noszących czerwień, popychany przez białe kokardy i opaski, poczuł się raptem bardzo samotny.

Synowie Światłości zauważyli, że na nich patrzy i wbili w niego wzrok, z którego biła odpowiedź na wyzwanie. Pozwolił, by rozśpiewany krąg w tłumie wypchnął go poza zasięg ich oczu i razem z innymi podjął pieśń.

Naprzód, Lwie,

Naprzód, Lwie,

Biały Lew do walki staje.

Cieniowi opiera się swym gniewem.

Naprzód, Lwie,

Naprzód, Andorze zwycięski.

Trasa, którą fałszywy Smok miał zostać wprowadzony do Caemlyn, była dobrze znana. Dostępu do tych ulic broniły zwarte szeregi Gwardii Królowej oraz ubranych na czerwono pikinierów, wszędzie jednak za nimi cisnęli się stojący ramię w ramię ludzie, okna i dachy były pełne. Rand przepychał się w stronę Wewnętrznego Miasta, usiłując dotrzeć jak najbliżej do Pałacu. Miał niemałą ochotę zobaczyć, jak będą pokazywali Logaina Królowej. Zobaczyć fałszywego Smoka i Królową, oboje... w domu nigdy nawet nie marzył o czymś takim.

Wewnętrzne Miasto zostało wzniesione na wzgórzach, jeszcze dziś widoczne w nim były ślady po tym, co zbudowali Ogirowie. O ile w Nowym Mieście ulice przeważnie rozbiegały się we wszystkich możliwych kierunkach, tworząc wariacką plątaninę, to tutaj nakładały się na krzywizny wzgórz, jakby stanowiły naturalną część krajobrazu. Za każdym zakrętem zamaszyste wzniesienia i spadki przynosiły zupełnie nowe, zaskakujące widoki. Parki, widziane z najrozmaitszych perspektyw, nawet z góry, pełne były pieszczących oko układów ścieżek i pomników, choć ledwie tknięte zielenią. Niespodzianie wyrastające wieże, mozaikowe mury połyskujące w słońcu setkami zmieniających się barw. Nagłe wzniesienia, z których wzrok obejmował całe miasto, łącznie z otaczającymi je lekko pofałdowanymi równinami i lasami. Krótko mówiąc, byłoby na co popatrzeć, gdyby nie tłum, który kazał mu przyśpieszać kroku, zanim zdążył lepiej się czemuś przyjrzeć. I wszystkie te kręte uliczki, które przesłaniały dalszą perspektywę.

Nagle przegnano go przez jakiś zakręt, za nim stał już Pałac. Ulice, mimo iż biegły zgodnie z naturalnym ukształtowaniem terenu, zostały wytyczone w taki sposób, że spiralnie oplatały budowlę — marzenie poety o jasnych iglicach, złotych kopułach i kunsztownych kamiennych maswerkach, o sztandarach Andoru powiewających z każdego wystającego elementu, o ozdobie ozdób, której podporządkowano wszystkie inne widoki. Pałac był dziełem artysty, wyrzeźbionym raczej, niźli zbudowanym jak zwykłe domy.

Na pierwszy rzut oka zrozumiał, że bliżej podejść się nie da. Nikogo nie dopuszczano do samego Pałacu. Obu stron pałacowych bram strzegły dwa purpurowe szeregi Gwardii Pałacowej, w każdym dziesięciu ludzi. Gwardziści stali także na szczytach białych murów, na wysokich balkonach i wieżach, z łukami idealnie równo przecinającymi uzbrojone piersi. Oni również wyglądali jak element poetyckiej opowieści — gwardia honorowa. Rand jednak nie sądził, iż tylko dlatego tam stoją. Zgiełkliwy tłum, zalegający ulice, tworzył nieomal lity mur osłoniętych bielą mieczy, białych opasek i białych kokard, tu i ówdzie przerwany przez narośl czerwieni. Bariera utworzona przez umundurowanych na czerwono gwardzistów w tym zalewie bieli wyglądała niezwykle krucho.

