Poczuł w gardle pieczenie i umilkł. — Och, Rand!
Zatrzymała się i ujęła jego twarz w dłonie. Musiała stanąć na palcach, aby to zrobić.
— W gorączce ludzie mówią różne rzeczy. Zupełnie pokrętne. Rzeczy nieprawdziwe lub nierealne. Posłuchaj mnie. Tam al’Thor uciekł ze wsi w poszukiwaniu przygód, kiedy byk w twoim wieku. Pamiętam, wrócił do Pola Emonda już jako dojrzały mężczyzna z rudowłosą, cudzoziemską żoną i dzieckiem w powijakach. Pamiętam Kari al’Thor tulącą to dziecko do siebie z taką samą miłością i zachwytem, jakimi każda matka obdarza swoje dziecko. To byłeś ty, Rand. A teraz uspokój się i przestań pleść głupstwa.
— Oczywiście — powiedział.
„Nie urodziłem się w Dwu Rzekach.”
— Oczywiście. Może Tam tylko coś bredził w gorączce, a może znalazł jakieś dziecko po bitwie. Dlaczego jej o tym nie powiedziałaś?
— To nie są sprawy dla obcych.
— Czy jeszcze ktoś nie urodził się w Dwu Rzekach? Zadawszy to pytanie, potrząsnął głową.
— Nie, nie odpowiadaj. To też nie jest moja sprawa.
Ale dobrze byłoby wiedzieć, czy Moiraine przypadkiem nie interesuje się nim bardziej niż pozostałymi.
„Czy na pewno dobrze?”
— Tak, to nie jest twoja sprawa — zgodziła się Nynaeve. — To zresztą może nie być wcale istotne. Może ona na ślepo szuka jakiegoś powodu, jakiegokolwiek powodu, dla którego te stwory was ścigają. Was wszystkich.
Rand zdobył się na uśmiech.
— Zatem uwierzyłaś w to wszystko. Nynaeve potrząsnęła głową.
— Odkąd ją poznałeś, nauczyłeś się przekręcać słowa.
— Co masz zamiar zrobić? — zapytał.
Przyglądała mu się badawczo, bezustannie napotykał jej wzrok.
— Dzisiaj chciałabym wziąć kąpiel. A co do reszty, to zobaczymy, nieprawdaż?
17
Obserwatorzy i myśliwi
Po odejściu Nynaeve, Rand poszedł do głównej sali oberży. Chciał usłyszeć śmiech innych ludzi, zapomnieć o słowach Nynaeve i kłopotach, jakich jeszcze mogła przysporzyć.
W izbie panował niesamowity tłok, ale nikt się nie śmiał. Zajęte były wszystkie krzesła i ławy, ludzie stali nawet pod ścianami. Trwało właśnie przedstawienie Thoma, który stał na stole pod przeciwległą ścianą, a swą imponującą gestykulacją wydawał się wypełniać całą salę. Było to znowu Wielkie Polowanie na Róg, ale nikt oczywiście nie narzekał. O każdym z Myśliwych było tyle do opowiadania i każdy z nich miał tyle do powiedzenia, że nie było dwóch takich samych epizodów, a przedstawienie całej tej długiej opowieści zabrałoby tydzień albo i więcej. Jedynym dźwiękiem, który współzawodniczył z głosem i harfą barda, był trzask ognia w paleniskach.
— ...Myśliwi dojechali do ośmiu kątów świata, do ośmiu filarów niebios, kędy wieją wichry czasu, a los jednako chwyta za włosy i potężnych i maluczkich. Najpotężniejszym z Myśliwych jest teraz Rogosh z Talmour, Rogosh Sokole Oko, którego imię wysławiane jest na dworze Wysokiego Króla i budzi strach na zboczach Shayol Ghul...
Wszyscy bez wyjątku Myśliwi zawsze byli sławnymi bohaterami. Rand wypatrzył swoich dwóch kolegów i przecisnął się w stronę ławy, na której Perrin zrobił dla niego miejsce. Kuchenne zapachy unoszące się w powietrzu przypomniały mu, że jest głodny, ale nawet ci ludzie, przed którymi stało jedzenie, nie zwracali na nie uwagi. Kobiety, które powinny były obsługiwać gości, stały jak zaczarowane, ściskały tylko swe fartuchy, zapatrzone nieprzytomnie w barda i nikomu to nie zdawało się przeszkadzać. Słuchanie było o wiele ciekawsze od jedzenia, niezależnie od tego jakie by było smakowite.
