— Muszę już iść — powiedział, obchodząc ją szerokim łukiem. — Jestem... umówiony z przyjaciółmi.
— No to idź. Ale i tak mi nie uciekniesz.
Niby nie uciekał, ale każdy jego kolejny krok był coraz to szybszy.
— Biegnij, jeśli chcesz — zawołała za nim. — Nie możesz przede mną uciec.
Gnany jej śmiechem przebiegł pędem dziedziniec i wypadł na ulicę pomiędzy ludzką ciżbę. Jej ostatnie słowa zbyt przypominały to, co powiedział Ba’alzamon. Wpadał na ludzi, narażając się na ostre spojrzenia i ostre słowa, ale nie zwolnił biegu, dopóki kilka ulic nie dzieliło go od oberży.
Po jakimś czasie zaczął znowu zwracać uwagę na otoczenie. Miał wrażenie, że miejsce głowy zajmuje mu próżny balon, wszystkiemu jednak przypatrywał się z zadowoleniem. Baerlon wydawało mu się miejscem zupełnie niezwykłym, prawie takim jak miasta z opowieści Thoma. Wędrował szerokimi, w większości wyłożonymi kamieniem ulicami i wąskimi, krętymi zaułkami, wybierając je przypadkowo, albo podążając w ślad za tłumem. W nocy padał deszcz i nie brukowane ulice pokrywało błoto, ale to nie była dla niego nowość. Żadna z ulic w Pole Emonda nie była brukowana.
Nie widział żadnych pałaców i tylko kilka budowli przewyższało domy jego rodzinnej okolicy, wszystkie jednak kryła dachówka, którą widział dotąd jedynie na dachu oberży „Winna Jagoda”. Przypuszczał, że jeden czy dwa pałace zobaczy dopiero w Caemlyn. Doliczył się natomiast dziewięciu oberży, z których żadna nie była mniejsza od „Winnej Jagody”, a większość równie okazała jak „Jeleń i Lew”. Na każdej ulicy mijał sklepy, w ich odsłoniętych oknach wystawowych stały stoły zastawiane towarami wszelkiego rodzaju, począwszy od materiałów i książek, a skończywszy na garnkach i butach. Wyglądało to tak, jakby jednocześnie stu handlarzy rozłożyło zawartość swych fur. Gapił się na to wszystko tak długo, że niejednokrotnie musiał uciekać przed podejrzliwymi spojrzeniami właścicieli. Na początku nawet nie rozumiał, czego od niego chcą i trochę się rozeźlił, ale potem przypomniał sobie, że jest tu obcy. A zresztą i tak nie mógł nic kupić. Wzdychał, gdy widział, ile miedziaków wymieniano za tuzin bezbarwnych jabłek albo kilka wyschniętych rzep, jakimi w Dwu Rzekach karmiono wyłącznie konie. Ludzie jednak najwyraźniej chętnie płacili.
Zgodnie z jego szacunkami było tu zdecydowanie za dużo ludzi. Z początku czuł się przytłoczony samą ich liczbą. Niektórzy nosili rzeczy tak dobrze skrojone, jakich nigdy nie widywał w Dwu Rzekach, prawie tak piękne jak ubrania Moiraine, wielu z nich miało na sobie długie, podbite futrem płaszcze, które powiewały im wokół łydek. Górnicy, o których wszyscy mówili w oberży, mieli zgarbione sylwetki typowe dla pracujących pod ziemią. Jednakże wbrew jego przewidywaniom większość przechodniów wcale nie różniła się od ludzi, w otoczeniu których wyrastał, ani ubraniem, ani rysami twarzy. Co więcej, niektórzy mieli w swym zewnętrznym wyglądzie coś tak bliskiego, że prawie mógł ich brać za członków rodzin znanych mu z Pola Emonda. Bezzębny, siwowłosy mężczyzna, o uszach jak ucha dzbana, który siedział na ławce przed jakąś oberżą i zaglądał osowiałym wzrokiem do pustego kufla, z łatwością mógł być bliskim kuzynem Bili’ego Congara. Obdarzony wydatną szczęką krawiec, szyjący coś przed swoim warsztatem, mógł być bratem Jona Thane’a, miał nawet taką samą łysinę na czubku głowy. Gdy Rand po raz kolejny skręcił za którymś rogiem, potrącił go człowiek — istny Samel Crawe, jego lustrzane odbicie.
Nie wierząc własnym oczom wgapił się w kościstego, małego człowieczka, obdarzonego długimi rękoma i wydatnym nosem. Przepychał się przez tłum, jego ubranie przypominało stos łachmanów. Mężczyzna miał podkrążone oczy i wyblakłą twarz, jakby nie jadł lub nie spał od wielu dni, ale Rand mógłby przysiąc... Nagle obdartus zauważył go i zastygł w pół kroku, nie zważając na ludzi, którzy wpadali wprost na niego. Z umysłu Randa zniknęły wszelkie wątpliwości.
