Выбрать главу

Powoli wycofał się w głąb bramy. To nieładnie tak odejść i zostawić chorego Perrina. A może Thom skończył już swoje przedstawienie? Może bard też zechce się przejść? Rand musiał z kimś porozmawiać. Lepiej, jak jeszcze chwilę zaczeka w oberży. Westchnął z ulgą, gdy za plecami ścichł gwar ulicy.

Nie miał jednakże większej ochoty wracać do oberży z takim bólem głowy. Usiadł na pustej beczce, w nadziei, że chłodne powietrze uśmierzy tę dolegliwość.

Mutch co jakiś czas stawał w drzwiach stajni, Rand nawet z tej odległości widział jego chmurne spojrzenia. Czyżby ten człowiek nie lubił ludzi ze wsi? A może było mu głupio, że pan Fitch powitał ich wszystkich tak serdecznie, po tym jak on usiłował przepędzić ich z dziedzińca?

„A może jest Sprzymierzeńcem Ciemności” — pomyślał Rand, i próbował się zaśmiać, lecz to wcale nie była zabawna myśl.

Potarł dłonią rękojeść miecza Tama. Nic już nie wydawało się zabawne w tym świecie.

— Pasterz z mieczem oznakowanym wizerunkiem czapli , usłyszał cichy głos jakiejś kobiety. — Chyba odtąd będę musiała wierzyć we wszystko. Co cię tak trapi, wiejski chłopcze?

Zaskoczony Rand zerwał się na nogi. To dziewczyna z przy. strzyżonymi krótko włosami, z którą rozmawiała z Moiraine na korytarzu. Nadal była ubrana w męski płaszcz i spodnie. Stwierdził, że musi być odrobinę tylko starsza od niego, zauważył dziwne napięcie w ciemnych oczach, większych nawet od oczu Egwene.

— Masz na imię Rand, prawda? — ciągnęła. — Ja nazywam się Min.

— Nie mam żadnych zmartwień — odparł.

Nie wiedział, co Moiraine mogła jej powiedzieć, ale pamiętał przykazanie Lana, aby nie ściągać na siebie uwagi.

— Niby dlaczego miałbym się czymś martwić? Dwie Rzeki to spokojne miejsce, a my jesteśmy spokojnymi ludźmi. Nie ma tam miejsca na kłopoty, chyba że z owcami, albo w czasie żniw.

— Spokojne? — powtórzyła Min z bladym uśmiechem. — Słyszałam, co gadają o was, ludziach z Dwu Rzek. Ci, którzy byli w waszej okolicy, opowiadali dowcipy o drewnianogłowych pasterzach.

— Drewnianogłowych? — obruszył się Rand. — Co to za dowcipy?

— Ci, co was poznali — ciągnęła jakby nigdy nic twierdzą, że wasze wiecznie uśmiechnięte twarze i uprzejmość przypominają miękkie masło. Ale tak jest tylko na powierzchni. Powiadają, że pod spodem jesteście tak twardzi, jak korzenie starego dębu. Pogrzeb jeszcze głębiej, mówią, a dokopiesz się do kamienia. Ale w tobie i w twoich przyjaciołach ten kamień nie leży ukryty głęboko, tak jakby burza rozwiała całe poszycie. Moiraine nic mi nie powiedziała, ale ja umiem patrzeć.

Korzenie starego dębu? Kamień? Takie rzeczy mówią kupcy albo ich ludzie. Nagle dotarło do niego znaczenie ostatniego zdania.

Obejrzał się szybko dookoła, dziedziniec był pusty, a najbliższe okna pozamykane.

— Nie znam nikogo o takim imieniu, możesz je powtórzyć?

— Pani Alys, jeśli wolisz — powiedziała Min z wyrazem rozbawienia, na widok którego zarumienił się. — Nie ma tu nikogo, kto by nas mógł słyszeć.

— Dlaczego uważasz, że pani Alys ma jakieś inne imię?

— Bo mi je wyznała — powiedziała Min tak spokojnie, że znowu się zaczerwienił. — Chyba nie miała wyboru. Od razu zauważyłam, że jest... inna. To było wtedy, gdy się tu zatrzymała po drodze do wsi. Wiedziała o mnie. Nieraz już rozmawiałam z takimi... jak ona.

— Widziałaś? — spytał Rand.

— Cóż, nie pobiegniesz chyba zaraz do Synów Światłości. Nie, zważywszy na towarzystwo, w jakim podróżujesz. Białym Płaszczom nie podobało by się to, co robię, tak samo zresztą jak i jej.

— Nie rozumiem.