— ...od dnia narodzin Czarny naznaczył Blaes jako swoją własną, ale nie miejcie jej; Blaes z Matuchin, za Sprzymierzeńca Ciemności! Wyrosła silna jak jesion, giętka jak gałązka wierzby, piękna jak róża. Złotowłosa Blaes. Gotowa umrzeć bez słowa. Ale słuchajcie uważnie! Oto z wież miasta niesie się echo wielkich, mosiężnych trąb. Heroldzi Blaes ogłaszają przybycie bohatera na jej dwór. Grzmią bębny i śpiewają cymbały! Oto przybywa Rogosh Sokole Oko, aby złożyć hołd...
Targ Rogosha Sokole Oko dobiegł końca, ale Thom przerwał tylko na chwilę, aby zwilżyć gardło kuflem piwa i rozpoczął Obronę Liana. Po tej opowieści nastąpiły Upadek Aleth-Loriela, Miecz Gaidala Caina i Ostatnia jazda Buada z Albhain. W miarę, jak upływał wieczór, przerwy stawały się coraz dłuższe, a kiedy Thom zamienił swą harfę na flet, wszyscy wiedzieli, że to już koniec opowieści. Do stojącego wciąż na stole barda przyłączyło się dwóch mężczyzn z bębnem i cymbałami.
Trzech młodych ludzi z Pola Emonda zaczęło klaskać w dłonie, gdy usłyszeli pierwsze nuty Wiatru, który kołysze wierzbą, nie byli w tym jednak osamotnieni. Pieśń ta była lubiana nie tylko w Dwu Rzekach, ale najwyraźniej również w Baerlon. Tu i tam niektórzy podchwytywali słowa, nie fałszując nawet zbytnio, nie trzeba więc było ich uciszać.
Druga pieśń nie była już tak smutna. Można by nawet powiedzieć, że Tylko jedno wiadro wody zabrzmiało tym razem jeszcze weselej niż zazwyczaj, prawdopodobnie zgodnie z zamysłem barda. Ludzie pośpiesznie wynieśli stoły, aby zrobić miejsce do tańca i zaczęli przytupywać tak, że ściany się zatrzęsły od rytmu i wirowania. Po pierwszej melodii tancerze odeszli na bok, ich miejsca zajęli kolejni chętni do zabawy,
Thom zagrał pierwsze takty Dzikich gęsi w locie, po czym przerwał, by ludzie mogli połączyć się w krąg.
— Chyba też spróbuję — powiedział Rand i wstał.
Perrin zerwał się z miejsca zaraz po nim. Mat również chciał do nich dołączyć, ale okazało się, że musi pilnować płaszczy, miecza Randa i topora Perrina.
— Pamiętajcie, że ja też mam ochotę na jeden taniec zawołał za nimi Mat.
Tancerze uformowali dwa długie szeregi, w jednym mężczyźni, a w drugim kobiety. Rozpoczął bęben, potem odezwały się cymbały i wszyscy tancerze ugięli równocześnie kolana. Dziewczyna naprzeciwko Randa, której długie ciemne warkocze przypominały mu dom, uśmiechnęła się do niego nieśmiało, a potem całkiem odważnie mrugnęła. Do melodii przyłączył się flet Thoma i Rand ruszył na spotkanie ciemnowłosej dziewczyny, która odrzuciła głowę w tył i śmiała się, gdy obchodził ją dookoła i oddawał mężczyźnie tańczącemu obok.
Gdy tańczył z kolejną partnerką, jedną z pokojówek ubraną w trzepoczący fartuszek, Rand zauważył, że wszyscy w izbie się śmieją. Nie śmiał się tylko człowiek siedzący przy kominku, całą jego twarz, od skroni po szczękę, przecinała blizna, wykrzywiająca nosa i wyginająca kącik ust. Mężczyzna napotkał jego wzrok, Rand odwrócił się zmieszany, widząc grymas na jego twarzy. Może ten człowiek nie mógł się uśmiechać z powodu blizny.
Złapał kolejną partnerkę i puścił ją w wir, potem przeszedł do następnej. Tańczył jeszcze z trzema kobietami w takt coraz to szybszej muzyki, aby wreszcie w ostatnim pochodzie, podczas którego szeregi zupełnie się przemieszały, by powrócić do tej pierwszej, ciemnowłosej dziewczyny. Dziewczyna nie przestawała się śmiać i znowu mrugnęła do niego.