Rezygnując z dalszego torowania sobie drogi w kierunku Pałacu, wyszukał miejsce, w którym mógł skorzystać ze swojego wzrostu. Nie musiał stać w pierwszym rzędzie, żeby wszystko widzieć. Tłum bezustannie się przemieszczał, jedni usiłowali dopchać się do czoła, inni pośpiesznie przechodzili na bok, do lepszego, ich zdaniem, punktu obserwacyjnego. Po jednym z takich przetasowań zaledwie trzech ludzi dzieliło go od pustej przestrzeni na środku ulicy, wszyscy stojący przed nim byli niższego wzrostu, łącznie z pikinierami. Prawie wszyscy byli niższego wzrostu. Ludzie napierali na niego z obu stron, spoceni w obecności tylu ciał. Stojący za nim szemrali gniewnie, że nic nie widzą i usiłowali przecisnąć się do przodu. Nie dawał się ruszyć z miejsca, tworząc razem z otaczającymi go z boków ludźmi szczelny mur. Był zadowolony. Kiedy powiozą fałszywego Smoka, będzie dostatecznie blisko, by móc wyraźnie zobaczyć twarz tego człowieka.

Przez ulicę, a potem dalej, w stronę bram Nowego Miasta, po zwartym tłumie przeszła fala; skłębieni wokół zakrętu ludzie rozstępowali się, by coś przepuścić. Nie była to ta pusta przestrzeń, która we wszystkie inne dni towarzyszyła Białym Płaszczom. Ci ludzie uskakiwali gwałtownie w tył, z wyrazem zdumienia, który przeradzał się w grymas obrzydzenia. Ustępując miejsca, wchodzili na siebie i odwracali twarze od źródła tego zamętu, obserwując go jednak kątem oka dopóty, dopóki nie przeszedł dalej.

Stojący blisko niego również zauważyli to zamieszanie. Nastawiony na oglądanie przyjazdu Smoka, nie posiadający nic innego do roboty prócz czekania, motłoch szukał wszystkiego, co było warte choć komentarza. Słyszał, jak spekulują, kto to może być, począwszy od Aes Sedai, a skończywszy na samym Logainie, dotarło też do niego kilka bardziej dosadnych sugestii, które wywołały prostacki śmiech mężczyzn i zgorszone pociągnięcia nosem kobiet.

Fala przelewała się zakosami przez tłum, zbliżając się miarowo do środka ulicy. Nikt najwyraźniej się nie wahał, żeby ją przepuścić, nawet jeśli to oznaczało utratę dogodnego punktu obserwacyjnego, szła tam, gdzie chciała, a tłum przelewał się wgłąb siebie, cofając przed tymi, którzy ustępowali miejsca. Wreszcie, dokładnie po przeciwnej stronie od miejsca, w którym stał Rand, tłum wybrzuszył się w stronę środka ulicy, rozpychając szereg odzianych na czerwono pikinierów, którzy usiłowali wtłoczyć go z powrotem, lecz po chwili ulegli rozsypce. Zgarbiona postać, która wyczłapała niepewnie na otwartą przestrzeń, przypominała bardziej stos brudnych łachmanów niż człowieka. Rand słyszał dookoła siebie pomruki obrzydzenia.

Człowiek w łachmanach zatrzymał się po przeciwnej stronie ulicy, jego kaptur był rozerwany i sztywny od brudu. Kołysał się na boki, jakby czegoś szukał albo nasłuchiwał. Nagle wydał z siebie bezsłowny okrzyk i wyciągnął brudną szponiastą dłoń wskazując nią Randa. Zaraz potem podreptał na drugą stronę ulicy niczym spłoszony żuk.

„Żebrak”.

Nieważne, jakie licho pozwoliło temu człowiekowi go znaleźć, nieważne, czy był Sprzymierzeńcem Ciemności czy nie, Rand pojął nagle, że nie ma ochoty stanąć z nim twarzą w twarz. Wzrok żebraka oblepiał jego skórę, niczym woda zmieszana z tłuszczem. Zupełnie zaś nie miał ochoty, by ten człowiek podszedł do niego tutaj, w otoczeniu tych ludzi zdolnych lada chwila do przemocy. Te same głosy, które dopiero co zanosiły się śmiechem, obrzuciły go przekleństwami, gdy przepychał się do tyłu, uciekając od ulicy.

Śpieszył się, wiedząc, że gęsto zbita masa, przez którą musi się przecisnąć, rozstąpi się przed plugawym żebrakiem. Torował sobie drogę przez tłum, a gdy uwolnił się znienacka, zatoczył się i omal nie upadł. Młócąc ramionami dla zachowania równowagi, zamienił swój chwiejny krok w bieg.