— Co to ma wspólnego z Perrinem? — Widzisz tam?
Mat wskazał wóz wsparty na dyszlach w alei, w kierunku której podążali Synowie. Leżał na nim stos beczek podparty pojedynczym kołkiem.
— Popatrz tylko.
Śmiejąc się, pomknął w stronę sklepu z nożami, znajdującego się po lewej stronie ulicy.
Rand patrzył za nim, wiedząc, że powinien coś przedsięwziąć. Taki wyraz oczu Mata zawsze zapowiadał, że coś zmaluje. Ale, o dziwo, czekał z niecierpliwością na to, co Mat miał zamiar zrobić. Coś mu podpowiadało, że to pragnienie jest niewłaściwe, wręcz niebezpieczne, ale mimo to uśmiechał się radośnie.
Po chwili Mat wychylił się z okna poddasza nad sklepem. W dłoni trzymał wycelowaną procę. Wzrok Randa powędrował z powrotem do wozu. Prawie natychmiast dał się słyszeć ostry trzask i kołek podtrzymujący beczki pękł w tym samym momencie, w którym Synowie wkroczyli w aleję. Ludzie uskoczyli z drogi, gdy beczki sturlały się po dyszlach na ulicę, rozbryzgując na wszystkie strony błoto i kałuże. Synowie uskakiwali nie wolniej niż pozostali przechodnie, w ich pełnych wyższości spojrzeniach odmalował się wyraz zaskoczenia. Kilku przechodniów przewróciło się, tamci trzej jednak poruszali się zręcznie, bez trudu wymijając beczki. Nie mogli jednak uchronić się przed bryzgami błota padającymi na ich białe płaszcze.
Z alei wybiegł pośpiesznie brodaty mężczyzna w długim fartuchu, wymachiwał rękoma i krzyczał coś ze złością, ale gdy tytko dostrzegł trzech rycerzy, bezskutecznie usiłujących oczyścić się z błota, zniknął jeszcze szybciej, niż się pojawił. Rand spojrzał na dach sklepu, Mata już tam nie było. Dla chłopca z Dwu Rzek był to z pewnością łatwy strzał, ale trudno było sobie wymarzyć lepszy efekt. Nie mógł powstrzymać śmiechu, widział wszystko jakby za mgłą, ale i tak czuł rozbawienie. Kiedy znów spojrzał na ulicę, Synowie Światłości wpatrywali się prosto w niego.
— Zdaje się, że coś cię tu śmieszy?
Ten, który to powiedział, wystąpił naprzód. Jego wzrok był pełen kamiennej arogancji, za nią jednak czaił się błysk. Jakby wiedział coś, czego nikt inny nie wiedział.
Randowi śmiech uwiązł w gardle. Na ulicy pozostały tylko dzieci, błoto, beczki i on. Ludzie, którzy ich dotychczas tłumnie otaczali, znaleźli natychmiast jakieś pilne sprawy do załatwienia.
— Czy strach przed Światłością związał ci język?
Gniew sprawił, że rysy twarzy Białego Płaszcza wydały się jeszcze ostrzejsze. Natrętnie przypatrywał się rękojeści miecza wystającej Randowi spod płaszcza.
— A może to ty jesteś za to wszystko odpowiedzialny? W odróżnieniu od innych, jego wyhaftowane na płaszczu słońce miało doszyty węzeł.
Rand poruszył się, chcąc zakryć miecz, ale niechcący rozchylił płaszcz jeszcze bardziej. Gdzieś w głowie huczało mu zdziwienie wobec własnych poczynań, ale to była odległa myśl.
— Wypadki zdarzają się nawet Synom Światłości — powiedział.
Człowiek o wąskiej twarzy uniósł brew.
— Taki jesteś zadziorny, chłopaczku?
Nie był o wiele starszy od Randa.
— Znak czapli, lordzie Bornhald — ostrzegł go jeden z pozostałych.
Mężczyzna ponownie spojrzał na rękojeść miecza Randa — mosiężna czapla była znakomicie widoczna, na moment wytrzeszczył oczy. Potem przeniósł wzrok na twarz Randa i lekceważąco pociągnął nosem.
— Jest za młody. Nie jesteś stąd, prawda? — powiedział zimnym tonem. — Skąd pochodzisz?
— Właśnie przybyłem do Baerlon.
Poczuł dreszcz przebiegający po ramionach i nogach. Potem falę gorąca.
— Pewnie nie znacie żadnej dobrej oberży?
— Wykręcasz się od odpowiedzi na moje pytania — zdenerwował się Bornhald. — Co ty skrywasz, że nie chcesz odpowiadać?
Jego towarzysze zbliżyli się do niego, stanęli po obu stronach. Ich twarze były zimne i pozbawione wyrazu. Pomimo plam błota na płaszczach nie było w nich już nic zabawnego.
