Ludzie pokazywali go sobie, był jedynym człowiekiem, który parł w przeciwnym kierunku i na dodatek biegł. Ścigały go okrzyki. Poły jego płaszcza wydęły się z tyłu za nim, odsłaniając owinięty w czerwień miecz. Zaczął biec jeszcze szybciej, gdy to zauważył. Samotny poplecznik Królowej, biegnący, mógł znakomicie ściągnąć na siebie pościg motłochu ubranego w białe kokardy, nawet w taki dzień. Biegł, pokonując swymi długimi nogami kamienie brukowe ulicy. Dopiero wtedy, gdy okrzyki pozostały daleko za nim, ciężko zdyszany odważył się rzucić bezwładnie na jakiś mur.
Nie wiedział, gdzie się znajduje, oprócz tego, że nadal jest w Wewnętrznym Mieście. Nie mógł sobie przypomnieć, ile zakrętów i zaułków pokonał wśród tego galimatiasu ulic. Ważąc pomysł dalszego biegu, obejrzał się na drogę, która go tu przywiodła. Tylko jedna osoba poruszała się po tej ulicy, jakaś kobieta z koszykiem na zakupy, wędrująca spokojnym krokiem. Prawie wszyscy w mieście zgromadzili się w tłumie, chcąc przez chwilę oglądać fałszywego Smoka.
„Nie mógł za mną pobiec. Na pewno go zgubiłem.”
Żebrak nie zrezygnuje, był tego pewien, choć nie miał pojęcia, na jakiej podstawie. W tej chwili obdartus przepycha się przez tłum i dalej szuka. Jeśli Rand zawróci, by zobaczyć Logaina, narazi się na ryzyko spotkania. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie wrócić do „Błogosławieństwa Królowej”, był jednak przekonany, że już nigdy nie będzie miał drugiej okazji zobaczyć Królowej i jak miał nadzieję, nigdy innej, żeby zobaczyć fałszywego Smoka. To wyglądało na tchórzostwo, że tak się godzi, by jakiś garbaty żebrak, choćby nawet Sprzymierzeniec Ciemności, zmuszał go do ukrywania się przed jego pościgiem.
Niepewny, co zrobić, rozejrzał się dookoła. Zgodnie z planem, na podstawie którego pobudowano Wewnętrzne Miasto, wszelkie budynki, jakie w nim w ogóle postawiono, były niskie, dzięki czemu komuś, kto stanął w odpowiednim miejscu, nic nie było w stanie zakłócić widoku. Muszą być gdzieś jakieś stanowiska, z których dałoby się obejrzeć przejście procesji z fałszywym Smokiem. Nawet jeśli nie będzie mógł zobaczyć Królowej, uda mu się zobaczyć Logaina. Nagle, zdeterminowany ruszył z miejsca.
Po godzinie znalazł kilka takich miejsc, wszystkie co do jednego zatłoczone ludźmi stojącymi głowa przy głowie, którzy nie chcieli dać się zmiażdżyć na trasie przejścia procesji. Tworzyli gęsty mur białych kokard i opasek. Nie było wśród nich żadnej czerwieni. Rozumiejąc, co widok jego miecza mógłby wywołać w takim tłumie, umykał przed nim pośpiesznie.
Z Nowego Miasta wznosiły się ku niebu okrzyki, zawołania, brzmienie trąb, wojenne bicie w bębny. Logain i jego eskorta znajdowali się w Caemlyn, kierowali się już do Pałacu.
Zniechęcony przewędrował wszystkie puste ulice, bez specjalnego przekonania, lecz wciąż jeszcze licząc, że uda mu się znaleźć jakiś sposób na zobaczenie Logaina. Jego wzrok padł na zbocze, na którym nie stały żadne budynki. Wznosiło się ono nad ulicą, którą właśnie szedł. Podczas normalnej wiosny pokrywałby je kobierzec kwiatów i trawy, teraz jednak było zupełnie zbrunatniałe, aż po wysoki mur na jego szczycie, mur ponad którym wystawały wierzchołki drzew.
Ta część ulicy nie prezentowała żadnego olśniewającego widoku, natomiast w oddali, ponad dachami widział iglice Pałacu, z wierzchołków których łopotały sztandary z Białym Lwem. Nie był dokładnie pewien, dokąd ta ulica windzie, od miejsca, w którym okrążała wzgórze i ginęła z zasięgu jego wzroku, lecz nagle wpadł mu do głowy pewien pomysł w związku z murem na szczycie zbocza.
Bębny i trąbki były coraz bliżej, okrzyki rosły w siłę. Pełen napięcia wspiął się po zboczu. Nin nadawało się wprawdzie do wspinaczki, lecz wbijał mocno buty w martwą glebę i podciągał się, czepiając nagich zarośli. Dysząc, nie tylko z wysiłku, ale również z przepełniających go chęci, ostatnie jardy pokonał czołgając się. Stojący przed nim mur był wyższy od niego co najmniej dwukrotnie, a może i więcej. Powietrze tętniło od uderzeń w bębny, wibrowało głosami trąb.