— Ona twierdzi, że ja widzę fragmenty Wzoru. — Min roześmiała się i potrząsnęła głową. — Moim zdaniem to przesada. Ja po prostu widzę różne rzeczy, gdy spojrzę na ludzi, czasami znam ich myśli. Spojrzę na mężczyznę i kobietę, którzy się wcale nie znają i wiem, że wezmą ślub. Tak się to odbywa. Chciała, żebym popatrzyła na was. Na wszystkich.

Rand zadrżał.

— I co zobaczyłaś?

— Kiedy jesteście razem? Wokół was wirują tysiące iskier i wielki cień, ciemniejszy od zmierzchu. Jest tak wyraźny, że aż się zastanawiam, dlaczego nikt inny go nie widzi. Iskierki usiłują wypełnić ten cień, a on próbuje je połknąć.

Wzruszyła ramionami.

— Jesteście ze sobą związani czymś niebezpiecznym, nic więcej nie wiem.

— My wszyscy? — zapytał Rand. — I Egwene też? Ale jej nie ścigały... to jest, chciałem powiedzieć...

Min zdawała się nie zauważyć przejęzyczenia.

— Ta dziewczyna? Też należy do tego. Bard tak samo. wszyscy. A ty jesteś w niej zakochany.

Rand wytrzeszczył oczy.

— To umiem powiedzieć nawet bez pomocy wizji. Ona też cię kocha, ale nie jest przeznaczona tobie, ani ty jej. Nie tak, jak byście chcieli.

— Co to niby ma oznaczać?

— Kiedy patrzę na nią, widzę to samo, co wtedy, gdy patrzę na... panią Alys. Widzę też inne rzeczy, których nie rozumiem, ale o tej akurat wiem, co oznacza. A ona się tego nie zapiera.

— To wszystko głupoty — powiedział zdenerwowany Rand. Ból głowy przechodził w odrętwienie, jakby głowę miał wypchaną wełną. Pragnął uciec od tej dziewczyny i jej wizji. Tylko że...

— Co widzisz, kiedy patrzysz na... pozostałych?

— Najróżniejsze rzeczy — powiedziała Min uśmiechając się, jakby się domyślała, o co pyta. — Straż... och... pan Andra ma w głowie siedem zrujnowanych wież, dziecko w kolebce trzymające miecz i...

Pokręciła głową.

— Ludzie tacy jak on, rozumiesz..., zawsze mają całe mnóstwo obrazów w głowie. Najsilniejszy obraz otaczający barda przedstawia człowieka, ale to nie jest ten, który żongluje ogniem, i jakąś Białą Wieżę, co zupełnie nie ma sensu w jego przypadku. U tego dużego chłopca z kręconymi włosami widzę wilka, złamaną koronę i kwitnące drzewa. U tego drugiego, czerwonego orła, oko na szali, sztylet z rubinem, róg i czyjąś roześmianą twarz. Są jeszcze inne rzeczy, ale już chyba rozumiesz, o czym mówię. Sama nie mogę tego wszystkiego połączyć.

Odczekała chwilę, nadal się uśmiechając, aż w końcu chrząknął i zapytał:

— A co ze mną?

Teraz otwarcie wybuchnęła śmiechem.

— To samo, co z resztą. Miecz, który nie jest mieczem, złota korona z laurowych liści, laska żebracza, ty, wylewający wodę na piasek, zakrwawiona dłoń i żelazo rozpalone do białości, ty, leżący na marach i trzy kobiety obok ciebie, czarna skała mokra od krwi...

— Wystarczy — przerwał jej niespokojnie. — Nie musisz wymieniać wszystkiego.

— Przede wszystkim jednak widzę wokół ciebie błyskawicę, która równocześnie uderza w ciebie i bije z twego ciała. Nie mam pojęcia, co to oznacza, ale wiem jedno. Ty i ja spotkamy się jeszcze kiedyś.

Zadumała się, jakby sama nie wiedziała, co o tym wszystkim sądzić.

— Dlaczego miałoby tak nie być? — zapytał. — Będę tędy wracał do domu.

— Na tej podstawie myślę tak samo.

Jej uśmiech powrócił nagle, krzywy i tajemniczy. Poklepała go po policzku.

— Ale gdybym miała ci opowiedzieć wszystko, co widzę, to włosy by ci się tak samo skręciły, jak twemu barczystemu przyjacielowi.

Jak oparzony cofnął się przed dotykiem dłoni.

— Co ty teraz mówisz? Czy widziałaś może szczury? Albo coś związanego ze snami?

— Szczury! Nie, nie widziałam żadnych szczurów. A jeśli chodzi o sny, to pamiętaj, że ty o nich mówiłeś, nie ja. Zastanawiał się, czy ta dziewczyna nie jest przypadkiem szalona, że się tak głupio uśmiecha.