Rand czuł mrowienie w całym ciele, ciepło przeradzało się w gorączkę. Czuł się wspaniale, miał ochotę się śmiać. Jakiś cichy głos podszeptywał mu, że dzieje się coś złego, ale myślał tylko o rozsadzającej go energii. Uśmiechnięty kołysał się na piętach i czekał na rozwój wydarzeń.
Twarz dowódcy pociemniała. Jeden z jego towarzyszy wyciągnął miecz na cal z pochwy i przemówił drżącym z gniewu głosem.
— Kiedy Synowie Światłości zadają pytania, ty szarooka dynio, to albo będzie odpowiedź, albo...
Urwał, gdy mężczyzna o wąskiej twarzy położył mu dłoń na ramieniu. Bornhald gwałtownym ruchem głowy spojrzał w głąb ulicy.
Nadchodziła Straż Miejska, kilkunastoosobowa grupa mężczyzn w okrągłych stalowych hełmach i kaftanach nabijanych ćwiekami. Nieśli w rękach drągi, w taki sposób, jakby demonstrowali, że potrafią się z nimi znakomicie obchodzić. Zatrzymali się w odległości jakichś dziesięciu kroków i teraz obserwowali milcząc całą scenę.
— To miasto jest stracone dla Światłości — warknął ten, który wyciągnął miecz, po czym podniósł głos, aby krzyknąć w stronę strażników:
— Baerlon kryje się w cieniu Czarnego!
Na gest Bornhalda schował miecz z powrotem.
Ten odwrócił się ponownie w stronę Randa. W jego oczach płonęło światło zrozumienia.
— Sprzymierzeńcy Ciemności nie uciekną przed nami, chłopaczku, nawet w mieście, które kryje się w Cieniu. Jeszcze się spotkamy, bądź tego pewien!
Obrócił się na pięcie i pomaszerował przed siebie, a jego towarzysze ruszyli w ślad za nim, jakby Rand przestał nagle istnieć. Przynajmniej na chwilę. Kiedy dotarli do zatłoczonej części ulicy, otworzyła się przed nimi ta sama, jakby przypadkowa, przestrzeń. Strażnicy wahali się, popatrzyli na Randa, a potem oparli drągi na ramionach i poszli za trójką w białych płaszczach. Musieli przepychać się przez tłum i krzyczeć:
— Droga dla Straży!
Mało kto chętnie im ustępował.
Rand nadal kołysał się na piętach i czekał. Mrowienie było tak silne, że prawie drżał, miał wrażenie, że cały płonie.
Mat wyszedł ze sklepu i przyjrzał mu się.
— Ty nie jesteś chory — powiedział. — Ty jesteś szalony!
Rand odetchnął głęboko i nagle poczuł się jak przekłuty balon, jakby z niego uszło całe powietrze. Zachwiał się, gdy zrozumiał, co właśnie zrobił. Zwilżył wargi językiem i napotkał wzrok Mata.
— Lepiej wracajmy do oberży — powiedział niepewnie.
— Tak — stwierdził Mat — chyba tak będzie najlepiej.
Ulica zaczęła się znowu zapełniać, niejeden człowiek przy stawał, przypatrywał się obydwu chłopcom i coś mruczał do innego przechodnia. Rand był pewien, że ta historia się rozejdzie. Jakiś szaleniec próbował wszcząć bójkę z trzema Synami Światłości. Było o czym opowiadać.
„Może to te sny doprowadzają mnie do szaleństwa.”
Kilkakrotnie gubili drogę w labiryncie ulic, ale po jakimś czasie wpadli na Thoma Merrilina, który wlókł za sobą całą procesję. Bard twierdził, że wyszedł rozprostować kości i zaczerpnąć świeżego powietrza, ale gdy tylko ktoś zaczął uważniej przyglądać się jego kolorowemu płaszczowi, obwieszczał donośnie:
— Zatrzymałem się w „Jeleniu i Lwie”! Tylko jeden wieczór!
Mat zaczął nieskładnie opowiadać Thomowi o ich śnie i o zmartwieniu, czy powiedzieć o nim Moiraine, czy nie, ale Rand wszedł mu w słowo, ponieważ ich wspomnienia nieco się różniły. „Albo nie wszyscy śniliśmy dokładnie to samo” pomyślał.
Zasadnicza treść ich snów była jednak taka sama.
Thom przysłuchiwał im się uważnie. Kiedy Rand wspomniał imię Ba’alzamona, bard złapał każdego z nich za ramię, zmuszając, by przestali mówić, uniósł się na palcach ponad tłum i pośpiesznie zagnał do jakiejś alejki, w której nie było nic prócz krat i żółtego wychudłego psa, chroniącego się tu przed zimnem.