Mur zbudowano z kamienia ociosanego w postaci ogromnych bloków, dopasowanych do siebie tak dobrze, że spoiny były nieomal niewidoczne, a dzięki chropowatej powierzchni wydawało się, że jest to naturalne skalne zbocze. Rand uśmiechnął się szeroko. Zbocza Piaskowych Wzgórz były wyższe, a nawet Perrin potrafił się na nie wspinać. Jego dłonie znalazły zgrubienia w skale, obute stopy natrafiły na wystające krawędzie. Rytm bębnów ścigał się z jego wspinaczką. Nie chciał pozwolić, żeby z nim wygrały. Dotrze do szczytu, zanim one dotrą do Pałacu. Z pośpiechu otarł sobie dłonie i kolana, nie mniej jednak w końcu przewiesił ręce przez szczyt muru i podźwignął się do góry, czując, jak przepełnia go triumf.
Pośpiesznie okręcił się, by usiąść na płaskim, wąskim szczycie muru. Tuż nad jego głową zwisały gałęzie dużo wyższego drzewa, okryte liśćmi, lecz zupełnie ich nie zauważał. Przed nim rozciągały się kryte dachówkami dachy, lecz linię wzroku miał niczym nie zasłoniętą. Wychylił się trochę i zobaczył bramę Pałacu, ustawioną tam Gwardię Królowej i wyczekujący tłum. Wyczekujący. Ludzkie okrzyki ginęły w łomocie bębnów i trąbek, lecz wszyscy jeszcze czekali. Uśmiechnął się szeroko.
„Wygrałem.”
Dokładnie w chwili gdy sadowił się wygodnie, czoło procesji pokonało ostatni zakręt przed Pałacem. Na samym początku maszerowało dwadzieścia szeregów trębaczy, rozdzierających powietrze fanfarami zwycięstwa, jedną triumfalną salwą za drugą. Za nimi grzmiało tyleż samo doboszy. Po nich szły sztandary Caemlyn, białe lwy na czerwonym polu, niesione przez ludzi na koniach, za którymi podążali żołnierze Caemlyn, kolejne szeregi jeźdźców w połyskliwych zbrojach, z dumnie uniesionymi lancami, na czubkach których powiewały szkarłatne proporce. Z obu stron towarzyszyły im potrójne szeregi pikinierów i łuczników i razem maszerowali tak w nieskończoność, dopóki jeźdźcy nie zaczęli mijać gwardzistów i bram Pałacu.
Ostatni pieszy żołnierz pokonał zakręt i za nim ukazał się wielki wóz. Ciągnęło go szesnaście koni zaprzężonych czwórkami. Na samym środku płaskiej platformy stała wielka żelazna klatka, a we wszystkich rogach wozu siedziały po dwie kobiety, obserwujące klatkę z taką uwagą, jakby ta procesja i ten tłum nie istniały. Aes Sedai! Nie miał wątpliwości. Na odcinku dzielącym wóz od piechurów, a także po obu stronach wozu jechało po dwunastu Strażników, przyciągających wzrok swymi rozwianymi płaszczami. O ile Aes Sedai ignorowały tłum, to Strażnicy omiatali go wzrokiem w taki sposób, jakby nie było tu żadnych innych straży oprócz nich.
Wśród tego wszystkiego wzrok Randa przykuwał przede wszystkim mężczyzna zamknięty w klatce. Nie był dostatecznie blisko, by widzieć twarz Logaina tak dokładnie jak chciał, pomyślał jednak, że tylko na taką bliskość mógł się poważyć. Fałszywy Smok był wysokim mężczyzną, o długich, ciemnych włosach opadających w puklach na szerokie ramiona. Mimo kołysania wozu trzymał się idealnie prosto, przytrzymując się jedną ręką prętów klatki ponad swoją głową. Jego ubiór wyglądał zwyczajnie, płaszcz, kaftan i spodnie, które w żadnej wiosce farmerskiej nie wywołałyby niczyjego komentarza. W odróżnieniu od sposobu, w jaki je nosił. W odróżnieniu od jego postawy. Logain był królem w każdym calu. Klatki równie dobrze mogło tam nie być. Stał prosto, z uniesioną wysoko głową i patrzył na tłumy w taki sposób, jakby one zgromadziły się tutaj, aby oddać mu hołd. A tam, gdzie padł jego wzrok, ludzie milkli i patrzyli na niego ze zgrozą. Gdy zaś Logain przestawał na nich patrzeć, podnosili krzyk ze zdwojoną furią, jakby chcieli nadrobić milczenie, lecz to w żaden sposób nie wpływało na postawę tego człowieka ani na towarzyszące mu milczenie. Kiedy wóz przetoczył się przez bramy Pałacu. Odwrócił się, by popatrzeć na zgromadzone masy. Zawyły w jego stronę, bez słów, zafalowały z czystej zwierzęcej nienawiści i strachu, a Logain odrzucił w tył głowę i zanosząc się śmiechem pozwolił, by pochłonął go Pałac.