— Panie Fain! — krzyknął. — Wszyscy myśleliśmy, że... Przechodzień w mgnieniu oka zerwał się do ucieczki, ale Rand ruszył za nim w pogoń, wykrzykując przeprosiny w stronę ludzi, na których wpadał. Zdołał dostrzec, że Fain skręca w jakąś aleję, więc biegł dalej w tym kierunku. Przebiegłszy kilka kroków, przechodzień przystanął jak wryty, drogę zagrodził mu bowiem wysoki płot. Na widok zatrzymującego się przed nim Randa, Fain kuląc zaczął go okrążać, wyraźnie chcąc znowu uciec. Gestami brudnych rąk dawał mu znaki, aby się do niego nie zbliżał. Jego poprzecierany, wyblakły płaszcz był rozdarty w wielu miejscach, jakby noszono go znacznie dłużej niż należało.
— Panie Fain? — spytał z wahaniem Rand. — O co chodzi? To ja, Rand al’Thor z Pola Emonda. Wszyscy myśleliśmy, że trolloki pana porwały.
Fain zamachał gwałtownie rękami i nadal skulony przebiegł nieporadnie kilka kroków w stronę otwartego końca alei. Nie próbował minąć Randa, czy nawet się do niego zbliżyć.
— Nie podchodź! — wyrzęził.
Bezustannie kręcił głową, jakby usiłował dostrzec na ulicy wszystko z wyjątkiem Randa.
— Nic nawet nie mów — tu obrócił głowę i rzucił ukradkiem podejrzliwe spojrzenie w stronę Randa, a jego głos przeszedł w chrapliwy szept — o nich. W mieście są Białe Płaszcze.
— Nie mają powodu, aby się nami interesować — powiedział Rand. — Niech pan wraca ze mną do „Jelenia i Lwa”. Jestem tam z przyjaciółmi. Zna pan większość z nich. Ucieszą się, jak pana zobaczą. Wszyscy myśleliśmy, że pan zginął.
— Zginąłem? — Handlarz oburzył się. — Nie Padan Fain. Padan Fain wie, gdzie podskoczyć, a gdzie zeskoczyć.
Przygładził swoje łachmany, jakby to było ubranie świąteczne.
— Zawsze tak było i zawsze tak będzie. Jeszcze długo pożyję. Dłużej niż... — Nagle jego twarz się skurczyła, a dłonie obłapiły kurczowo przód płaszcza. — Spalili mój wóz i wszystkie towary. Nie mieli żadnego powodu, aby to robić, prawda? Nie mogłem się dostać do koni. To moje konie, a ten tłusty oberżysta zamknął je w stajni. Musiałem szybko uciekać, aby mi nie poderżnęli gardła, i co mi z tego przyszło? Zostałem tylko z tym, co miałem wtedy na sobie. No i czy to jest sprawiedliwe? Pytam, jest czy nie?
— Konie są bezpieczne w stajni pana al’Vere. Może je pan zabrać w każdej chwili. Jeśli pójdzie pan ze mną do oberży, to jestem pewien, że Moiraine pomoże panu wrócić do Dwu Rzek.
— Aaaaah! Ona jest... ona jest Aes Sedai, prawda?
Na twarzy Faina pojawiło się czujne spojrzenie.
— Może, jednak... — Urwał, oblizał nerwowo wargi. Jak długo będziecie w tym, jak mówiłeś? Jak to się nazywa? „Jeleń i Lew”?
— Wyjeżdżamy jutro — powiedział Rand. — Ale co to ma wspólnego z...?
— Nie wiesz, jak to jest — załkał Fain. — Ty masz pełny brzuch i wysypiasz się w miękkim łóżku. A ja ledwie zmrużyłem oko od tamtej nocy. Zupełnie zdarłem buty, bo tyle biegałem, a jeśli chodzi o jedzenie...
Skrzywił się.
— Nie zbliżyłbym się do Aes Sedai ani na milę — warknął — nawet na dziesięć mil, ale nie mam wyboru, prawda? Jak sobie pomyślę, że ona na mnie spojrzy, że w ogóle będzie wiedziała, gdzie ja jestem...
Sięgnął ręką, jakby chciał złapać Randa za płaszcz, ale zawahał się, machnął dłonią i cofnął się o krok.
— Obiecaj, że nic nie powiesz. Ja się jej boję. Nie ma potrzeby jej mówić, że w ogóle żyję. Musisz mi to obiecać. Musisz!